Image default
RECENZJE

Yyy… co? – recenzja Psychotropic Transcendental “…lun yolina un yolina thu Dar-davogh…”


Wpadła w moje ręce przedziwna płyta. Zarejestrowana w latach 2005-2008, a zmiksowana, zremasterowana i wypuszczona w świat dopiero w roku 2018. Jako, że nazwa Psychotropic Transcendental może być wielu osobom obca, oraz zważywszy na fakt, że materiał na płytę był dosłownie wykopywany z archiwów, wypada napisać nieco więcej o zespole i o muzyce, która trafiła na “…lun yolina un yolina thu Dar-davogh…”.

O Psychotropic Transcendental.

Pochodząca z Bielska-Białej grupa wydała swoją pierwszą płytę pt.: „Ax libereld…” w 2002r. Płyta została wówczas bardzo dobrze przyjęta, zespół rozpoczął prace nad drugim krążkiem i… zniknął. W wywiadzie udzielonym dla Radia Wrocław, wokalista grupy, Rafał Kwaśny vel K-vass, rzucił trochę światła na przyczyny: „To były dość ciekawe czasy dla nas. Można sobie wyobrazić, że ta nazwa zespołu nie była znikąd, gdzieś ten lot był dość swobodny”.

Czyli mówiąc wprost, rockandrollowy styl życia wszedł ekipie Psychotropic Transcendental zbyt mocno w krew. Zgodnie ze słowami K-vassa zespół utknął na własnych umiejętnościach i chyba przede wszystkim, na dyscyplinie, której brakło, by dokończyć album. Poszczególne ścieżki były rejestrowane z dużymi przerwami na przestrzeni trzech lat. W międzyczasie muzycy zajęli się innymi projektami, innymi zobowiązaniami. W efekcie grupa przestała istnieć, a nagrany wówczas materiał schowano do szuflady.

To będzie coś z tego?

Gdy zespół zdecydował się na wydanie zarejestrowanych ponad dekadę wcześniej nagrań, nie było wiadomo jaka część z nich będzie się nadawać do publikacji. Okazało się, że zarejestrowano wówczas kilka różnych wersji ścieżek gitar, kilka wersji ścieżek perkusji i wybór wcale nie był łatwy.

Warto tu wspomnieć w jakich warunkach nagrywano materiał. Perkusja była nagrywana przez zespół w dużej, fabrycznej hali, niemal chałupniczymi metodami. „Mikser Behringera, pożyczone kable, ośmiokanałowa karta, (nagrywaliśmy) zupełnie na czuja”, tymi słowami K-vass opisał sesję nagraniową. Choć wydaje się, że słowo „sesja” jest tutaj sporym nadużyciem. Można się domyślać, że pozostałe nagrania były realizowane w podobny sposób.

“Yyyy…co?” po raz pierwszy, czyli o języku.

Gdy próbowałem rozgryźć teksty znajdujące się na płycie, moje pierwsze myśli powędrowały w kierunku słynnego “raz-czte-ry-o” Illusion, domyślacie się dlaczego. Najpierw połamałem sobie język próbując przeczytać tytuł płyty. Potem połamałem sobie język próbując przeczytać tytuły utworów (nawet nie pytajcie, ile czasu je tutaj przepisywałem). Tym niemniej, ze „140”, twórczość Psychotropic Transcendental ma niewiele wspólnego.

Warto zatrzymać się dłużej przy języku var-inath, w którym powstały teksty na płytę. Jest to język wymyślony przez perkusistę grupy, Gnata, który stworzył var-inath, jeszcze zanim zespół powstał. Doceniam i bardzo szanuję. I jednocześnie podziwiam odwagę i determinację. Myślę, że stworzenie abstrakcyjnych konstrukcji językowych, tak by brzmiały, jak jakiś obcy język musiało być nie lada wyzwaniem.

Jednocześnie var-inath jest podobno w pełni przetłumaczalny! Ku mojemu zaskoczeniu K-vass przyznał w wywiadzie, że śpiewanie w języku var-inath przyszło mu o wiele łatwiej, niż śpiewanie w języku obcym, którego znajomość może kuleć.

“Yyyy…co?” po raz drugi, czyli o „łatkach”.

Grzebiąc w odmętach Internetu można znaleźć informację, że zespół definiuje swoją muzykę, jako narkotyczny porno metal. Tu, nie ukrywam, strzeliłem klasycznego facepalma. Rozumiem, że czasami znalezienie odpowiedniej “łatki” może być trudne (a przecież je uwielbiamy, więc wypada jakąś mieć), ale “narcotic porn metal” brzmi równie kretyńsko, jak „vegetarian progressive grindcore” Grubego Eda. Panowie! Stać Was na więcej!

80 minut transu.

Na płytę “…lun yolina un yolina thu Dar-davogh…” składa się 9 utworów o łącznej długości blisko 80 minut. Jest czego słuchać! Choć, wbrew zespołowi, nie wiem, czy muzykę prezentowaną na albumie określiłbym mianem metalu. Porównując Psychotropic Transcendental do innych zespołów, najbliższe skojarzenie znajduję z dokonaniami niemieckiej grupy My Sleeping Karma, grającej psychodelicznego, transowego, “płynącego” rocka. Więc może określenie rock psychodeliczny z elementami metalu byłoby bardziej odpowiednie. Bo właśnie taka jest muzyka proponowana przez Psychotropic Transcendental – wymykająca się jednoznacznemu zaszufladkowaniu. Rozbudowane, wielowątkowe kompozycje (najdłuższa trwa ponad 13 minut!) przetkane są krótszymi, ale równie złożonymi utworami. Całość podparta jest arabsko brzmiącymi tekstami i zaskakująco różnorodnym wokalem. K-vass szepta, śpiewa, krzyczy, a nawet wpada w growl.

Płyta “…lun yolina un yolina thu Dar-davogh…” jest na tyle spójna, że…

…nie ma raczej potrzeby opisywania każdego utworu oddzielnie. Wybierając jedną, najbardziej charakterystyczną kompozycję poleciłbym utwór „Lavor ni termaned”. Ten, niemal 14-minutowy kolos zawiera w sobie wszystkie elementy, z których muzycy utkali kompozycje na płycie.

Rozpoczyna się nostalgiczną, nieco monotonną partią gitary, która stanowi tło dla bardzo ładnej, rozciągniętej improwizacji i spokojnego, sennego wokalu. Mniej więcej w połowie kompozycji, dość gwałtownie zmienia się klimat, utwór staje się bardziej brutalny, perkusista zaczyna pracować na dwie stopy, a początkowo spokojny wokal ustępuje wściekłemu rykowi. W pewnym momencie całość gwałtownie się załamuje, by ustąpić miejsca sennej, tajemniczej końcówce.

„Yyyy…co?” po raz trzeci, czyli o okładce.

Przyznam, że nie do końca rozumiem pomysł na okładkę. Roślina widoczna na zdjęciach umieszczonych w bardzo ładnym digipacku to szczawik trójkątny, ozdobny kwiat doniczkowy i co ciekawe – jadalny. Charakteryzuje się ostrym, kwaśnym smakiem i z całą pewnością nie jest halucynogenny. Do „psychotropicznej transcendencji” bardziej pasowałyby jakieś grzybki, czy choćby dietyloamid kwasu D-lizergowego, rozpowszechniony pod nazwą LSD.

Dobrze, że ten materiał się ukazał.

Że nikt nie machnął na te nagrania ręką. To bardzo ładna, wciągająca, choć na swój sposób, kompletnie popieprzona płyta. Są dni, gdy słucham jej na jednym wdechu. Są również takie, gdy wyłączam ją po pierwszej minucie. Potrafi jednocześnie wciągnąć i omamić słuchacza (intrygujący, chwilami wręcz punkowy „Mahad Lavor sa-zax”), by chwilę później przycisnąć go kolanem do ziemi (ciężki i ponury „Float wid xeruaned Rattha”).

Psychotropic Transcendental - ...lun yolina un yolina thu Dar-davogh..., 2018
Psychotropic Transcendental – …lun yolina un yolina thu Dar-davogh…, 2018


Lista utworów:

1. Mahad Lavor sa-zax
2. …Luvan daar quorkugh
3. …lun yolina un yolina thu Dar-davogh…
4. Lavor ni termaned
5. Iin Varandhaar iin Badenath mahad Karviin
6. Float wid xeruaned Rattha
7. Zig Il-saghar iin Il-saghar
8. Wid Arra float
9. Hoxathilag

Podobne artykuły

Recenzja: Holy Grail – Ride The Void

Tomasz Koza

Godsmack pozostaje w swojej strefie komfortu – recenzja „When Legends Rise”

Recenzja: „Apocalipsis – Harry at the End of the World”

Albert Markowicz

Zostaw komentarz