RECENZJE

Recenzja: Ghost – Infestissumam

Rozpoczęcie pisania recenzji najnowszego, długo oczekiwanego sukcesora “Opus Eponymous” Szwedów z Ghostwiązało się w moim przypadku z porównywalnym trudem do tego, z jakim mierzyłem się pisząc parę słów o ostatniej płycie Volbeat. O ile jednak Duńczycy są u mnie na pierwszym miejscu od wielu lat, o tyle Ghost skradł moje serce przed niespełna dwoma laty, kiedy pierwszy raz usłyszałem debiutancki krążek. Był mroczny, psychodeliczny, niepokojący – przywodził na myśl mariaż Mercyful Fate (głównie za sprawą wokalu Papy Emeritusa I) z Blue Öyster Cult (psychodeliczne melodie). Mimo, iż muzycznie (może poza popowymi bitami perkusyjnymi) nie wnosili nic nowego – zasiali ziarno niepokoju na niwie hard rocka/heavy metalu, proponując retrospektywną podróż w lata 70. Długo oczekiwałem następcy “Opus”, zatytułowanego “Infestissumam”. Tydzień w tydzień od pojawienia się w sieci pierwszego singla – “Secular Haze”, odwiedzałem stronę Ghost w celu uzyskania szerszych informacji o krążku. Płyta wkrótce ukaże się na sklepowych półkach, a my znów mieliśmy ekskluzywną możliwość przedpremierowego odsłuchu…

Od kilku tygodni w sieci pojawiały się przeróżne zajawki “Infestissumam”, bardziej lub mniej legalnie wyciekające utwory (“Year Zero”, “Body And Blood” oraz “Ghuleh/Zombie Queen”) wyostrzyły mój apetyt. Ghost wyraźnie złagodził brzmienie, momentami zbliżając się muzycznie do rodaków z ABBA! Atmosfera mroku oczywiście pozostała (głównie w lirykach). Poza tym nic nie brzmi bardziej niepokojąco niż czarne psalmy wylewające się z ust Papy Emeritusa II, w towarzystwie słodkich gitar, pulsującego basu i radosnej perkusji, a także… retro-klawiszy! Szkoda tylko, że akurat te utwory jakimś sposobem wyciekły do Internetu. Podniosły bowiem moje oczekiwania względem “Infestissumam”, a zderzenie z całością materiału nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, ponieważ pozostałe kompozycje prezentują nieco niższy (moim zdaniem) poziom. Satanistyczny psalm, który rozpoczyna płytę, płynnie przechodzi w “Per Aspera Ad Inferi” – utwór, który spokojnie mógłby znaleźć się na poprzednim krążku. To jakby pomost łączący debiut z sukcesorem. Refren wprowadza w trans i nie chce wyleźć z głowy, nie mniej jest to raczej średni utwór – jeden ze słabszych na płycie. Walczyk “Secular Haze” znany słuchaczom najdłużej (promował bowiem nowe wydawnictwo już w zeszłym roku) to utwór na miarę nominacji do szwedzkiej nagrody P3 Guld i faktycznie trzyma poziom. Jeszcze lepiej dzieje się w “Jigolo Har Megiddo” – przebojowym utworze, zupełnie innym niż to co do tej pory prezentował Ghost. Radosna melodia, pulsujący bas i generalnie bardziej “popowy” charakter utworu, który odznacza się radiowym refrenem i z pewnością przysporzy zespołowi grupę nowych fanów. Podobny charakter mają jeszcze mój ulubiony “Body And Blood” oraz hard rockowy “Depth Of Satan’s Eyes”. Po bandzie zespół pojechał natomiast w “Ghuleh/Zombie Queen”. Najdłuższy, niemal ośmiominutowy utwór, który rozpoczynają dźwięki, których nie powstydziłby się David Bowie, przechodzą w surf-rockowy przebój, spod znaku Beach Boys! Majstersztyk. Więcej mroku z prawdziwego zdarzenia znajdziemy natomiast w “Year Zero” który jest prawdopodobnie najbardziej nawiedzonym utworem w historii zespołu. Soundtrack do horrorów mógłby pełnić wieńczący płytę “Monstrance Clock” – leniwy, utrzymany w średnim tempie wałek, który idealnie podsumowuje płytę. Oprócz wspomnianego wcześniej “Per Aspera Ad Inferi” na płycie znajduje się jeszcze jedna słabsza kompozycja. Jej tytuł to “Idolatrine” i moim zdaniem spokojnie można było ją pominąć.

Produkcja płyty, której tym razem podjął się Nick Raskulinecz (znany ze współpracy z: Danzig, Marilyn Manson,Rush czy Trivium) stoi na wysokim poziomie. Bardziej selektywne, czyste brzmienie i wyeksponowane instrumenty klawiszowe nadają charakterowi krążka złowieszczy charakter. Przechodząc do posumowania – jak wspomniałem na wstępie, wyciek najlepszych kompozycji z płyty przed premierą jest (w moim odczuciu) niczym strzał w kolano. Element zaskoczenia przebojowością nie wyszedł przez to zespołowi ze Szwecji. Jeśli jednak ktoś miał silną wolę i zdecydował się czekać na odsłuch całości – od początku do końca, z pewnością zostanie wynagrodzony. “Infestissumam” to krążek zupełnie inny niźli debiut. Stanowi jego sukcesję, jest naturalnym przedłużeniem i wydaje mi się, że w takich kategoriach należy do rozpatrywać. Klimatycznie zdecydowanie odbiega od tego, co Ghost zaproponował nam przy okazji “Opus Eponymous”, wciąż jednak jest na bardzo wysokim poziomie. Kilka kompozycji nie przypadło mi do gustu, stąd też minimalnie obniżona nota. Nie mniej, w dalszym ciągu – polecam i z niecierpliwością czekam na Impact Festival, aby zobaczyć Papę i bandę Bezimiennych Ghouli na żywo!
medium

Track lista:

01. Infestissumam
02. Per Aspera Ad Inferi
03. Secular Haze
04. Jigolo Har Megiddo
05. Ghuleh/Zombie Queen
06. Year Zero
07. Body And Blood
08. Idolatrine
9. Depth Of Satan’s Eyes
10. Monstrance Clock

 

 

 

 

 

Autor: Tomasz Kulig

Rok publikacji: 2013

  • Ocena autora:
4
Sending
User Review
4.75 (4 votes)

Podobne artykuły

Recenzja: White Wizzard – Infernal Overdrive

Szymon Grzybowski

Recenzja: Exodus – Blood In Blood Out

Tomasz Koza

W pogoni za dziwną modą – recenzja Moonspell „Lisboa Under the Spell”

Paweł Kurczonek

Zostaw komentarz