RECENZJE

Idźcie i słuchajcie – recenzja „Humanicide” Death Angel

Jestem raczej prostym człowiekiem. Gdy widzę, słońce uśmiecham się, gdy słyszę ćwierkanie ptaszków, czuję radość, a gdy wjeżdża nowa płyta Death Angel, mam ochotę rozpierdolić wszystko wokół. I w tym momencie mógłbym w zasadzie zakończyć tę recenzję – idźcie i słuchajcie „Humanicide” wszyscy. Albo nie! Napiszę Wam dlaczego, a dopiero potem idźcie.

Już pierwszy numer, czyli tytułowy „Humanicide” odkrywa większość kart, którymi Death Angel będzie rozgrywał do końca tę partię

Całość zaczyna dość podniosłe, melodyjne intro. To jednak dość szybko przeradza się w szaleńczy riff, po którym wjeżdża rozdzierający ryk Marka Osegueda. Płyta trwa dopiero półtorej minuty i już jest nieźle. Potem jednak jakości nie ubywa. Numer do końca trzyma poziom, a to, co dzieje się z basem w pasażu i gitarą w solówce można by oprawić w ramkę i powiesić w jakimś muzeum. No serio, jest pięknie.

Drugi numer na „Humanicide” zaczyna lekko black metalowy riff

Potem jednak wszystko wraca do thrashowej normy. Uwagę zwraca tu przede wszystkim szalona linia wokalna, która jest raczej wydobywającym się z samych trzewi krzykiem – trochę jakby obok muzyki, ale jednak całkowicie do niej pasującym. Warto zwrócić uwagę na solówkę, która pozornie jest kakofonią dźwięków, ale z każdym kolejnym przesłuchanie poraża coraz mocniej wirtuozerią i wyczuciem.

Utwór „Aggressor” – nazwany przez Death Angel tak dla zmyły – zaczyna się łagodnym i melodyjnym wstępem

To jednak tylko cisza przed burzą, bo później robi się niezwykle ciężko i szybko, ale jednocześnie przebojowo. Refren i linia wokalna od razu wbijają się w ucho. Utwór jest dość długi, bo trwa ponad pięć minut i zdradza ciągoty muzyków do prób eksperymentowania z progresją. W drugiej części naprawdę sporo się dzieje, solówki, przejścia, złamane rytmy. No, może nie jest to Dream Theater, ale na pewno prostacki „byle szybciej, byle ostrzej” thrash metal też nie.

W kontrze do tego numeru stoi z kolei „I Came For Blood”, który uderza punkową energią. Od razu wpada też w ucho bardzo charakterystycznie pulsujący bas. Lemmy Kilmister byłby dumny!

Sporym zaskoczeniem na „Humanicide” jest dla mnie „Immortal Behated”

Ni to ballada, ni ostry numer. Z jednej strony w refrenie jest konkretne kopnięcie, podwójna stopa chodzi aż miło, ale ten dość długi i łagodny wstęp, a także rozbudowane zakończenie z mocno uwypuklonymi partiami klawiszy mówią, że mamy do czynienia ze zdecydowanie łagodniejszym obliczem Death Angel. Żadne radio raczej tego nie puści, ale ciekawy to numer, dość mocno inny od pozostałych na płycie. Niezmienne pozostają natomiast świetne partie solowe gitar.

Zdecydowanie warto też zwrócić uwagę na kawałek „Revelation Song”. W konkursie na najbardziej bujający riff płyty „Humanicide” zdobywa bezdyskusyjnie pierwsze miejsce. Jest jakby ciut mniej metalowy, więcej w nim hard rocka z mocnym posmakiem lat 80., ale nic w tym złego. Death Angel nie wstydził się takich inspiracji nigdy.

Omówiłem pokrótce większość utworów z płyty „Humanicide” Death Angel

Pozostałe nie są w żadnym wypadku złe – raczej nie wyróżniają się niczym szczególnym. Cała płyta jest jednak niezwykle równa. Dla fanów prawilnego thrashu „Humanicide” będzie kojące i przyjemna, być może wyleczy nawet z drobnych dolegliwości. Miłośnicy bardziej klasycznego heavy metalu również znajdą tu coś dla siebie. Płyta brzmi zaskakująco przejrzyście i przystępnie. Nie brakuje jej mocy i zadziorności, ale w tym wszystkim nie gubią się smaczki – naprawdę profesjonalna robota.

Podsumowując, muszę stwierdzić, że na „Humanicide” Death Angel niczym tak naprawdę nie zaskakuje

Nie tworzy nowego gatunku, nie wykonuje stylistycznej wolty, nie stara się podążać za żadną modą czy trendem, a mimo wszystko na pewno nie gra muzyki z metalowego skansenu. Z jednej strony to czysty i klasyczny thrash z Bay Area.

Z drugiej muzyka, która nie boi się sięgnąć po trochę przebojowych melodii rodem z lat 80., czy – w kontrze – po nowoczesne brzmienie, a nawet zadziorność punk rocka. Wszystko to miesza w ciekawych, wielowątkowych kompozycjach, które sowicie okrasza świetnymi solówkami i pracą gitar. I w zasadzie tyle – to przepis na sukces Death Angel.

Death Angel - Humanicide, 2019
Death Angel – Humanicide, 2019

Tracklista Death Angel – „Humanicide”:

1. Humanicide
2. Divine Defector
3. Aggressor
4. I Came For Blood
5. Immortal Behated
6. Alive and Screaming
7. The Pack
8. Ghost of Me
9. Revelation Song
10. Of Rats And Man
11. The Day I Walk Away

Podobne artykuły

Recenzja: Eluveitie – Helvetios

Tomasz Koza

Recenzja: Megadeth – TH1RT3EN

Kinga Parapura

Recenzja: Nocny Kochanek – Zdrajcy Metalu

Albert Markowicz

1 komentarz

waldi 15 sierpnia 2019 at 18:47
0

Dlaczego tylko “7” za okładkę? Pieski pojawiały się u nich już wcześniej, choćby na Relentless Retribution i The Dream Calls for Blood. IMO wygląda to powoli na ich “znak rozpoznawczy. A płyta (jak i okładka ? w choooj dobra.

Odpowiedz

Zostaw komentarz