RECENZJE

Recenzja: Killswitch Engage – Disarm the Descent

“Killswitch are back!” – to słowa prowadzącego audycję w radiu Kerrang, kiedy to miała miejsce premiera pierwszego singla zatytułowanego “In Due Time”. Kawałek zapowiadał nowy krążek Amerykanów, na który czekałem już bez mała 4 lata. Posłuchałem go i pomyślałem: jest dobrze. Po ostatniej płycie KsE apetyt był ogromny, bowiem ta miała swoje przebłyski, ale wypadła co najwyżej “nieźle”. Od tego czasu miałem nadzieję, że zespół kolejnym albumem będzie chciał zmyć niezbyt dobre wrażenie jakie towarzyszyło chyba większości fanów po “Killswitch Engage”, na które swoją drogą też trzeba było czekać aż trzy lata. Jednak takiego obrotu spraw nigdy bym się nie spodziewał. Najpierw w 2011 roku miała miejsce premiera projektu, w który zaangażowali się gitarzysta KsE, Adam Dutkiewicz jak i były wokalista, dzięki któremu Killswitch Engage stał się legendą w swoim gatunku, czyli Jesse Leach. Owocem tego projektu nazwanym przez muzyków Times of Grace, jest “The Hymn of a Broken Man”, który został bardzo ciepło przyjęty w metalcore’owym światku, a w szczególności wśród fanów Leacha, jeszcze z czasów kiedy “wydzierał sięe w starym zespole. Wciąż jednak czekałem na nowych “Killswitchów”, kiedy na początku poprzedniego roku świat obiegła wieść o odejściu Howarda Jonesa, dotychczasowego śpiewaka zespołu. Teraz już nietrudno domyśleć się reszty i zgodnie z tymi domysłami, w lutym 2012 roku, po dekadzie rozłąki do składu wraca Leach. Wiele się o tym mówiło, i mówi do dzisiaj, ponieważ nie wszyscy fani są zadowoleni z takiego obrotu spraw. Też byłem wielkim fanem Howarda i jego wokalu, a płyty które nagrał wraz z KsE (oprócz tej ostatniej), to bez wątpienia klasyka gatunku i trudno znaleźć od nich lepsze. Jednak tym nieprzekonanym do powrotu Jesse’ego polecam włączenie sobie “Numbered Days” i zaprzestanie malkontenctwa. Później wszystko potoczyło się (w miarę) szybko i do premiery nowego krążka zespołu, o tytule “Disarm the Descent”, zostało zaledwie kilka dni.

Co przygotował dla nas zespół? Dwanaście premierowych numerów (plus dwa bonusy), czyli 40 minut “czystego metalcore’u” jak to zwykłem mówić okraszonego wokalizą człowieka, o którym można powiedzieć, że wprowadził gatunek na salony. Swoją drogą słychać jaką drogę odbył głos Jesse’ego przez te wszystkie lata. Słychać już to zresztą było na płycie Times of Grace, jednak pokuszę się o stwierdzenie, że na nowym KsE brzmi on jeszcze lepiej. Czas już jednak przejść do tego co najważniejsze, czyli do zawartości krążka. Zespół jak to zwykł robić, nie bawi się z nami w żadne wstępy czy intra, tylko od razu rzuca nas na głęboką wodę w postaci “The Hell in Me”, która wierzcie mi, dla fana gatunku, jest bardzo głęboka. Kawałek jest niesamowity i ma wszystko to, co powinien zawierać murowany hit – potężne wejście, dobre tempo ze świetnym riffem i genialny, a zarazem wyważony refren, który w ogóle nie stopuje utworu. Zaryzykuję i powiem, że to chyba jeden z najlepszych otwieraczy w historii zespołu i nie wstydziłbym się postawić go w rzędzie na równi z “A Bid Farewell” czy wyżej już wspomnianym “Numbered Days”. Ale nie samym “The Hell in Me” żyje człowiek. Kolejnemu kawałkowi już z kolei bliżej do stylu Times of Grace, choć wiadomo było, że nie sposób się będzie od tego odciąć. O wiele spokojniejszy, z ładnym przejściem i miłym dla ucha refrenem. Bardziej w stylu ToG jest również “Always”, który przywodzi na myśl ballady znajdujące się na “The Hymn of the Broken Man”. Oczywiście wiadomo, że większość kawałków będzie przypominać samotny projekt Leacha i Dutkiewicza, jednak te kawałki brzmią jakby były wręcz wyjęte z jeszcze nie istniejącej, nowej płyty Times of Grace. Poza tymi kawałkami i może jeszcze “You Don’t Bleed For Me” (również udanym), nowe KsE to istna jazda bez trzymanki. Prawie każdy kawałek pędzi wręcz na złamanie karku (“Time Will Not Remain”, “The Call”), ma świetny refren (“All That We Have” ,czy znany już z demówki, która przeciekła do sieci jeszcze w tamtym roku “No End in Sight”) i oczywiście za sprawą Adama Dutkiewicza może pochwalić się świetnym riffem czy solówką (“A Tribute to the Fallen”, “The Turning Point”). Fani takiego grania (przyznaje się, że do nich należę) nie powinni mieć większych zastrzeżeń.

Co mogę napisać na zakończenie? Jestem bardzo zadowolony z tego co dostałem, nawet jeśli trwało to prawie 4 lata. Cieszy również powrót jak i wyśmienita forma Jesse’ego Leacha, która dobrze wróży na kolejne płyty i mam nadzieję, że takowe powstaną. “Disarm the Descent” może nie jest krążkiem, który wywoła taką burzę jak “Alive Or Just Breathing”, jednak pokazuje, że zespół wcale nie wypadł z formy przez te lata i nadal potrafi stworzyć coś naprawdę dobrego. Skończę może tak, jak zacząłem – Killswitch are back!

okla

Track lista:

01. The Hell In Me
02. Beyond the Flames
03. New Awakening
04. In Due Time
05. A Tribute to the Fallen
06. The Turning Point
07. All That We Have
08. You Don’t Bleed for Me
09. The Call
10. No End in Sight
11. Always
12. Time Will Not Remain

 

 

 

 

 

Autor: Marcin Czarnecki

Rok publikacji: 2013

Podobne artykuły

Recenzja: Soulfly – Enslaved

Kinga Parapura

Recenzja: Revamp – Wild Card

Tomasz Koza

“Brud” – recenzja filmowej biografii Mötley Crüe

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz