RECENZJE

Recenzja: Eluveitie – Helvetios

Chyba każdy, kto miał okazję posłuchać trochę folk metalu, na pewno choć w małym stopniu poznał twórczość szwajcarskiej grupy Eluveitie. Do takich osób zaliczam się także ja, ponieważ mimo mojej sympatii do wielu odmian muzyki folkowej, niestety nigdy nie miałem okazji dogłębnie przestudiować ich dyskografii. A ta nadarzyła się wraz z premierą ich piątego krążka zatytułowanego, “Helvetios”, który ujrzał światło dzienne na początku lutego bieżącego roku. Dzisiaj, dokładnie po ponad pół roku po premierze krążka wiem, że nie była to zmarnowana okazja, a wręcz przeciwnie, utwardziłem swoje przekonanie o wartości folku na metalowej scenie i nabrałem większej ochoty, aby poznać wielu innych jego przedstawicieli.

Helvetios” jak można zauważyć po samym tytule jest swoistym hołdem dla plemienia Helwetów, którzy bez mała ponad dwa i pół milenia temu zamieszkiwali tereny dzisiejszej Szwajcarii. Pisząc zaś szerzej, najnowszy album Eluveitie opowiada o losach Helwetów w kontekście wojen galijskich, podczas których wybitna większość tego plemienia przestała istnieć, ale o tym dalej. Siedemnaście utworów zamykających się w niecałej godzinie powinno zadowolić chyba każdego, choć pewnie dla niektórych może być to o kilkanaście minut za dużo. Oczywiście również jak na folk metal przystało, bo chyba właśnie tak można sklasyfikować muzykę (uparci mogą gdzieś pomiędzy wrzucić jeszcze określniki “celtic” i “pagan”), którą wykonują Szwajcarzy, na “Helvetios” usłyszymy jeszcze całą gamę ludowych (i nie tylko) instrumentów w postaci skrzypiec, mandoliny, liry korbowej, dud, bodhranu i różnorakich gwizdków, bo przecież folku nie zagramy za pomocą samych gitar i perkusji. Do tego miejscami dochodzi nam ładny kobiecy głos wydobywający się z piersi Anny Murphy, zaś główny głos czy raczej growl w zespole, należy do Chrigela Glanzmanna, któremu czasem pomaga Sime Koch. Warte też odnotowania jest to, że część tekstów piosenek pisanych jest w wymarłym już starożytnym języku galijskim, co pozwala o wiele bardziej wczuć się w klimat minionych wieków. Skoro mamy już wszystko, czego nam potrzeba, możemy rozpocząć muzyczną podróż z Eluveitie i cofnąć się w czasie o jakieś ponad dwa tysiące sześćdziesiąt lat.

Zaczynamy od prologu, w którym głos starca wspomina minione czasy a z nich najbardziej pamięta pieśni śpiewane przez Helwetów. Po tej krótkiej przemowie przechodzimy do dwóch następnych kawałków z płyty. Tytułowy “Helvetios” i kolejny “Luxtos” to swoiste przedstawienie głównego bohatera tej historii, czyli ogólnie Helwetów. Oba kawałki utrzymane w podobnej konwencji tekstowej – “Jesteśmy wolni, dzicy, bogaci i niepokonani”, ale znacznie różniące się od siebie muzycznie. Pierwszy z nich niesamowicie szybki, ze świetnym wejściem i pędzącym riffem, który dla mnie pachnie wręcz metalcorem, oraz oczywiście idealnie dopasowaną wstawką ludową w połowie, z kolei drugi trochę powolniejszy i bardziej ludowy, z refrenem w całości po galijsku i również ciekawym motywem ludowym. Następny i zarazem najdłuższy na krążku, ponad pięciominutowy “Home” utrzymany jest już w smutniejszym tonie, choć jest równie dobry jak poprzednie. Helwetów nachodzą wątpliwości. Jeśli nie wyemigrują na zachód, to zaleje ich fala innych migrujących ludów. Podejmują więc decyzję o migracji na zachód, w głąb Galii. O tym właśnie opowiada kolejna kompozycja – “Santonian Shores”, która jest zdecydowana i zwarta niczym Helweci wyruszający w drogę. “Scorched Earth” to pożegnanie Helwetów z dawną ojczyzną, którą spalili, aby już nigdy tu nie wrócić, utwór w całości po galijsku, gdzie oprócz krótkiej wstawki instrumentalnej usłyszymy w tle tylko wiatr hulający w górach i borach. Kompozycję tą można potraktować jako wstęp do kolejnej – “Meet the Enemy”, w której znów zasmakujemy szaleńczego tempa za sprawą szybkiego riffu, mocnego refrenu oraz potężnego, wykrzyczanego zakończenia. Nasza historia również nabiera tempa. Helweci zostają zatrzymani przez Cezara nad Rodanem, który nie pozwala im przeprawić się na terytorium Imperium Rzymskiego. Zdesperowane plemię próbuje przeprawić się siłą, jednak gdy kolejne ataki nie dają rezultatu, postanawiają obejść rzymskie fortyfikacje. Cezar rusza za nimi w pościg i rozbija ich tylne straże nad rzeką Saone, ale w obliczu braku zaopatrzenia wycofuje się do Bibrakte. Helweci myśląc, że ucieka ruszają do ataku, co owocuje krwawą bitwą, gdzie 2/3 ich populacji ginie, ucieka lub zostaje sprzedana w niewolę. Reszta musi powrócić na ziemie, które niegdyś spalili. O tym możemy usłyszeć na “Neverland”, gdzie Helweci opłakują nowy dom, do którego nigdy nie trafili. Zdecydowanie esencją kawałka jest jego złowieszczy refren. Nadeszła kolej na utwór, który jest wymieniany w każdej recenzji i w większości z nich uważany jest za perełkę płyty. Mowa tu oczywiście o “A Rose For Epona”, który jest gniewną modlitwą umierających do jednego z ich najważniejszych bóstw. Kompozycja jest śliczna – początek naładowany smutkiem, piękna linia melodyczna oraz wokaliza Anny Murphy, przejmujący refren – murowany hit. Jest tylko jedno małe, no właściwie spore, “ale”. Mianowicie, ten charakterystyczny motyw początkowy, który pojawia się jeszcze raz pod koniec utworu, został mówiąc brutalnie “zerżnięty” (choć mam nadzieję, że nie) z kawałka “Metropolice”, japońskiej grupy Blood Stain Child. Oczywiście innych obiekcji do utworu nie zgłaszam, jest świetny. Wróćmy jednak do naszej historii.

Havoc” opowiada o inwazji Cezara na Galię. Szybki, można nawet powiedzieć skoczny, lecz z drugiej strony zawistny, wyrażający całą galijską nienawiść do legionów, na których sztandarach widnieje “S.P.Q.R.”. Od tej pory historia zawarta na albumie przestaje skupiać się tylko na Helwetach, lecz na wszystkich plemionach galijskich, zagrożonych w obliczu jednego wroga. Następny “The Uprising” to wybuch znanego chyba każdemu powstania młodego wodza Arwernów, Wercyngentoryksa. Kolejny kawałek “na spidzie” – znów wręcz metalcore’owy riff świetnie zestawiony z ludowym instrumentarium wraz z “wystrzałową” perkusją, zostaje jednak przerwany w połowie utworu przemową wodza Arwernów, który namawia do zaprzestania walk między sobą o przychylność Rzymu i zjednoczenia się pod jednym sztandarem przeciwko Wiecznemu Miastu. Jedna z lepszych kompozycji na “Helvetios”. “Hope” to krótki przerywnik, który zapewne ma wyrazić nadzieję Helwetów na odparcie Rzymian po zwycięstwie Wercygentoryksa pod Gergowią. Przed nami kolejny “The Siege”, a my powoli zbliżamy się do końca naszej opowieści. Chodzi o oblężenie i późniejszą rzeź po zdobyciu Avaricum, stolicy plemienia Biturygów. Kompozycja krótka, pędząca na złamanie karku, gniew zionie z każdego wykrzyczanego słowa tekstu, pod koniec pojawia się tu też po raz kolejny Anna Murphy, która ostatnie strofy wykrzykuje wraz z Glanzmannem. “Alesia” opowiada oczywiście o zdobyciu Alezji i upadku powstania Wercygentoryksa. Kolejny kandydat do jednego z lepszych na albumie. Utrzymany w podniosłym tonie, ze świetnym refrenem, znów w wykonaniu duetu Murphy/Glanzmann, jest idealną pieśnią pokonanych. “Tullianum” to krótki przerywnik, który mówi o upadku powstania. Jego nazwa pochodzi od więzienia na Forum Romanum, gdzie był przetrzymywany, a następnie prawdopodobnie uduszony Wercygentoryks. Mimo schwytania wodza powstania, znaleźli się jeszcze tacy, którzy wciąż się nie poddali. Zamknęli się oni w twierdzy Uksellodunum, co było bardziej symbolem ostatecznego oporu, niż akcją zbrojną. O tym właśnie mówi właściwie ostatni utwór na “Helvetios” – “Uxellodunon”. Nie ma co się nad nim rozpisywać, jest tak samo dobry jak reszta. Po nim mamy jeszcze “Epilogue”, gdzie znów możemy usłyszeć znajomy głos starca, który wyraża pewność iż dzięki swoim pieśniom Helweci zostaną zapamiętani na zawsze. Dzięki grupie ze Szwajcarii to ma szansę się sprawdzić. Po tej krótkiej przemowie następuje przepiękna melodia, która już nie opuści nas do samego końca. Jest to idealna puenta dla naszej historii.

Dzięki Eluveitie smutna historia Galów ożywa po raz kolejny i mam nadzieję, że nie ostatni. Zespół na “Helvetios” pokazuje, że jest u szczytu formy i aż boję się pomyśleć jak będzie brzmieć ich kolejna płyta i oczywiście nie chodzi mi tu o kompilację “The Early Years”, która ukazała się w tym roku. Album polecam przede wszystkim fanom folk metalu, ciekawskim również nie odradzam, a sam jako miłośnik historii, dzięki tej płycie mogłem przeżyć wspaniałą przygodę, o której mogliście przeczytać powyżej. “Helvetios” to zdecydowanie jeden z lepszych albumów jakie miałem okazję usłyszeć w tym roku i najlepszy jak do tej pory album folk metalowy. Eluveitie zabiera nas w podróż poprzez mroźne góry, bagna i bory pełne zwierza, aby pokazać nam jak to wszystko kiedyś mogło być ważne dla tamtych wolnych ludzi. Nie zwlekaj więc dłużej! Załóż słuchawki i wciśnij “play”, a starożytna Galia na godzinę stanie się Twoim domem. Mam nadzieję, że się tam spotkamy.

medium-eluveite

Track lista:

01. Prologue
02. Helvetios
03. Luxtos
04. Home
05. Santonian Shores
06. Scorched Earth
07. Meet the Enemy
08. Neverland
19. A Rose For Epona
10. Havoc
11. The Uprising
12. Hope
13. The Siege
14. Alesia
15. Tullianum
16. Uxellodunon
17. Epilogue

 

 

Autor: Marcin Czarnecki

Rok publikacji: 2012

  • Ocena autora:
4
Sending
User Review
5 (1 vote)

Podobne artykuły

Recenzja: Baroness – Purple

Tomasz Koza

Recenzja: MetaSoma – Metal Erosion

Tomasz Koza

Recenzja: Behemoth – The Satanist

Kinga Parapura

Zostaw komentarz