Metal w kowbojskim kapeluszu. „Outlaws ‘til The End: Vol. 1” DevilDriver

Tanie płyty CD, winyle, DVD rock i metalMieszkańcom na wschód od Oceanu Atlantyckiego z całą pewnością trudno zrozumieć fenomen muzyki country. Ot, zwykłe, niezbyt skomplikowane pitolenie na gitarkach, najczęściej naiwne teksty i trochę obciachowy image.

Fakty są jednak takie, że gwiazdy muzyki country w Stanach Zjednoczonych, ale również w Kanadzie, są często równie popularne co gwiazdy muzyki pop, sprzedają płyty w nakładach nieosiągalnych dla wielu rockowych artystów, o metalowych nie wspominając, a zasłużeni artyści tacy jak Johnny Cash, Hank Williams czy Willie Nelson to prawdziwe legendy i ikony. Nie trudno więc zrozumieć decyzję zespołu DevilDriver o nagraniu albumu z coverami kawałków country „Outlaws ‘til The End: Vol. 1“.

Czy jest to jednak muzyka tylko dla amerykańskich słuchaczy? Absolutnie nie.

Powiedzieć sobie trzeba od razu wprost – to przede wszystkim album metalowy, a nie country. Miłośnicy ciężkich brzmień nie muszą się więc obawiać szoku, gorzej z fanami country – część przeróbek trudno wręcz rozpoznać, ale wcale nie należy traktować tego, jako zarzutu. Wręcz przeciwnie, DevilDriver naprawdę mocno napracował się nad aranżacjami, a z oryginalnej muzyki zachodu i południa Stanów Zjednoczonych pozostawiał tylko niektóre elementy. Klimat Teksasu, Arizony, Nowego Meksyku i innych cały czas unosi się jednak nad tym krążkiem.

Jednym z elementów, który od razu przywodzi na myśl muzykę jak z westernu, jest początek pierwszego kawałka, czyli „Country Heroes”. Smętne i bardzo klimatyczne gitarowe intro po kilkudziesięciu sekundach przechodzi jednak w ostry i zadziorny metalowy riff. Kawałek utrzymany jest w średnim tempie, jest ciężki, a smaczkiem jest to, że wokalnie udziela się tam nie tylko Dez Fafara, ale również Hank Williams III, czyli oryginalny wykonawca utworu.

Udział gości jest jednym z charakterystycznych elementów „Outlaws ‘til The End: Vol. 1”.

Praktycznie w każdym z kawałków DevilDriver jest wspierany przez znaczące postacie zarówno sceny metalowej, jak i country. W drugim kawałku na płycie, czyli „Whiskey River” z repertuaru Williego Nelsona, pojawia się Randy Blythe i Mark Morton – obaj z Lamb of God. Spokojny w oryginale utwór jest tutaj pełnym furii i niemal death metalowej energii strzałem. Konia z rzędem temu, kto nie wsłuchując się w tekst, pozna pierwotną kompozycję.

Bliżej oryginału, ale nadal z metalowym zębem jest „Ghost Riders In The Sky”, czyli jeden ze sztandarowych utworów country, który w swoim repertuarze miał między innymi Johnny Cash. Zachowano w nim rytmikę muzyki Dzikiego Zachodu, wybrzmiewa w nim również bardzo charakterystyczny riff i znajomy zaśpiew. Całość wieńczy bardzo klimatyczne i wyciszone outro. Warto wspomnieć również o udziale Johnny’ego Cartera Casha, muzyka country i syna legendarnego Johnny’ego Seniora.

O tym, jak DevilDriver mocno ingerował w utwory, może świadczyć również „Thousand Miles From Nowhere”, czyli utworu z trochę nowszej epoki muzyki country – z lat 90. Uczciwie muszę przyznać, że wersja DevilDriver… podoba mi się zdecydowanie bardziej. Ma większą dramaturgię, czuć w niej więcej emocji. Oryginał, pomimo tego, że dotyka takich spraw jak odrzucenie i samotność, nie wybrzmiewa w taki sposób. Najlepiej samemu to zweryfikować.

Muszę napisać, że DevilDriver zaskoczył mnie.

Na początku – kiedy dowiedziałem się, że nagrają album z coverami country – pomyślałem, że to tani skok na komercyjny sukces, o który będzie łatwo ze względu na wielką popularność tego gatunku w USA. Po przesłuchaniu muszę jednak stwierdzić, że nie widzę na „Outlaws ‘til The End: Vol. 1” pójścia na łatwiznę. Wręcz przeciwnie, słyszę ogrom pracy w aranżacjach, szacunek dla oryginałów i chyba przyjemność z tworzenia lub raczej przetworzenia tej muzyki. Efekt ostateczny trudno ocenić inaczej niż pozytywnie. Pytanie tylko, czy „Vol. 1” w tytule albumu oznacza, że będzie ciąg dalszy? Nie miałbym nic przeciwko.

DevilDriver Outlaws ‘til The End: Vol. 1 2018

Tracklista „Outlaws ‘til The End: Vol. 1”:

1. Country Heroes (feat. Hank Williams III)
2. Whiskey River (feat. Randy Blythe, Mark Morton)
3. Outlaw Man
4. Ghost Rider In The Sky” (feat. Johnny Carter Cash, Ana Cristina Cash, Randy Blythe)
5. I’m The Only Hell Mama Ever Rised
6. If Drinking Don’t Kill Me (Her Memory Will) (feat. Wednesday 13)
7. The Man Comes Around (feat. Lee Ving)
8. A Thousand Miles From Nowhere
9. Copperhead Road (feat. Brock Lindow)
10. Dad’s Gonna Kill Me (Burton C. Bell)
11. A Country Boy Can Survive
12. The Ride (feat. Lee Ving)

KOMENTARZE

  • P.
    19 lipca 2018 | 09:30
    Link

    “trochę obciachowy image”, no cóż, większość zespołów metalowych ma obciachowy image. Wystarczy popatrzyć na Immortal z malowanymi od ekierki trójkątami na ryjach, macierzystą formację Deza, czyli Coal Chamber, którzy zawsze wyglądali jak idioci z tymi durnymi fryzurkami lub na wymałpionych do granic możliwości gości ze Slipknot prezentujących wybitny przerost formy nad treścią. Więc twierdzenie, że muzycy country mają obciachowy image jest, bądź co bądź, nieco krzywdzące. Muzyk country w swojej skórzanej kurteczce z frędzlami i kowbojskim kapeluszu wyjdzie na ulicę i nie będzie zwracał na siebie większej uwagi. Po takiego Behemotha w pełnym rynsztunku od razu by ktoś zadzwonił do czubków.

    Odpowiedz
    • Szymon Grzybowski
      19 lipca 2018 | 09:42
      Link

      Hej! Dzięki za opinię. “Trochę obciachowy image” – napisałem to z lekkim przymrużeniem oka, nie miałem na celu nikogo obrażać, ani deprecjonować. Co do image’u muzyków metalowych – o ile pojawia się on tylko na scenie i jest elementem całego show, tak jak w wypadku Behemotha czy Slipknota, uważam, że może być uznany za spójny i pasujący do całości. To oczywiście jest już kwestia gustu i własnego poczucia estetyki 🙂 Miłego!

      Odpowiedz
      • P.
        19 lipca 2018 | 11:30
        Link

        Masz oczywiście rację. Trochę przekoloryzowałem, wiadomo, że żadna z tych grup nie chodzi w rynsztunku scenicznym po ulicy (choć Abbath cykał sobie focie w Londynie, z walizeczką na kółkach i trójkątami na buźce 😉 ). I chyba przyznasz, że patrząc na klip do “Call Of The Wintermoon” ciężko nie zwijać się ze śmiechu 😉 W gruncie rzeczy chyba każdy image sceniczny jest na swój sposób fajansiarski. Obwieszone żelastwem madafaki, karykaturalnie wypindrzone gwiazdki pop, maczo-rockmeni, każdemu coś można przyczepić. I masz rację pisząc, że jest ok, dopóki ten wizerunek zostaje na scenie.
        A zmieniając temat, jak usłyszałem, że DD nagrają płytę z coverami country to postukałem się w czoło. Po Twojej recenzji na pewno po krążek sięgnę. Fajna recenzja, zachęca do odsłuchu płyty 🙂 Pozdrawiam.

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *