Bełt to młodziutki metalowy zespół z Warszawy, który niedawno podczas trasy „First Blood Tour” zaliczył sceniczny debiut, a już w najbliższą sobotę zagra swój drugi w historii koncert, otwierając imprezę „Steel Meets Steel” w stołecznych 2Kołach. Jeśli chodzi o jego dorobek studyjny, póki co składa się na niego tylko wydane rok temu demo „Rytuał”. A jak prezentuje się ten materiał i co w ogóle grają nastolatki z Bełtu? O tym w recenzji poniżej.
Czytaj też: Pierwsza krew została rozlana. Relacja z koncertu Bełtu u boku Detection w Warszawie
Przyznam szczerze, że kiedy 3 października szedłem na warszawską odsłonę trasy „First Blood”, Bełt był jedyną kapelą w czterozespołowym składzie, której wcześniej nie słyszałem, nie miałem pojęcia co gra i czego się po niej spodziewać. No i z zaskoczenia dostałem w pysk bardzo fajnym oldschoolowym metalem gdzieś na styku heavy, speedu, thrashu i proto-blacku. Było szybko, brudno i na tyle ciekawie, że po koncercie, który był w ogóle pierwszym występem na żywo w historii zespołu, zapragnąłem dołączyć jego demko w wersji CD do swojej skromnej płytowej kolekcji. W tym miejscu bardzo dziękuję chłopakom za egzemplarz recenzencki i przechodzę do krótkiego omówienia „Rytuału”.

Bełt „Rytuał” to dzieło szesnastoletniego muzyka
Bełt to aktualnie tercet, ale początkowo był jednoosobowym projektem Janka Białeckiego aka J.B. Axeman, obecnie siedemnastolatka, co znaczy, że podczas rejestracji tego materiału miał on zaledwie lat 16, a jednak obsłużył wszystkie instrumenty i nagrał wokale do pięciu kawałków trwających łącznie 25 minut.
Demko otwiera klimatyczne, jakby horrorowe, syntezatorowe intro, po chwili przechodzące w utwór „Bramy piekieł” – tytuł kawałka na początek płyty wręcz idealny! Dostajemy tu od razu wszystko, co charakteryzuje Bełt, a najważniejszą cechą formacji jest totalna miłość do starej szkoły metalu z lat 80. Nikt tu nie sili się na odkrywanie Ameryki, techniczne wygibasy, progresywne kompozycje czy międzygatunkowe eksperymenty – jest tylko kult podziemia, piwnicy i Diabła. Hołd dla czasów, kiedy metal był po prostu metalem, a poszczególne podgatunki tej muzyki dopiero się kształtowały.
W sumie w tym momencie mógłbym zakończyć tę recenzję, wrzucić Bełt do worka z napisem „grupa rekonstrukcyjna”, skrytykować brak oryginalności i niedostatki techniczno-brzmieniowe, ale… w całej swojej archaiczności to jest naprawdę wspaniałe granie! Dodatkowo, biorąc pod uwagę wiek Axemana, nie mogę nie cieszyć się z tego, że młode pokolenie wzoruje się na najlepszych tradycjach sceny.
Złowieszczy metal Bełtu. Jakie są jego rytmy, riffy, solówki i wokale?
Po „Bramach piekieł” dostajemy „Złowieszczy metal” – swoisty hymn czy też manifest zespołu, który chyba najlepiej definiuje, o co w tym projekcie w ogóle chodzi. Prosta, rozpędzona rytmika, chwytliwe riffy, dobre solówki – instrumentalnie wszystko jest na swoim miejscu. Produkcja może i mogłaby być lepsza, ale umówmy się – to zaledwie demo, a nie pełnoprawny materiał, a brudne brzmienie i pewna siermiężność tylko dodają mu uroku.
Instrumentalnie jest tu wszystko podegrane naprawdę super, dokładnie tak, jak lubię, a wokalnie? No cóż, Jan nie jest raczej najsilniejszym i najbardziej charakterystycznym śpiewakiem polskiego metalowego podziemia. Słyszałem w tej konwencji zarówno lepsze, jak i gorsze głosy, tutaj jest po prostu średnio, choć z warstwą muzyczną siedzi w miarę nieźle. Ale znów powtórzę – mamy do czynienia z kawałkami nagranymi przez szesnastolatka, ma on jeszcze czas, by dojrzeć i się wyrobić.

Bełt „Rytuał” – zaskoczenie jako słowo-klucz
Oprócz dwóch wspomnianych wyżej utworów płyta zawiera jeszcze całkiem fajną „Ostatnią zemstę”, świetny, trwający ponad osiem minut (a ile w tym czasie zmieszczono fajnych gitarowych patentów!) tytułowy „Rytuał” oraz będący prawdziwą wisienką na torcie cover legendarnych „Czarnych zastępów” Kata. Ta interpretacja jednego z największych klasyków polskiego metalu to czyste złoto – instrumentalnie zagrana jest dość blisko oryginału, za to zaśpiewana zupełnie inaczej, i to inaczej tak od wersji katowskiej, jak i inaczej od reszty płyty, na której się znajduje. Robi to robotę i przyjemnie zaskakuje, nie powiem.
Zresztą słowo „zaskoczenie” mogłoby spokojnie być motywem przewodnim tego tekstu. Zaskakuje to, że tak młodzi ludzie, jak członkowie Bełtu, słuchają tak oldschoolowej muzyki i sami chcą ją tworzyć. Zaskakuje to, jak dobrze czują jej ducha i z jaką łatwością odnajdują się w klimacie lat dawno minionych. Zaskakuje dar do pisania naprawdę przebojowych numerów ze świetnymi riffami. Pozytywnie zaskoczyło mnie też wykonanie tego materiału na żywo, ale o tym już więcej możecie poczytać w podlinkowanej wyżej relacji.
Klimat muzyki Kata lepszy niż u Kata
Bełt to zespół, który nie sili się na oryginalność, nie chce poszerzać ram gatunku, w którym się obraca, a jedynie dobrze robić to, co robi, i ja w pełni rozumiem i szanuję takie podejście. Wśród swoich inspiracji muzycy wymieniają Bathory, Bulldozer czy Venom, ja bym tu dorzucił jeszcze wczesne Running Wild i oczywiście Kata, w końcu wybór utworu do scoverowania raczej przypadkowy nie był. Zresztą punktów stycznych z twórczością naszej ikony, a zwłaszcza jej debiutem, jest tutaj więcej: szybkie riffy, podobnie surowe brzmienie czy polskojęzyczne teksty (głównie o metalu i piekle, czyli też wszystko się zgadza).
W tym roku mija 40 lat od premiery pierwszej płyty Kata, a Piotr Luczyk wypuszcza kolejny album sygnowany trzyliterową nazwą zespołu, który zdaniem wielu umarł wraz z Romanem Kostrzewskim. Już po pierwszym opublikowanym singlu wiemy, że wbrew szumnym zapowiedziom gitarzysty „Death is not Enough” będzie bardzo dalekie od klimatu starego Kata. „Rytuał” jest mu zaś bardzo, naprawdę bardzo bliski.
Te 25 minut oldschoolowego metalu to nostalgiczny skok w czasie wykonany przez ludzi, którzy nie mogą pamiętać go z czasów świetności, ale poznali go niedawno i pokochali na tyle, że nie chcą pozwolić mu odejść. Uważam to za bardzo cenne i nie waham się stwierdzić, że to demo Bełtu ma w sobie więcej szczerości i dawnej „katowskości” niż jakiekolwiek nowe dzieło współczesnego Kata kiedykolwiek mieć będzie.
Skazani na podziemie? Przyszłość młodego zespołu Bełt
Gorąco kibicuję Bełtowi i chciałbym móc napisać, że wróżę mu świetlaną przyszłość, ale nie oszukujmy się – być może będą wkrótce sensacją podziemia i obiektem uwielbienia garstki metalowych fanatyków, ale dużego komercyjnego sukcesu pewnie nigdy nie osiągną. Wcale nie przez brak talentu czy umiejętności, ale po prostu przez świadomy wybór rodzaju muzyki, jaki zdecydowali się grać.
Przez to, że nie są viralowym fenomenem z TikToka (ba, nawet nie mają profilu na Facebooku – dobrze, że są chociaż na YT i streamingach), tylko wydali własnym sumptem pierwsze demo na kasecie, a jego późniejsza wersja CD wyszła dzięki Profanum Rite Records w nakładzie całych 30 egzemplarzy, w dodatku z totalnie chałupniczo wykonaną poligrafią. Po prostu przez to, że z własnej woli umieścili się w podziemiu, bo są metalowcami z krwi i kości. Mnie to bardzo pasuje, a i Wam gorąco Bełt polecam.

Lista utworów:
1. Bramy piekieł
2. Złowieszczy metal
3. Ostateczna zemsta
4. Czarne zastępy
5. Rytuał



