RECENZJE

Recenzja: Sacred Reich – „Awakening”, czyli 23 lata streszczone w 30 minut

Sacred Reich to jeden z tych zespołów, które wypada znać, choć tak obiektywnie rzecz ujmując nie jest, ani nigdy nie był w żaden sposób przełomowy czy nowatorski. Ot, załapał się na sporą popularność thrash metalu w drugiej połowie lat 80. i na początku 90. Nagrał kilka wartych uwagi płyt, ale zamilkł wydawniczo w 1996 roku. Zaliczył w międzyczasie zawieszenie działalności, reaktywację, a w 2019 roku, po 23 latach zespół postanowił wydać kolejny krążek. Czy „Awakening” – bo taki tytuł nosi ten album – to przebudzenie, które wstrząśnie metalową sceną? Zdecydowanie nie, ale wcale nie oznacza to, że nie warto się z tą płytą zapoznać.

Sacred Reich – krótka lekcja historii

Tym, którzy nie do końca kojarzą zespół i jego twórczość w telegraficznym skrócie przypomnieć co nieco o Sacred Reich. Zespół powstał w 1985 roku i w owym czasie grał najczystszy thrash metal. W swoim czasie był jednym tchem wymieniany obok takich zespołów jak Testament czy Death Angel.

Dwa pierwsze albumy, czyli „Ignorance” oraz „American Way” uznawane są dziś za klasyki tak zwanej drugiej fali amerykańskiego thrashu. W latach 90. zespół zmienił nieco brzmienie i próbował podczepić się pod rosnące zainteresowanie groovem, ale to udało się z umiarkowanym skutkiem. Z płytą „Heal” z 1996 roku zdecydowanie warto się jedna zapoznać. Do 2019 roku była to ostatnia pozycja w studyjnej dyskografii zespołu.

„Awakening” ­– Sacred Reich wraca w nie do końca swoim stylu

Krótki rys historyczny pozwala się dość łatwo domyślić, że muzyka Sacred Reich była raczej bezkompromisowa, brudna i surowa. Można się było zatem spodziewać, że powrót po latach również będzie utrzymany w tym stylu. Nie tylko po to, aby nawiązać do czasów świetności, ale również o to, aby udowodnić, że muzyków nie pokonał starczy uwiąd i wciąż potrafią łupnąć z pełną metalową mocą. I początek płyty świetnie wpisuje się w takie przypuszczenie.

„Awakening”, bo taki nosi tytuł pierwszy numer na nowej płycie Sacred Reich wali w słuchacza nerwowym rytmem na perkusje i szarpanym riffem. Wokal, który wchodzi chwilę później również jest raczej wściekłym krzykiem niż wzniosłym śpiewem. Wszystko na swoim miejscu – ot, thrashowa norma. W podobnym tonie utrzymany jest drugi numer „Divide & Conquer”. Ciekawiej robi się jednak dalej.

Sacred Reich składa hołd latom 80.

„Salvation” to numer, który zdecydowanie odstaje od thrash metalu. Nie brakuje mu zadziorności czy ostrości, ale zdecydowanie bliżej mu do klasycznego heavy metalu. Numer ten bez problemu mógłby znaleźć się na którejś płycie Judas Priest. Również wokal Phila Rinda staje się tutaj niej chropowaty, a bardziej melodyjny i klasyczny. Podobnie jest w „Killing Machine”. Oba te utwory niosą ze sobą sporą dawkę metalowej przebojowości i bardzo szybko wbijają się w pamięć.

Hity z „Awakening”

Zresztą pisanie numerów, które mają „hitowy” potencjał przychodzi Sacred Reich dość łatwo. Nieco punkowe „Revolution” ma bardzo przystępny refren. Utrzymane w hard rockowym klimacie i zamykające płytę „Something To Believe” mogłoby natomiast w odpowiednich okolicznościach trafić nawet do jakiegoś bardziej rockowego radia i nie byłoby to dla jego słuchaczy żadnym zaskoczeniem.

Z kolei za riff z „Death Valley” muzycy Sacred Reich powinni odpalić kilka dolców Metallice, bo ten – w moim odczuciu – brzmi niemal jak ten z kawałka „2×4” z płyty „Load”. Zresztą sprawdźcie sami.

Mówię to oczywiście z przymrużeniem oka. Metallice kasy nie brakuje, a utwory poza podobnymi riffami, rozwijają się dalej w zupełnie innych kierunkach.

30 minut z Sacred Reich

Album trwa zaledwie 31 minut, ale nie wiem czy jest to jego wada, czy zaleta. Z jednej strony można by oczekiwać, że po 23 latach milczenia wypadałoby przygotować ciut więcej materiału. Z drugiej natomiast nie wiem, czy miałbym ochotę słuchać tego z zainteresowaniem dłużej. Dobrze oceniam natomiast produkcję. Ta jest bardzo naturalna, brzmienie jest może nieco oldschoolowe, ale w natłoku „przeprodukowanych” płyt z wszędobylskimi zupełnie niepotrzebnymi dodatkami brzmi świeżo i przyjemnie (na metalowy sposób, rzecz jasna).

Muszę uczciwie przyznać, że „Awakening” wzbudza raczej pozytywne odczucia, ale w żadnym wypadku nie jest to materiał, który powoduje gęsią skórkę, przyspiesza tętno czy rozszerza źrenice. Poprawne metalowe granie – tylko i aż tyle.

Sacred Reich Awakening 2019
Sacred Reich – Awakening, 2019

Sacred Reich – “Awakening”:

1. Awakening
2. Divine & Conquer
3. Salvation
4. Manifest Reality
5. Killing Machine
6. Death Valley
6. Revolution
8. Something To Belive

Podobne artykuły

Królestwo Przezroczystej Czaszki – recenzja Barreleye „Insidious Siren”

Paweł Kurczonek

Po co te podchody? – recenzja „I, The Mask” grupy In Flames

Bartłomiej Pasiak

Recenzja: Shining – International Blackjazz Society

Tomasz Koza

Recenzja: Expire – Pretty Low

Tomasz Koza

Recenzja: Frontside – Zniszczyć wszystko

Kinga Parapura

“Brud” – recenzja filmowej biografii Mötley Crüe

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz