RECENZJE

Recenzja: Stone Sour – Hydrograd




Stone Sour, czyli drugie (albo jak kto woli pierwsze, bowiem zespół powstał wcześniej) obok Slipknot najważniejsze muzyczne dziecko Corey’a Taylora, jest już na scenie od dłuższego czasu i wydał kilka bardzo dobrych albumów. Przez te lata, kilkukrotnie zmieniał się skład grupy, a ostatnia bardzo poważna roszada miała miejsce w 2014 roku, kiedy jej szeregi opuścił znany również ze Slipknot Jim Root (co ciekawe, ponoć nie chciał więcej grać radiowych, nakierowanych przede wszystkim na zysk piosenek). Jego miejsce zajął w 2015 roku Christian Martucci i już z nim na wiośle muzycy przystąpili do nagrywania „Hydrograd”, najnowszej pozycji w swoim katalogu. Jak tym razem wypadły te radiowe, pisane dla pieniędzy piosenki? O tym przekonacie się z poniższej recenzji.

Pierwsze, co od razu rzuca się w oczy, to inspirowany Europą wschodnią (a raczej komunizmem) motyw na okładce, skąpany w krwistej czerwieni, z tekstami pisanymi cyrylicą. Jakby tego było mało, płytę otwiera też „serdeczne” pozdrowienie, wypowiedziane przez niezidentyfikowanego jegomościa, mówiącego z wyraźnym rosyjskim akcentem. Jak się okazuje, skojarzenia te są jak najbardziej trafne, bowiem genezy powstania albumu oraz jego tytułu należy właśnie szukać w tej części Świata. Jak powiedział w jednym z wywiadów Corey, z nazwą „Hydrograd” zetknął się kiedyś na jednym ze wschodnioeuropejskich lotnisk. A w zasadzie, wydawało mu się, że się z nią zetknął, bowiem kiedy jeszcze raz spojrzał na tablicę informacyjną gdzie zobaczył miasto Hydrograd, niczego takiego tam już nie było. Nie ma oczywiście takiego miasta, nie ma też w ogóle takiego słowa, więc tak naprawdę była to tylko jego własna pokręcona wyobraźnia.

Przejdźmy jednak do muzyki, bowiem to ona jest w tym wszystkim najważniejsza, a jeżeli chodzi o utwory zawarte na „Hydrograd”, to – pomijając kilka małych smaczków – jest to już wyłącznie typowy amerykański hard rock (czy też metal alternatywny, jak niektórzy lubią ich nazywać). Od razu zdradzę, że wielkich zaskoczeń nie ma, mimo, że oprócz składu zmienił się też proces nagrywania płyty. Album nagrywany był „na żywo”, przez co brzmienie faktycznie jest bardziej naturalne i bezpośrednie – słychać, że grane jest to razem przez zespół, a nie zlepiane z wielu różnych kawałków w Pro Tools. Różnicy natomiast nie słychać w podejściu do komponowania – jest to stary, dobry Stone Sour. Nie tak czadowy jak „Come What(ever) May”, nie tak miałki jak „Audiosecrecy” (osobiście uważam, że to ich najsłabsze dzieło) czy rozbudowany jak „House of Gold & Bones pt. 1 i pt.2. Jest taki, wydaje mi się, akurat po środku. Zawiera kawałki mocne i znakomite, jak „Fabuless”, „Taipei Person/Allah Tea”, rozpędzony „Somebody Stole My Eyes” czy Slipknot’owy „Whiplash Pants”, całkiem fajne, jak „Rose Red Violet Blue (This Song Is Dumb & So Am I)”, „Knievel Has Landed” czy “The Witness Trees” oraz niemalże popowe, jak singlowy „Song #3” z ultra radiowym refrenem (pozdro Jim!) czy też akustyczna ballada „St. Marie”. Siłą każdej kompozycji, niezależnie od jej mocy i klasy, jest jednak wokal Corey’a Taylora. Znamy go dobrze już od wielu lat, ale doprawdy wciąż zdumiewa mnie to, jak uniwersalnym potrafi być wokalistą. Nieważne, czy drze się, że „ludzie to gówno” w Slipknot, czy śpiewa, że „jakkolwiek daleko bym nie był, zawsze będę cię kochał” coverując The Cure na koncertach akustycznych – zawsze brzmi znakomicie i autentycznie. Nie inaczej jest oczywiście w przypadku Stone Sour. Naprawdę, odnoszę wrażenie, że gdyby Corey śpiewał w reklamie proszku do prania, byłaby to zapewne najlepsza reklama na Świecie. No i właśnie, wokal Taylora oraz naturalne brzmienie, to moim zdaniem najmocniejsze strony tej płyty, choć należy docenić też kilka bardzo dobrych kompozycji. Album mógłby za to być chyba trochę krótszy – gdyby te 15 utworów skondensować do 10/12 najlepszych, byłoby jeszcze lepiej.
Wielkim atutem Stone Sour jest umiejętne łączenie rzeczy ciężkich, z melodiami i łagodniejszym graniem. Czasami ociera się to wręcz o pop rock ale generalnie, zawsze trzyma fason i dobrze się tego słucha. Pomimo poważnych zmian personalnych, muzycy trzymają się swojego stylu i kontynuują wcześniej obraną drogę, tu i ówdzie delikatnie coś urozmaicając. Podsumowując – „Hydrograd” to bardzo przyzwoity album, zawierający fajne piosenki i melodie oraz kilka porządnych, cięższych momentów. Nie rozczarowuje, ale nie przynosi też żadnej rewolucji, chociaż chyba też nie tego po chłopakach oczekiwaliśmy. Super, że są i grają dalej – Corey’a nigdy dość. Mogliby tylko wreszcie zawitać podczas którejś z tras do Polski…

Stone Sour - HydrogardTracklista:

01. YSIF
02. Taipei Person/Allah Tea
03. Knievel Has Landed
04. Hydrograd
05. Song #3
06. Fabuless
07. The Witness Trees
08. Rose Red Violent Blue (This Song Is Dumb & So Am I)
09. Thank God It’s Over
10. St. Marie
11. Mercy
12. Whiplash Pants
13. Friday Knights
14. Somebody Stole My Eyes
15. When The Fever Broke

  • 7.5/10
    Ocena autora - 7.5/10
7.5/10

Podobne artykuły

Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów… Recenzja „Rainier Fog” Alice in Chains

Szymon Grzybowski

Recenzja: Soulfly – Archangel

Tomasz Koza

Recenzja: Sabaton – Carolus Rex

Tomasz Koza

Zostaw komentarz