Zwyczajnie niezwyczajni. Deafheaven – “Ordinary Corrupt Human Love”


Deafheaven to zespół dość młody. Grupa rozpoczęła swoją działalność w 2010 roku w ramach współpracy podjętej przez parę przyjaciół – wokalistę George’a Clarke’a oraz gitarzystę Kerry’ego McCoy’a. W celu rozwoju przedsięwzięcia do wspomnianej dwójki zdecydowali się dołączyć kolejni, tworząc aktualny, pięcioosobowy skład.

Deafheaven. Młodzi, zdolni, pracowici.

Podczas swojej niedługiej kariery zawodowej muzycy nie próżnowali i zdołali wykreować własny unikalny styl oraz wydać trzy albumy studyjne: “Roads to Judah” (2011), “Sunbather” (2013) oraz “New Bermuda” (2015). Wszystkie zyskały znaczną aprobatę krytyków, co udowodniło ich talent i potwierdziło fakt, że chłopaki nie zebrali się przypadkowo.

Ciężko jednak wyraźnie stwierdzić, co tak naprawdę Deafheaven grają. Ni to pop, ni to rock, ni to metal. Na potrzeby podobnego im brzmienia stworzono nowe pojęcie gatunkowe – blackgaze, stanowiące połączenie black metalu z muzyką shoegaze, którego korzeni należy upatrywać w twórczości francuskiego zespołu Alcest. Biorąc na tapetę Deafheaven można spodziewać się wszystkiego, bo oni tacy właśnie są – różnorodni i wyłamujący się schematom. Zwyczajnie niezwyczajni. Nie inaczej jest w przypadku ich najnowszego krążka – “Ordinary Corrupt Human Love”.

Piękny smutek.

Przyznam, że twórczość Deafheaven jest mi szczególnie bliska, gdyż towarzyszę im praktycznie od początków ich kariery. Zachęcany pozytywnymi recenzjami z zagranicy coraz chętniej zagłębiałem się w odmęty muzycznych światów tworzonych przez panów z San Francisco. Na nowym albumie znajdziemy siedem premierowych kompozycji, z czego aż cztery z nich przekraczają długość dziesięciu minut. Całość zajmuje więc ponad godzinę, ale zapewniam – tutaj nie da się nudzić.

Pierwszy utwór to “You Without End”.

Piosenka rozpoczyna się niewyraźnym szumem wiatru, jakby popychającego delikatnie morskie fale w kierunku plaży. Po czym wchodzi… pianino. No właśnie, już od pierwszych dźwięków przekonujemy się, że mamy do czynienia z czymś niestandardowym. Dalej jest jeszcze ciekawiej – gitara zaczyna przygrywać psychodeliczne dźwięki zmieniając się co jakiś czas w przyjemną dla ucha melodię, wchodzi delikatny damski głos, który zostaje po czasie zastąpiony growlem. Wszystko to miesza się i tworzy jakby delikatny chaos. Jednak ten nieład jest przemyślany, można znaleźć w nim jakąś zależność i pomysł. Uwierzcie, że to naprawdę działa. Nim się obejrzymy, ciężkie do zidentyfikowania końcowe dźwięki pierwszego kawałka przekształcają się w “Honeycomb”.

W jednym momencie swoją szarżę w kierunku słuchacza rozpoczyna typowa “nawalanka”, przecinana solówkami rodem z klasycznego heavy metalu. W końcowej części utworu możemy z kolei zatopić się w przepięknych dźwiękach gitary, przywodzących na myśl jakby schyłek lata. O tak, na horyzoncie zdecydowanie widać już nadchodzącą jesień.

Trzeci w kolejce “Canary Yellow” kontynuuje tradycję z końcówki poprzedniego kawałka – znajdziemy tu melodie czarujące, ale i wywołujące pewne przygnębienie, melancholię, smutek. Ciężko to opisać – trzeba to poczuć na własnej skórze. Po spokojnym początku Amerykanie przyśpieszają tempo, czego efektem jest typowo black metalowa jatka.

Miejscami dają nam jednak wytchnienie w postaci przyjemnych dla ucha melodyjnych solówek oraz ubarwiających całość chórków.

“Near” to typowy shoegaze. Krótki (jak na to wydawnictwo) utwór koi uszy senną melodią, prześwietlając najgłębsze zakamarki naszej podświadomości. Wokal pojawia się dopiero pod koniec i zaskakuje “normalnością”. Nie usłyszymy tu żadnych wrzasków czy krzyków. To najzwyklejszy męski śpiew współgrający z okalającymi go dźwiękami instrumentów.

“Glint” zaczyna się nieśpiesznie, trzymając nas w uścisku melancholii, lecz z czasem ewoluuje w klasyczny metalowy walec. Na tle posępnej linii melodycznej wokalista wykrzykuje emocjonalnie kolejne słowa, jakby chcąc pozbyć się jakiegoś ciężaru spoczywającego na jego barkach. W “Night People” powraca delikatny kobiecy wokal, który daje chwilę rozluźnienia w stosunku do bardziej skomplikowanego sznytu pozostałej części materiału. To najkrótszy utwór na płycie, ale zdecydowanie najbardziej wzruszający.

Ostatnim kawałkiem jest “Worthless Animal”, stanowiący swoiste połączenie ciągnących się przez cały album smutku, żalu i mroku. Szalone poczynania wokalisty na tle raz nastrojowego podkładu, a raz ściany dźwięków wypadają znakomicie. Idealne zakończenie.

Eksperyment bez wad.

W tej recenzji mnóstwo miejsca poświęciłem na zachwyty nad albumem. A co z minusami? Osobiście takich nie dostrzegłem. “Ordinary Corrupt Human Love” to dzieło kompletne, które uwalnia się spod klasycznych form gatunkowych. Mamy tu połączenie metalu, klasycznego rocka i shoegaze’u. Zakochać się w nim zdołają zarówno fani Slowdive, Happy Days, jak i Metalliki czy Guns N’ Roses.

Choć materiał popada w depresyjne tony, zarówno w warstwie lirycznej, jak i muzycznej, to nie można odmówić mu niezwykle przyciągającej energii i klasy. Ta dawka ludzkiej bezsilności zaklęta w magicznych dźwiękach sprawia, że całość jest jeszcze bardziej atrakcyjna. Jest to płyta doskonała, która zdobywa słuchacza już przy pierwszym odsłuchu, a przy każdym kolejnym może jedynie zyskać. Pozwólcie się więc zanurzyć w tych eksperymentalnych dźwiękach, zapominając na godzinę o wszystkim innym. Zdecydowanie warto.

Deafheaven - Ordinary Corrupt Human Love

Tracklista ” Ordinary Corrupt Human Love”

1. You Without End
2. Honeycomb
3. Canary Yellow
4. Near
5. Glint
6. Night People
7. Worthless Animal

  • 10/10
    Ocena autora - 10/10
10/10

KOMENTARZE

  • neige
    19 sierpnia 2018 | 01:38
    Link

    Blackgaze istniał na długo przed deafheaven. Bardziej trafną klasyfikacją byłby post-black

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *