Recenzja: Morbid Angel – Kingdoms Disdained


Wydany w 2011 roku album „Illud Divinum Insanus” podzielił fanów Morbid Angel – na tych, którzy uważali, że płyta jest totalnie beznadziejna i tych, którzy ocenili, że jest totalnie beznadziejna, a muzyków pojebało. No cóż, wycieczka w stronę brzmień industrialnych – choć niektórzy złośliwi mówili, że raczej w stronę techno – nie wyszła zespołowi na dobre. Najnowszy album, wydany pod koniec 2017 roku „Kingdoms Disdained” na pewno nie spolaryzuje tak bardzo hardcore’owych fanów, ale to wcale nie oznacza, że stary, dobry (może raczej „zły”?) Morbid Angel powrócił na dobre.

Zespół z całą pewnością wziął pod rozwagę oburzenie fanów po ostatnim, dość eksperymentalnym albumie i teraz zaserwował coś zdecydowanie bardziej zachowawczego, a może nawet i konserwatywnego w death metalowym rozumieniu tego pojęcia.

Początek jest bardzo obiecujący. Otwieracz, czyli „Piles of Little Arms” od razu atakuje brutalnym riffem, ale nie brakuje tam fajnego groove’u, a całość być może nie jest soczystą pięścią w twarz, ale solidnym ciosem, którego Morbidzi na pewno nie powinni się wstydzić. Od razu martwi jednak trochę schowana za gęstymi bębnami i szczelnie przykryta wokalem Steve’a Tuckera (powrót do zespołu po 14 latach), gitara Treya, która odpala ciekawą solówkę dopiero kilka sekund przed końcem utworu.

Niestety, później okazuje się, że ta skrzętnie ukryta gitara to nie ciekawy pomysł aranżacyjny pierwszego numeru, a raczej problem całego albumu.

Azagthoth, nie wiedzieć czemu, nie popisuje się za bardzo swoim piekielnym talentem do chwytliwych riffów i zapadających w pamięć solówek – tych jest niestety wyjątkowo mało. Całości w odbiorze nie ułatwia produkcja albumu. Na pierwszy plan wysunięta jest perkusja. Słychać, że Scott Fuller, nowy perkusista, to dobry majster tego instrumentu, ale jednak jest go po prostu za dużo. Gitar i riffów trzeba szukać pod nawałnicą blastów i podwójnej stopy.

Wszystko to, co napisano powyżej nie oznacza, że na „Kingdoms Disdained” brakuje utworów bardzo dobrych, a nawet świetnych. Wystarczy wymienić chociażby „D.E.A.D.”, „Fear No Master”, „The Pillars Crumbling”, czy zamykające album „The Fall of Idols”. To jednak trochę za mało, żeby całość ocenić jednoznacznie pozytywnie. Po przesłuchaniu albumu odnosi się wrażenie, że po jego nagraniu okazało się, iż materiału jest po prostu za mało, więc tu i ówdzie wydłużono pewne fragmenty. Niestety słychać, że robiono to trochę na siłę, a całość traci przez to płynność i dynamikę, a zamiast tego robi się monotonna.

Morbid Angel - Kingdoms Disdained Edycja Super Deluxe. Box z książką z oprawą z ekoskóry i 6 winylowymi singlami z alternatywną oprawą graficzną, Dodatkowo: CD digipak z wersjami demo utworów z albumu, adapter do singli z motywem Blapsphegramu i wisiorek z Balsphegramem w ozdobnym opakowaniu.
Morbid Angel – Kingdoms Disdained
Edycja Super Deluxe. Box z książką z oprawą z ekoskóry i 6 winylowymi singlami z alternatywną oprawą graficzną, Dodatkowo: CD digipak z wersjami demo utworów z albumu, adapter do singli z motywem Blapsphegramu i wisiorek z Balsphegramem w ozdobnym opakowaniu.

Dwa zdania trzeba powiedzieć też o szacie graficznej.

Według muzyków okładka i ogólnie artworki mają symbolizować perspektywę bogów, którzy stworzyli świat, widzą, co się na nim dzieje i budzą się, aby pokazać nam, maluczkim, jak bardzo są wkurzeni. Tak przynajmniej w rozmowie z Blabbermouth mówił Tucker. Nie kupuję tego, a okładkę oceniam jako lekko kiczowatą. Gdyby stworzył ją 15-latek na ostatniej stronie zeszytu od matmy – uznałbym, że może coś z niego kiedyś będzie, a tak wyszło dość pretensjonalnie.

W tej recenzji padło dużo gorzkich słów, ale nie należy ich rozumieć jako bezwzględną krytykę.

To raczej pewnego rodzaju gorycz w związku z tym, że taki album nagrał legendarny Morbid Angel. Gdyby była to debiutancka płyta nieznanego zespołu, należałoby uznać, że warto baczniej śledzić jego karierę i wystawić 8/10 bez mrugnięcia okiem. Kiedy jednak ma się do czynienia z dziełem jednego z najważniejszych przedstawicieli gatunku, który na swoim koncie ma pomniki takie jak „Altars of Madness” czy „Covenant”, rozczarowanie jest dominującym uczuciem. Z drugiej strony można uznać, że po nieudanym zboczeniu z trasy, zespół wrócił na właściwą drogę. Niestety na „Kingdom Disdained” uprawia eco-driving, może na następnej płycie mocniej dociśnie gaz.

Morbid Angel – Kingdoms Disdained album

Tracklista “Kingdoms Disdained”:

01. Piles Of Little Arms
02. D.E.A.D.
03. Garden Of Disdain
04. The Righteous Voice
05. Architect And Iconoclast
06. Paradigms Warped
07. The Pillars Crumbling
08. For No Master
09. Declaring New Law (Secret Hell)
10. From The Hand Of Kings
11. The Fall Of Idols

KOMENTARZE

  • zukow
    15 kwietnia 2018 | 09:50
    Link

    Udany powrot Steve’a, mocne 8/10
    Recenzja beznadziejna.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *