RECENZJE

Recenzja: Fanthrash – “Kill The Phoenix”, czyli wyrób thrashopodobny

Nieczęsto zdarza się, by jakiś zespół wydawał debiutancki album po 25 latach od momentu założenia. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku Fanthrash. Grupa została założona w 1986r., a debiutancki krążek wypuściła w 2011r., po wielu latach niebytu.

Fanthrash to połączenie dwóch słów

“Fantom”, bo tak pierwotnie nazywał się zespół i “thrash”, bo taką muzykę grają. Początki grupy, jak wspomniałem, sięgają 1986r. Pierwszy etap działalności Fanthrash zakończył się w 1992r. Formacja powróciła do życia na początku nowego stulecia, by w 2010r. wydać EP-kę pt. “Trauma Despotic”, a rok później – swój pierwszy album zatytułowany “Duality of Things”. W 2013r. muzycy przypomnieli o sobie mini-albumem „Apocalypse Cyanide”. Dziś zespół wraca z drugim “długograjem” zatytułowanym “Kill The Phoenix”.

Co kryje się za logiem przywodzącym na myśl Immolation i starą Sepulturę? Sporo dobrego, choć początek tego nie zwiastuje.

Zespół Fanthrash
Zespół Fanthrash, fot. Piotr “Mleko” Miłkowski

Album zaczyna się niezbyt oryginalnie

Płytę otwiera „Glass Towers” – poprawny utwór w charakterystycznym thrash/death metalowym klimacie, typowym dla Vadera. Jest OK, ale przy pierwszym odsłuchu pomyślałem „ehhh, N-ty zespół grający, jak setka innych”.

Jednak nie przywiązujcie się do myśli, że Fanthrash gra, jak Vader. Nie przywiązujcie się również do myśli, że “Kill the Phoenix” to album stricte thrashowy. Muzycy bardzo szybko udowadniają, że nie mają klapek na oczach i nie są ślepo zapatrzeni w „Reign in Blood” i „Pleasure to Kill”. I bardzo dobrze.

W „Kill the Phoenix” szybko wkradają się progresywne elementy

“Ice Dagger of Despair” zaczyna się zaskakująco wyciszonym i minimalistycznym wstępem, by zaatakować słuchacza deathmetalowym strzałem z progresywnymi wstawkami. W tym momencie albumu, podanymi jeszcze dość ostrożnie, ale im bardziej zagłębić się w “Kill the Phoenix”, tym tej progresji jest więcej. Zupełnie jakby zespół chciał stopniowo dawkować słuchaczowi kolejne doznania. W świetnym “Scapegoats” muzycy serwują połamany, trudny rytm, który w pewnym momencie wchodzi w klimaty wręcz opethowskie.

Minimalistycznych fragmentów na płycie również jest więcej.

W kilku momentach płyty słychać instrumenty dęte

Między innymi we wstępie do “Herald of the End”. Szkoda, że zespół nie zdecydował się, by wykorzystać oryginalne instrumentarium w większym stopniu. Przykład zespołów takich, jak choćby Ex Deo, udowadnia, że umiejętnie wykorzystane dęciaki potrafią spotęgować ciężar muzyki.

A sam “Herald of the End” brzmi momentami jak Rage Against The Machine na dopalaczach. Uważam, że te „dęciaki” pasowały by do utworu, jak ulał. Mogłaby wyjść kompozycja w klimacie zapomnianej grupy Bottom 12, która grała eksperymentalny hardcore z saksofonem i trąbką.

W międzyczasie wracamy jeszcze na chwilę do „vaderowych” klimatów

W stylu podobnym do „Glass Towers” utrzymany jest kawałek pt. “M.A.D.”. Jednak tutaj progresywne zapędy muzyków Fanthrash są słyszalne wyraźniej, niż w kawałku otwierającym płytę. Dodatkowo, zespół w interesujący sposób przełamuje utwór na dwie części – wplatając w środek odgłosy wojny. Druga część „M.A.D.” wynurza się nagle, jak spod wody. Pomysłowy zabieg.

Fanthrash logo

Z „Instinct of Doom” bije surowość i chłód

Wstęp utworu kojarzy mi się z początkiem płyty “Mrok” O.N.A. Być może odległe skojarzenie. Tak, czy inaczej, „Instinct Of Doom” nie tylko w nazwie ma zagładę, jest w nim coś apokaliptycznego i ostatecznego. Czai się w nim jakieś nienazwane, mroczne zło. Tu ponownie wyraźnie słychać progresywne zapędy muzyków. W tym momencie płyty należy całkowicie zapomnieć, że zespół ma człon “thrash” w nazwie. Bo thrash metalu jest tu jak na lekarstwo. Czy to źle? Ależ skąd!

Dochodząc do “Black Hours” jeszcze bardziej oddalamy się od thrashmetalowej młocki, na rzecz dźwięków wręcz… metalcore’owych. Zespół serwuje w “Black Hours” breakdowny typowe dla tego gatunku oraz ponury i ciężki klimat. A w solówce – dużo wajchy.

Największe zaskoczenie Fanthrash zostawia na koniec

Zastanawiałem się długo czy wykładać na stół wszystkie atuty „Kill The Phoenix”. Po namyśle uznałem, że nie będę odbierał innym przyjemności z odkrywania tego albumu samodzielnie. Napiszę zatem, że najodważniejsze fragmenty płyty znalazły się na samym końcu, w podzielonym na dwie części utworze tytułowym. Bardzo fajny finał, bardzo dobrej płyty.

Ale żeby nie było zbyt słodko…

Przyznam, że nie do końca rozumiem pomysł dzielenia utworów na części opatrzone takimi samymi tytułami. Podobny zabieg wymyśliła sobie chociażby ekipa Mayhem na „Grand Declaration of War”. Nie wiem, jaki był cel tworzenia tych podziałów. Może muzycy Fanthrash uznali, że trzynaście ścieżek na płycie wygląda lepiej, niż dziewięć. A może, ich zdaniem, dzięki temu słuchacz będzie mógł szybko przeskoczyć do „właściwego” początku utworu. Nie wnikam, ale jeżeli celem tego działania było sztuczne wydłużenie tracklisty, to uważam, że absolutnie nie było potrzeby, by to robić. A samego pomysłu, jak zaznaczyłem na wstępie akapitu, po prostu nie rozumiem.

Czego nie ma na “Kill the Phoenix”?

“Piosenkowego” niby-thrashu spod znaku nowszego Kreatora, przynudzania, dłużyzn, smętnych ballad, kompromisów, odgrzewania staroci wygrzebanych nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co. Co istotne, nie ma również usilnego trzymania się klasyków gatunku.

Muzycy Fanthrash doskonale zdają sobie sprawę, że od czasu wydania „Master Of Puppets” w muzyce metalowej wydarzyło się bardzo dużo. Co za tym idzie, dają słuchaczowi materiał nowoczesny, zróżnicowany i pasujący do współczesnych standardów. Pasujący zarówno poziomem kompozycji, jak i poziomem szeroko rozumianej realizacji.

Na koniec, parę słów porównania z wcześniejszą płytą Fanthrash

W tym miejscu muszę zwrócić uwagę na ogromny postęp jakościowy, jaki dokonał się w muzyce Fanthrash od czasu wydania debiutanckiego krążka „Duality of Things”. Tę płytę określiłbym mianem poprawnej, ale nie zwracającej na siebie większej uwagi.

Na przestrzeni ośmiu lat, zespół rozwinął się pod każdym względem. Utwory na „Kill The Phoenix” są ciekawsze, zaaranżowane z większym rozmachem. Zespół odważniej sięga po wszystko to, co najlepsze w różnych gatunkach metalu.

Kronikarski obowiązek nakazuje wspomnieć również o produkcji albumu. „Kill The Phoenix” brzmi bardzo rasowo i nowocześnie, dużo lepiej, niż „Duality of Things”. Dodatkowo kciuki w górę za piękne wydobycie basu.

Podsumowanie

Na zakończenie wypada wyjaśnić tytuł recenzji, który zapewne większości kojarzy się pejoratywnie – z wyrobem czekoladopodobnym, a więc produktem kiepskiej jakości, po który nikt, z własnej nieprzymuszonej woli, nie sięgnie. W przypadku niniejszego tekstu pozwoliłem sobie na pewną przewrotność. Wynika to z faktu, że thrash w jego klasycznym wydaniu zbyt mocno mi się osłuchał, bym miał ochotę na sięganie po kolejne klony „Reign In Blood”. Co za tym idzie, „thrashopodobność” muzyki serwowanej przez Fanthrash jest, moim zdaniem, ogromną zaletą „Kill The Phoenix”. Tak więc, w tym przypadku skojarzenie powinno być jak najbardziej pozytywne.

Przydatne linki
Facebook | Spotify | Tidal | YouTube | iTunes | NapsterGoogle Play | Amazon | iHeartRADIO | Deezer

Zamów “Kill The Phoenix”
Allegro | Mailowo

Okładka płyty Kill the Phoenix zespołu Fantrhash
Fanthrash – Kill the Phoenix, 2019

Tracklista Fanthrash “Kill The Phoenix”:

01. Glass Towers
02. Ice Dagger of Despair (Intro)
03. Ice Dagger of Despair
04. Scapegoats
05. M.A.D.
06. Black Hours
07. Herald of the End (Intro)
08. Herald of the End
09. Instinct of Doom
10. Sacred Blasphemy (Intro)
11. Sacred Blasphemy
12. Kill the Phoenix
13. Kill the Phoenix (Outro)

Artykuł sponsorowany

Podobne artykuły

To jeszcze konsekwencja czy już wtórność? – recenzja „And Justice for None” 5FDP

Szymon Grzybowski

Recenzja: Iperyt – The Patchwork Gehinnom

Michał Bentyn

Recenzja: Megadeth – Super Collider

Tomasz Koza

Recenzja: God Is An Astronaut – Helios Erebus

Tomasz Koza

Recenzja: Vedonist – A Clockwork Chaos

Tomasz Koza

Recenzja: Sabaton – Heroes

Tomasz Koza

Zostaw komentarz