Strona główna » Recenzja: Megadeth – Dystopia
RECENZJE

Recenzja: Megadeth – Dystopia

W porównaniu do innych zespołów „Wielkiej Czwórki”, Megadeth nie każe czekać swoim fanom specjalnie długo na kolejne albumy. Niestety, jak dla mnie ostatni dobry album Megadeth wydało w 2009 roku, czyli praktycznie wtedy co Slayer i tylko o rok później niż Metallica. Uważam, że lepiej wypuścić coś raz na 5 lat, ale za to porządnego – jak ostatnio Iron Maiden – dlatego z dużą rezerwą podszedłem do nowego albumu Megadeth. Obawiałem się, że „Dystopia” to kolejna powtórka z dość średniej rozrywki.

Na nowej płycie Mustaine tekstowo skupił się na polityce i teoriach spiskowych, a jak wiadomo z poprzednich albumów – to wychodzi mu najlepiej. Nie znajdziecie tu głębi czy politycznych analiz – po prostu Dave wykłada nam swoje poglądy. Gdyby jednak znalazł się choć jeden polityk, który wyrażałby swoje myśli tak dobrą muzyką, na pewno bym na niego zagłosował.

Pierwsza część płyty jest trochę chaotyczna. Otwierający album „Threat is real” zupełnie nie porywa – mimo, że warsztatowo jest solidny, to wydaje się dosyć nijaki. Z kolei kawałek tytułowy od razu uwodzi wpadającą w ucho melodią i dobrym riffem, a wokal Mustaine’a, o dziwo, świetnie się z nim zgrywa. „Dystopia” ma fajne, żywe tempo i jest mocno przebojowa – aż dziw bierze, że nie promowała tego albumu. Niektórych może trochę razić ta przebojowość, ale to jest po prostu dobre (szczególnie końcowe, gitarowe popisy). „Fatal illusion” znowu zaniża loty – ma wciągający klimat, lekko jazzujący riff, galopadę i odpowiedni ciężar, jednak zupełnie nie zapada w pamięci. To jeden z wielu poprawnych kawałków Megadeth, którymi zespół raczył nas już wiele razy. Podobne odczucie mam po przesłuchaniu „Death from Within”.

Jednak od „Bullet To The Brain” płyta zdecydowanie się rozkręca i trzyma już równy, wysoki poziom. Kawałek muzycznie jest dosyć prosty, ale – co niesłychane, jest kapitalny wokalnie, a skandowany refren na pewno zrobi furorę na koncertach. Podobnie powinno być z „Post American World” gdzie dochodzi do przebojowego zgrania wokalu, chwytliwego refrenu, żwawego rytmu, motorycznych riffów i dopracowanych do perfekcji solówek. Z kolei „Poisonous Shadows” to utwór epicki, progresywny, w stylu charakterystycznym dla symfonii a la Megadeth. Wokal Mustaine’a znowu pozytywnie zaskakuje. Następnie płyta wchodzi w instrumentalne klimaty na „Conquer or Die!”, które jest niczym innym jak popisem umiejętności Dave’a.

Cały album brzmieniowo bardziej plasuje się w gatunku czystego heavy metalu, ocierającego się momentami o thrash. Wyjątkiem jest tutaj „Lying In State” – jazda bez trzymanki, zmuszająca głowę do szalonego headbangu. Natomiast „Emperor” znowu brzmi jakby Megadeth koniecznie zależało na posiadaniu chwytliwego kawałka w rozgłośniach radiowych. Kawałek jest wręcz prostacki, ale nie ma się co oszukiwać – wpada w ucho od samego początku i broni się (nomen-omen) jako doskonały, radiowy przebój, któremu nie brakuje metalowego zacięcia i charakterystycznego sznytu zespołu. Miłym zaskoczeniem na koniec jest „Foreign Policy”, jakby żywcem wzięte z „So Far, So Good… So What?” – niesamowita energia, agresja i ciężar. Poczułem się, jakbym cofnął się do lat 80-tych… i poczułem się dobrze!

„Dystopia” brzmi jak kwintesencja najlepszych patentów Megadeth na dobrą płytę – zarówno tych starych, jak i nowych. Po prostu dostaniecie tutaj wszystko, czego możecie chcieć od tego zespołu. Nie dostaniecie jednak nic przełomowego – większości utworów słucha się z myślą: „tak, w końcu Megadeth brzmi tak jak powinno”. Nowy skład sam w sobie niczym się nie wyróżnia (Chrisa Brodericka i Shawna Drovera zastąpili Kiko Loureiro oraz Chris Adler z Lamb of God, co wielu zatwardziałych metalowców przyjęło pewnie z piskiem godnym małych dziewczynek) – muzycznie i warsztatowo jakość jest wysoka, ale od razu słychać kto gra tutaj pierwsze skrzypce, a raczej riffy. Dave Mustaine tworzy ten zespół i jego muzykę, a kto z nim gra jest już drugorzędne – lider ma określony cel i chce iść określoną drogą, a jeżeli znowu się zgubi to zmieni współtowarzyszy podróży (ilu już ich było…) i znajdzie nowych, którzy pomogą mu wrócić na stare, sprawdzone tory. Dlatego nie usłyszycie na „Dystopii” niczego nowego, ale za to usłyszycie stare, dobre Megadeth. Z jednej strony to dobrze, bo stare Megadeth to świetne Megadeth, z drugiej – od zespołów takiej klasy należy wymagać więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że w końcu słucha się tej grupy z autentyczną przyjemnością, a o to przecież chodzi. Dla mnie to bardzo dobry album, bo jednak wybija się ponad średnią, ale wydaje mi się, że ocena nie będzie dla wszystkich taka oczywista i że jeszcze długo ta płyta będzie wzbudzała mieszane uczucia.

megadeth-dystopia-duzeTrack lista:

01. The Threat Is Real
02. Dystopia
03. Fatal Illusion
04. Death From Within
05. Bullet To The Brain
06. Post American World
07. Poisonous Shadows
08. Look Who’s Talking
09. Conquer Or Die
10. Lying In State
11. The Emperor
12. Last Dying Wish
13. Foreign Policy (FEAR cover)

 

 

Autor: Robert “Bob” Sierpiński

Rok publikacji: 2016

Podobne artykuły

Popkulturowa bomba – recenzja Nocny Kochanek „Randka w ciemność”

Bartłomiej Pasiak

Recenzja: DragonForce – “Extreme Power Metal”, czyli Vittu perkele saatana, to jest dobre!

Lena Knapik

Recenzja: Frontside – Teoria Konspiracji

Tomasz Koza

Recenzja: Septicflesh – The Great Mass

Tomasz Koza

Recenzja: Sabaton – Heroes

Tomasz Koza

Recenzja: Obscure Sphinx – Void Mother

Tomasz Koza

6 komentarzy

Anonim 17 listopada 2016 at 16:16

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 7 maja 2017 at 00:31

Visitor Rating: 1 Stars

Odpowiedz
Anonim 9 maja 2017 at 17:10

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 22 czerwca 2017 at 17:43

Visitor Rating: 4 Stars

Odpowiedz
Anonim 8 lipca 2017 at 20:54

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 22 stycznia 2018 at 21:42

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!