Strona główna » Recenzja: Volbeat – Outlaw Gentlemen & Shady Ladies
RECENZJE

Recenzja: Volbeat – Outlaw Gentlemen & Shady Ladies

Po dwóch i pół roku oczekiwania – w końcu jest! Nowy album duńskich “Elvis-metalowców” z Volbeat, zatytułowany “Outlaw Gentlemen & Shady Ladies” wkrótce pojawi się na sklepowych półkach. Zanim wybierzecie się do sklepu – przeczytajcie parę słów na temat piątej, studyjnej płyty Volbeat, napisanych przez, trzeba nazywać rzeczy po imieniu – psychofana.

Szczerze przyznam, iż słysząc singlowe zajawki krążka – utwory “Cape Of Our Hero” oraz “The Hangman’s Body Count” nie wiedziałem czego się spodziewać. Jeśli te kompozycje Wam nie podeszły, spieszę z uspokojeniem – to zdecydowanie najsłabsze (o ile można o takich mówić) kompozycje na krążku. Klimatyczne intro – “Let’s Shake Some Dust” idealnie wprowadza odbiorcę w klimat płyty. Gitarowe wariacje, wzbogacone harmonijką spowodują, iż poczujecie się niczym na planie jakiegoś filmu z Clintem Eastwoodem. Z resztą, zespół za punkt przewodni albumu wybrał western (zarówno lirycznie jak i muzycznie). Są więc teksty, opierające się na postaciach historycznych z Dzikiego Zachodu (“Pearl Hart”, “Lola Montez” czy “Black Bart”), liryki wymyślone przez Poulsena, a opierające się na kanonach westernów/filmów grozy (np. “The Nameless One” czy “The Lonesome Rider”) a także bardziej osobiste utwory (“Room 24” i “Dead But Rising” – kolejny utwór poświęcony zmarłemu ojcu wokalisty/gitarzysty). Muzycznie otrzymujemy największy misz-masz w historii zespołu. Co prawda na “Beyond Hell/Above Heaven” zespół sprawiał wrażenie niepewności, w którym kierunku chce podążać – jednak na “Outlaw Gentlemen & Shady Ladies” różnorodność sięga zenitu. Są wręcz popowe numery (singlowy “Cape Of Our Hero”, cover Young The Giant – “My Body” i “Lola Montez”) z harmonią melodyczną typową dla radiowych hitów, szybsze, bardziej punkowe kompozycje (“Black Bart”), utwory mające ducha bluesa/country (“The Lonesome Rider”, “The Sinner Is You”, “Our Loved Ones”), a także typowe dla Volbeat – utrzymane w średnim tempie killery (“Pearl Hart”, “The Nameless One”, “Doc Holiday”). Rodzynkiem niewątpliwie jest utwór “Room 24”, z gościnnym udziałem legendy heavy metalu – Kinga Diamonda. Utwór w całości nawiązuje do twórczości Króla i jest jedynym utworem, który nie jest podobny do niczego z dotychczasowej dyskografii Volbeat. Wolny, sabbathowy riff, niepokojący nastrój i mroczny, mrożący krew w żyłach tekst dotyczący prawdziwej historii, która przydarzyła się pewnej nocy Michaelowi Poulsenowi (więcej nie zdradzę, zachęcam do sięgnięcia po tekst). Nie mniej, mimo kilku fajnych momentów, numer ten nie do końca przypadł mi do gustu. Podobnie jak “The Hangman’s Body Count” oraz “Black Bart” – te trzy kompozycje to moim zdaniem nieco słabsze punkty albumu. Wysoki poziom utrzymany jest natomiast w “The Nameless One”, który ma mieć swoją kontynuację na kolejnej płycie – typowy dla Volbeat przebój, który na długo pozostaje w pamięci. Niezwykły jest ponadto “The Lonesome Rider” z gościnnym udziałem Sary Blackwood. Połączenie męskiego i żeńskiego śpiewu przywodzi na myśl najlepsze dokonania Johnny’ego Casha i June Carter, osadzonych w XXI-wiecznej stylistyce. Wokalistka Walk Off The Earth idealnie sprawdza się w roli wokalnej partnerki Poulsena. Śmiem twierdzić, iż to nawet lepszy duet niż znany z “Mary Ann’s Place” (wraz z Pernille Rosendahl). Pozostałe jasne punkty krążka, to według mnie “Pearl Hart”, “Lola Montez”, “My Body” oraz “Sinner Is You”. “Dead But Rising” rozpoczyna zaś zadziorny, thrashowy riff w stylu Slayer, który jednak przeobraża się w dość spokojny numer.

Oprócz wspomnianych wyżej gości, na płycie pojawiają się Jakob Oelund z Grumpynators (kontrabas na “Lonesome Rider”), Paul Lamb (harmonijka na intro oraz “Our Loved Ones”), Anders Petersen (slide na “Black Bart”, “The Hangman’s Body Count” oraz “Lonesome Rider”), a także Rod Sinclair, grający na banjo na “Doc Holiday”. Lista gości prezentuje się więc niezwykle okazale, a każdy z zaproszonych na płytę muzyków wnosi do brzmienia albumu coś wyjątkowego.

Choć pozornie mogło się wydawać, że wzmocnienie szeregów Volbeat przez nowego gitarzystę oraz producenta – Roba Caggiano (znanego z Anthrax) może wpłynąć na zwiększenie agresji – paradoksalnie, krążek momentami brzmi wręcz “popowo”. Czysto i klarownie, ale “słodko”. Pogłos na wokalu czy chórki to zdecydowanie nowości w twórczości Volbeat.

Ciężko było zamknąć tę recenzję w jakieś sensowne ramy z kilku powodów. Przede wszystkim – czego bym nie napisał o Volbeat, bardzo ciężko mi o obiektywizm. Od wielu lat jestem fanem numer jeden duńskiej formacji i z bananem na twarzy oczekuję każdej nowości z ich obozu. Po drugie – czternaście utworów (plus kolejne pięć, w tym jeden niepublikowany utwór oraz alternatywna wersja utworu “Lola Montez”, a także trzy kompozycje live z zeszłorocznego Wacken – w rozszerzonej wersji deluxe krążka) trwa niemal godzinę, a w jej trakcie zespół żongluje stylami. Dzięki temu krążek jest bardzo eklektyczny, dojrzały i przemyślany, ale wypada odnieść się do każdego utworu z osobna, bo nie sposób omówić kilku utworów za jednym zamachem. Nowa ręka producencka zdecydowanie odcisnęła swoje piętno na soundzie zespołu. Jednym na pewno przypadnie to do gustu, innym może niekoniecznie. Nie mniej – Volbeat jest w formie! Nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć nowe numery na żywo. Tymczasem za kilka bardzo fajnych patentów, doprawionych kilkoma mniej udanymi numerami daję Duńczykom notę 8,5 na 10. Gorąco polecam!

okladk

Track lista:

01. Let’s Shake Some Dust
02. Pearl Heart
03. The Nameless One
04. Dead But Rising
05. Cape Of Our Hero
06. Room 24 Featuring King Diamond
07. The Hangman’s Body Count
08. My Body
09. Lola Montez
10. Black Bart
11. Lonesome Rider feat. Sarah Blackwood
12. The Sinner Is You
13. Doc Holliday
14. Our Loved Ones

 

 

 

 

Autor: Tomasz Kulig

Rok publikacji: 2013

Podobne artykuły

Na zagładę jeszcze poczekamy – recenzja „The Door to Doom” Candlemass

Szymon Grzybowski

Emocjonalna podróż do wnętrza Człowieka – recenzja Cereus “Dystonia”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Iperyt – The Patchwork Gehinnom

Michał Bentyn

Recenzja: Devildriver – Trust No One

Tomasz Koza

Recenzja: Revamp – Wild Card

Tomasz Koza

Plastik fantastik – recenzja “Resist” Within Temptation

Paweł Kurczonek

Zostaw komentarz

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!