Recenzja: Marilyn Manson – Heaven Upside Down




„Heaven Upside Down” jest jedną z tych płyt, na które czekałem najbardziej w tym roku. Moja cierpliwość wystawiona była na ciężką próbę, bowiem premierę albumu, pierwotnie zatytułowanego „Say10”, wielokrotnie przekładano – pierwotnie miał się ukazać 14 lutego, potem spekulowano jeszcze o dacie kwietniowej oraz czerwcowej. Kiedy więc chwilę po północy szóstego października odpaliłem w końcu długo wyczekiwany krążek, na mojej twarzy zagościł uśmiech. Najlepsze jednak jest to, że przez następnych 47 minut nie zszedł on z niej nawet na chwilę.

Marilyn Manson należy do grona moich ulubionych artystów, jest muzykiem, na którego dziełach się wychowałem i którego podziwiałem od najmłodszych lat. Kupione wiele lat temu egzemplarze „Antichrist Superstar”, „Mechanical Animals” czy „Holy Wood” do dziś zajmują czołowe miejsca na mojej półce z płytami. Niestety jednak, jego albumy z przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku nie dorastają do pięt klasycznym pozycjom z jego katalogu. „Eat Me, Drink Me”, „The High End Of Low” i „Born Villain” to, pomijając kilka pojedynczych piosenek, delikatnie mówiąc dosyć średnie sztuki, po których przesłuchaniu nie pozostaje wiele w głowie. Tendencja spadkowa odwróciła się w 2015 roku wraz ze znakomicie przyjętym „The Pale Emperor”. Nie wiem czy pomogły silne wpływy Tylera Batesa, utalentowanego kompozytora muzyki filmowej, który wspiera Mansona jako producent i gitarzysta, czy może na pomoc zostały wezwane jakieś inne moce piekielne, ale wokalista ponownie zaczął nagrywać dobre, charakterne płyty. Jakże miło jest mi donieść, że w przypadku „Heaven Upside Down” jest chyba nawet jeszcze lepiej!




Dzięki współpracy z Batesem oraz z synem marnotrawnym Twiggy’m Ramirezem, z którym Manson zakładał w 1993 roku swój zespół, nowe numery nabrały głębi, przestrzeni i przede wszystkim jakości. Co ciekawe jednak, artysta na nowym krążku nie proponuje nam niczego nowego – praktycznie wszystkie kawałki stanowią nawiązanie do tego co nagrywał wcześniej, bądź też do dokonań innych wykonawców. Jak na przykład „Saturnalia”, które jest wyraźnym odniesieniem do „Bela Lugosi’s Dead” Bauhaus czy „Revelation#12”, które próbuje przywołać brud i bunt pierwszych dwóch albumów MM (posłuchajcie tego basu, toż to to samo brzmienie co w „Torniquet” – widać Manson i Twiggy są po prostu sobie pisani). Trudno oczywiście w wieku blisko 50 lat wykrzesać z siebie tę samą agresję i młodzieńczą bezczelność co w 1996 roku, jednak utwór ten i tak jest lepszy niż niemal wszystko, co Marilyn nagrał w latach 2007 – 2012. Jeszcze lepiej jest w singlowym „WE KNOW WHERE YOU FUCKING LIVE”, gdzie naprawdę nie ma już żartów. Przyczajona, mroczna zwrotka znakomicie kontrastuje z agresywnym, mocarnym i pełnym zła refrenem, który na dobre przywołuje starego, dobrego „antychrysta”. Na takie właśnie klimaty czekałem. „Say10” z kolei mogłoby z powodzeniem znaleźć się na „Holy Wood” i stanowiłoby jeden z lepszych fragmentów słynnego dzieła z 2001 roku. Najlepsze jednak jest to, że z czasem trwania płyty, inspiracje stają się coraz mniej oczywiste i sięgają tak daleko, że niektórych metalowych purystów mogą przyprawić o palpitacje serca. Bardzo dobry „Tattooed In Reverse” buja niczym Rag’n’Bone Man podlany jakimś diabelskim sosem z południa Stanów Zjednoczonych, „Heaven Upside Down” z kolei ma tak rockowo – piosenkowy wydźwięk, że przywodzi na myśl scenę indie rockową(!), a „Kill4ME” jest tak bezwstydnie przebojowy, przywodzący na myśl pokrętną hybrydę Arctic Monkeys z M83, że nadałby się może nawet na jakąś hipsterską potańcówę (!!). Trochę też kawałek ten może kojarzyć się z „Third Day Of A Seven Day Binge”, ale jeżeli numer z 2015 roku opowiadał o trzecim dniu ostrej imprezy, to najnowszy to zdecydowanie dzień pierwszy. Końcówka płyty tonuje jednak tę zabawę, powracając do poważniejszej stylistyki obranej na „The Pale Emperor”, czyli do charakterystycznego, „mansonowatego” dark bluesa.

Dawno nie słyszałem albumu, który raz po raz tak by mnie zaskakiwał, nie oferując praktycznie niczego nowego. Sporo tych dźwięków bowiem gdzieś już słyszałem, jak nie na wcześniejszych wydawnictwach Mansona, to gdzieś w radiu albo na krążkach innych artystów. Wszystko to jednak jest tak dobrze napisane i zagrane, że ta „wtórność” nie razi. Muzyk nie popełnia autoplagiatu, nie odcina kuponów od dawnych osiągnięć tylko umiejętnie (acz bardzo wyraźnie) do nich nawiązuje. Generalnie, teraz w kinie, muzyce czy – mówiąc szerzej – w całej popkulturze panuje moda na recykling i jeżeli już brać się ponownie za coś, co już było, to robić to tak umiejętnie jak pan Marilyn. „Heaven Upside Down” to bardzo różnorodna pozycja, słuchając jednej piosenki nie miałem pojęcia co za chwilę czeka mnie w następnej. Tutaj agresywny, brutalny refren, tam mroczna industrialna elektronika, zaraz potem taneczny, młodzieżowy rytm, a na koniec pianino i dojrzałe blues’owanie. Przeciwnicy Mansona mogą w tym momencie zarzucić płycie mocny rozrzut stylistyczny oraz brak spójności i konsekwencji (czyli czegoś, co stanowiło o sile „The Pale Emperor”) i poniekąd będą mieli racje, ale to naprawdę nie jest aż taki istotne w momencie, w którym mamy do czynienia z tak dobrymi kawałkami. Słucha się tego po prostu znakomicie. Warto też powiedzieć kilka słów o produkcji tego albumu, która stoi na najwyższym poziomie. Doskonały balans między wyborną elektroniką a gitarami, świetne aranżacje i brzmienie każdego z utworów, soczyste wokale. Mansonowi wyraźnie służy współpraca z Tylerem Batesem, co stanowi idealny dowód na to, jak ważne jest dobranie sobie odpowiednich ludzi, którzy nadają na tych samych falach. Podobny przypadek mogliśmy niedawno zaobserwować u Nine Inch Nails, gdzie do składu dołączył na stałe kumpel i muzyczna bratnia dusza Trenta Reznora, Atticus Ros. Bates jest właśnie takim Rosem dla Marilyna.

Wydany w 2015 roku „The Pale Emperor” stanowił dowód, że po latach artystycznej posuchy Marilyn Manson jest jeszcze w stanie nagrać świeży, pełen charakteru, rasowy materiał. Nie wiem czy nowy, znacznie bardziej pokręcony album spodoba się fanom tamtego wyważonego krążka, mnie jednak urzekł swoją śmiałością oraz bardzo umiejętnym łączeniem wielu różnych stylów i sprawdzonych składników. „Heaven Upside Down” ma wiele różnych twarzy – większość z nich znaliśmy już wcześniej ale naprawdę dawno już nie prezentowały się one tak wdzięcznie. Wygląda na to, że muszę zrobić dodatkowe miejsce na mojej półce z płytami…

Recenzja: Marilyn Manson – „Heaven Upside Down” Tracklista:

1. Revelation #12
2. Tattooed in Reverse
3. WE KNOW WHERE YOU F–KING LIVE
4. SAY10
5. KILL4ME
6. Saturnalia
7. JE$U$ CRI$I$
8. Blood Honey
9. Heaven Upside Down
10. Threats of Romance

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *