RECENZJE

Recenzja: Fleshgod Apocalypse – Labirynth

Tezeusz wyszedł na brzeg. Przesolone morskie powietrze zapiekło go w twarz. Wzburzone morze atakowało skały swoimi wściekłymi falami. Ateński królewicz skierował swoje kroki do majaczącego w oddali ogromnego budynku. Gdy stanął przed jego wejściem, zatrzymał się na chwilę. Nie było już odwrotu. Pchnął wrota i wszedł do środka, a zamykające się odrzwia wydały złowieszczy dźwięk. Był w środku Labiryntu…

Fleshgod Apocalypse wróciło z nowym krążkiem. Oczekiwania były spore, ponieważ wydany dwa lata temu “Agony” okazał się całkiem mocną pozycją. Zespół jest ciekawą nowinką na death metalowej scenie z powodu połączenia potężnego brzmienia z symfonicznym stylem, który oprócz mocnego growlu, okraszony jest w wielu miejscach iście operowym wokalem. Zespół dumnie zapowiadał, że pracują nad swoim najlepszym albumem i czegoś takiego jeszcze nie stworzyli. Osobiście miałem tylko nadzieję na podniesienie poziomu zaprezentowanego na “Agony”. I nie zawiodłem się.

Jest tu mnóstwo świetnego grania poczynając już od pierwszego “Kingborn”. Potężne operowe wejście z przygrywającym dobrze pianinem, a później dobrze zagrana solówka. To dopiero początek podróży, cały Labirynt “zwiedzimy” w niecałe 55 minut. Kolejny “Minotaur” to bardzo podobne danie, jednak podlane jeszcze lepszym sosem. “Elegy” trzyma poziom poprzedników, a w “Towards the Sun” doświadczymy świetnej solówki. Można narzekać, że wszystkie kawałki brzmią tak samo, jednak każdy z nich ma w sobie coś, co może się spodobać. Każdy jest nagrany z pomysłem.

Błądził po mrocznych korytarzach monumentu. Co jakiś czas słyszał dobiegający z jego głębi ryk. Wiedział, że to on. Z każdym kolejnym zakrętem bał się coraz bardziej. Jednak musiał to zrobić. Musiał go odnaleźć. Odnaleźć i zabić. Zabić Minotaura.

Z “Labiryntu” aż zionie mitologiczny klimat, który w połączeniu z nowoczesnym stylem dał piorunujący efekt. Za to Riccardiemu i spółce należą się spore brawa. Oczywiście trzeba dać mu się ponieść, bo jeśli nowy album “Fleshgodów” potraktujemy jako zwykłą “naparzankę po garach”, to taką dla nas pozostanie. Odpoczynkiem dla ucha może być króciutki “Prologue”. Co ciekawe, zaraz po nim nadchodzi “Epilog”, który jednak nie jest ostatnim kawałkiem na krążku, choć brzmi tak jakby nim był. Nawet zaprezentowana w nim solówka zdaje się mówić: “to już koniec”. Ale nic z tych rzeczy, ponieważ po epilogu popłyniemy jeszcze z zespołem “Pod Czarnymi Żaglami”. Jest to najdłuższa kompozycja i jakby swoista wizytówka całego “Labiryntu”. Początek w iście wojennym klimacie, który rozkręca się powoli, jednak kiedy już uderzy, to z całą mocą. Oczywiście i tu nie mogło zabraknąć krótkiego, acz treściwego solo, następnie klimat sięga zenitu i na sam koniec słychać już tylko szum morza. Niesamowity kawałek. Na koniec dostajemy tytułowy “Labirynt” – kompozycję instrumentalną, spokojną i smutną, gdzie pierwsze skrzypce gra fortepian. Udało nam się wyjść z Labiryntu? A może utknęliśmy w nim na dobre?

Zakręt. Jeszcze jeden. I kolejny. Nagle niedaleko usłyszał stukot kopyt i wyszedł na prosty odcinek korytarza. I wtedy go ujrzał. Wielką bestię, o której od lat opowiadało się przerażające historie, która od lat była symbolem nienazwanej grozy. Minotaur. Nie wiedział kiedy to się stało, to był impuls. Jednym skokiem dopadł straszliwą istotę i zatopił w niej swój miecz. Polała się krew w postaci czarnej posoki. Przez chwilę patrzył w czerwone oczy potwora, z których z każdą chwilą uciekało życie. Po chwili cielsko Minotaura zwaliło się głośno na ziemię. Udało mu się. Ateny były ocalone…

“Labirynt” to naprawdę bardzo udany album. Jak na ten czas zespół dał z siebie wszystko – pokazał praktycznie szczyt swoich technicznych możliwości dodając jeszcze od siebie ciekawy koncept mitologiczny. Bardzo jestem ciekaw kolejnego kroku Włochów w przyszłości. Mam nadzieję, że “Labirynt” wchłonie każdego bez reszty i każdy odnajdzie w nim swojego osobistego Minotaura, z którym musi się rozprawić. Życzę samych zwycięskich starć. Polecam! Naprawdę polecam!

fleshgod-apocalypse-labyrinthTrack lista:

01. Kingborn
02. Minotaur (Wrath of Poseidon)
03. Elegy
04. Towards the Sun
05. Warpledge
06. Pathfinder
07. The Fall of Asterion
08. Prologue
09. Epilogue
10. Under Black Sails
11. Labyrinth

 

 

 

Autor: Marcin Czrnecki

Rok publikacji: 2013

  • Ocena autora:
4
Sending
User Review
0 (0 votes)

Podobne artykuły

Słaby ten nalot – recenzja Drive-By „2”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Slayer – Repentless

Tomasz Koza

Zwyczajnie niezwyczajni. Deafheaven – “Ordinary Corrupt Human Love”

Tomasz Chochowski

Zostaw komentarz