RECENZJE

Recenzja: Nine Inch Nails – Not The Actual Events

Kiedy wszyscy szykowaliśmy się już na święta i koniec roku, a w głowach układaliśmy swoje muzyczne podsumowania minionych 12 miesięcy, Trent Reznor postanowił nieco namieszać i wydał nowy materiał, opatrzony znakiem jakości Nine Inch Nails. Wprawdzie muzyk już w 2015 roku zapowiadał powrót grupy przed końcem 2016, jednak wiele osób nie wierzyło, że artyście uda się faktycznie „wyrobić” w terminie. Ku zaskoczeniu niedowiarków i wielkiej radości fanów, dzień przed Wigilią światło dzienne ujrzała najnowsza EPka zespołu, „Not The Actual Events”.

Co ważne, NIN wraca nie tylko z nowymi piosenkami, ale i z bardzo ważnym wzmocnieniem personalnym – do zespołu dołączył na stałe przyjaciel Reznora i jego artystyczna bratnia dusza, Atticus Ross. Panowie działają razem od lat, m.in. pisząc wspólnie muzykę filmową (w 2011 roku duet został nagrodzony Oscarem za ścieżkę dźwiękową do „Social Network” Davida Finchera) oraz występując w projekcie How To Destroy Angels. Co ciekawe, nowy członek grupy wcale nie skierował jej oblicza na jakieś zupełnie nowe tory, nie wprowadził też klimatu muzyki filmowej – pomógł za to swojemu kompanowi powrócić do korzeni, obudzić w sobie dawny gniew i, aż chce się powiedzieć, przeżyć „drugą młodość”. „Not The Actual Events”, poza może jednym numerem, daleko bowiem do sterylnego, przystępnego i „bezpiecznego” „Hesitation Marks” z 2013 roku. Reznor reklamował nowy materiał jako „nieprzyjazne i trudne do zgłębienia wydawnictwo” i, cholera, miał rację!

Już na otwarcie dostajemy niespełna dwuminutowy, dynamiczny „Branches/Bones” z hałaśliwą, przesterowaną gitarą i głośnym refrenem. Wow, czegoś takiego się nie spodziewałem – i założę się, że nie tylko ja. Następny na płytce „Dear World” pozwala trochę ochłonąć, przenosząc słuchacza trzy lata wstecz do „Hesitation Marks”. Utwór ten ma ten sam „vibe” i brzmi bardzo podobnie do kawałków z poprzedniego albumu grupy, nie jest jednak niestety tak dobry jak „Came Back Haunted” czy „Copy Of A”. Chwilę później, robi się już jednak znacznie poważniej za sprawą „She’s Gone Away”. Mroczny, posępny, transowy numer, pełen niepokoju i ciężkiego klimatu – takiego trochę spod znaku „Antichrist Superstar” Mansona. Poczuć się swobodniej nie pomaga też chłodna recytacja Reznora, pomieszana z jękami i zawodzeniem w refrenie. Trzy numery na pięć przesłuchane, a każdy z nich jest zupełnie inny i na swój sposób intryguje – jest naprawdę nieźle! Z hipnozy, w jaką wprowadził poprzedni utwór, szybko wybudza nas ostry gitarowy riff i mocna, żywa perkusja (co ciekawe, za garami usiadł tutaj nie kto inny jak sam Dave Grohl). Wokalnie, Reznor po raz kolejny zgrywa psychola, brzmiąc w zwrotce jakby szeptał do słuchawki w telefonie, by po chwili wykrzyczeć co mu leży na sercu w agresywnym refrenie. „The Idea Of You” po raz kolejny różni się od reszty, jest mniej złożony i bardziej bezpośredni, rozpisany jedynie na wokal, gitarę, perkusję, pianino i ledwie odrobinę elektronicznych wypełniaczy. Na koniec, zespół zostawił kawałek promujący całe wydawnictwo, czyli „Burning Bright (Field On Fire)”. Kawałek, dodajmy… zdecydowanie najmniej przystępny ze wszystkich. Gęsta ściana gitar (gościnny udział Dave’a Navarro), kakofonia, schizofreniczne, nałożone na siebie odgłosy i świetny, przebojowy wręcz refren, który próbuje przebić się przez tę pajęczynę dźwięków. Całość jest jeszcze tak skonstruowana, że człowiek odnosi wrażenie, jakby słuchał tego przez jakąś ścianę albo będąc zanurzonym w jakiejś cieczy. Niesamowity, klimatyczny numer, który z jednej strony, wydawałoby się, mógłby odrzucać, a w rzeczywistości niesamowicie wciąga. Z każdym kolejnym przesłuchaniem zyskuje, można odkryć w nim nowe smaczki i wątki – zdecydowanie polecam rozkoszować się nim (jak i całą płytą) w skupieniu, na dobrych słuchawkach.


I to by było na tyle. Pięć utworów, 21 minut, podczas których dzieje się więcej, niż na niejednym długogrającym albumie jakiegoś losowego, innego zespołu. Artystycznie jest też znacznie ciekawiej i różnorodniej niż na poprzednich płytach NIN, z „Hesitation Marks” na czele. Przyznam szczerze – nie przypuszczałem, że podtatusiały Reznor nagra tak agresywną i hałaśliwą EPkę, pełną psychodelicznych dźwięków i niepokojącego klimatu. Tak jak wspomniałem, wszystkie numery są od siebie różne, we wszystkich słychać jednak doskonale, że to Nine Inch Nails. Nie zrozumcie mnie źle, lubię poprzedni album zespołu, podobają mi się też wycieczki Reznora i Rossa w świat muzyki filmowej, jednak naprawdę wielką radość sprawia słuchanie grupy w takim właśnie wydaniu – niesłyszanym od wielu lat.

„Not The Actual Events”, mimo że wydane na koniec 2016 roku, stanowi w rzeczywistości dopiero początek. Lider już zapowiedział, że w przyszłym roku dostaniemy jeszcze dwa projekty jego macierzystej formacji, a zespół wydaje też reedycję swoich klasycznych dzieł na winylu. Osobiście, liczę jeszcze po cichu na trasę koncertową i występ w Polsce, a na razie cieszę się znakomitym prezentem gwiazdkowym. Tak kolędować to ja lubię!

nine-inch-nails-not-the-actual-events-okladkaTrack lista:

01. Branches/Bones
02. Dear World
03. She’s Gone Away (feat. Mariqueen Maandig)
04. The Idea of You (feat. Dave Grohl)
05. Burning Bright (Field on Fire) (feat. Dave Navarro)

  • Ocena autora:
4
Sending
User Review
3.67 (3 votes)

Podobne artykuły

Perfekcyjny powrót po 15 latach. Recenzja A Perfect Circle – „Eat the Elephant”

Albert Markowicz

Recenzja: Vader – The Empire

Michał Bentyn

Recenzja: Therion – Beloved Antichrist

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz