RECENZJE

Recenzja: Iperyt – The Patchwork Gehinnom


Sześć lat kazano nam czekać na kolejny pełny wyziew samozwańczych sonicznych terrorystów katowickiego Iperytu. Miesiąc po premierze “The Patchwork Gehinnom” nadal nie mogę się zdecydować czy coś po prostu poszło nie do końca tak, czy po prostu to już nie czas na takie granie. Jeszcze nie tak dawno temu nazwanie w towarzystwie muzyki, jaką wykonuje Iperyt – mocno industrializowanego black metalu z syntetyczną perkusją – archaiczną mogłoby spowodować pukanie się zebranych dookoła w czoło. W tamtym czasie (pi razy oko kilkanaście lat temu) granie w stylu, który po dziś dzień prezentuje katowickie komando było czymś wyjątkowo łamiącym schematy i powodującym u niektórych rectum iri dolore. Przy okazji szokowało totalitarną wręcz agresją. Dziś niestety jest już nieco inaczej.

To nie tak, że już na samym wstępie skreśliłem ten album i zniechęcam kogokolwiek do jego zignorowania, nic z tego.

To w dalszym ciągu dość oryginalny przedstawiciel nasz rodzimej czarnej sceny, co można uznać za wartość dodatnią. Na pewno nie sposób Iperytu z jakąkolwiek inną hordą pomylić. W zasadzie wszystko, do czego przyzwyczajono nas na poprzednich wydawnictwach jest na swoim miejscu – syntezowana, skrajnie szybka perkusja – jest. Agresywny, acz dość selektywny wokal – jest. Klawisz dla podkręcenia atmosfery zagłady – owszem. „Soniczny terror” – jest…? Jeśli za taki weźmiemy pozbawioną przez większość płyty dynamiki młóckę to jak najbardziej. Ile razy bym do krążka nie podchodził tyle razy ogarnia po kilku chwilach nuda.

I nie wiem, jakie znaczenie ma to, że otwierający płytę “Phantom Black Dogs” jest bez żadnego wątpienia najgorszym utworem na całym krążku. Być może chodziło o efekt „im dalej tym tylko lepiej”? Może mieć to pewien sens, ponieważ w kolejnych partiach jak najbardziej można znaleźć bardzo interesujące momenty. Jedyny problem jest taki, że większościowa monotonia sprawia, że utwory zlewają się jeden w drugi, co skutecznie utrudnia zapamiętanie czegoś ciekawego na dłużej.

Jest jednak od tego jeden wyjątek, bardzo z resztą chlubny.

Zamykający album „Checkmate, God!” wybija się zupełnie ponad całą resztę poprzedzających go kawałków. Niczym gwiazda wieczoru grająca po dość miernych, lokalnych supportach. Po raz pierwszy na całym albumie to właśnie na koniec słychać klimatyczną melodię, znacznie bardziej emocjonalnie nacechowany wokal, ciekawe w swojej konstrukcji riffy. No po prostu wisienka. Dość niespotykana rzecz, że na płycie, która jest dla mnie jednym z rozczarowań zeszłego roku znalazł się też jeden z ulubionych utworów roku. Ot ironia losu.

Nadal nie wykluczam, że właśnie Tobie może się ten album spodobać. W czasie od premiery płyty w sieci pojawiło się już dość dużo opinii na jej temat. Często bardzo skrajnych w obie strony. Na pewno warto choć raz poświęcić te trzy kwadranse, żeby samemu zapoznać się z “The Patchwork Gehinnom”.

Szach mat.

Iperyt – The Patchwork Gehinnom album

Tracklista “The Patchwork Gehinnom”:

  1. Phantom Black Dogs
  2. From Nowhere to Nowhere
  3. What Man Creates
  4. With Eyes Wide Shut
  5. Devil’s Violent Breed
  6. These Walls (Have Seen)
  7. Scars are Still Sexy
  8. Primitive Darkness
  9. Mindtaker
  10. Worms of the Modern World
  11. Checkmate, God!
  • 5/10
    Ocena autora - 5/10
5/10

Podobne artykuły

Recenzja: Enslaved – E

Hubert Onisk

Kolejna modlitwa – recenzja Metal Church „Damned If You Do”

Bartłomiej Pasiak

Recenzja: Vader – Wojna Totalna

Tomasz Koza

4 komentarze

Paweł 26 stycznia 2018 at 12:21

“nie sposób Iperytu z jakimkolwiek innym hordem pomylić”. Z czym? Ta horda, z tą hordą. Aż odechciewa się czytać dalej.

Odpowiedz
Kronkin 16 lutego 2018 at 15:05

A mi ten album nawet przypadł do gustu. Kronkin z wykop.pl

Odpowiedz
Robix 16 lutego 2018 at 16:15

Mindtaker jako poranny budzik lepszy niż kawa i rogale ( ͡° ͜ʖ ͡°) Druga połowa albumu zdecydowanie odpokutowuje początkowe niesmaczki, ale podobno blizny wciąż są seksi.

Odpowiedz
JachuPL z wykopu 17 lutego 2018 at 00:39

Kolejna interesująca kompozycja chłopaków. Bardzo fajnie zaprogramowane gary, które dodają klimatu srogo dopierdzielonym riffom. Całość tworzy spójną, nieco psychodeliczną wędrówkę po zakamarkach wypaczonego umysłu.

Odpowiedz

Zostaw komentarz