RECENZJE

Wszystko na swoim miejscu – recenzja Imperial Sin “Ritual Murder”

“Przekomiczny klip. Te odwrócone krzyże z lamp! I ten banalny tytuł! Ale szacun za bluzę z Dimebagiem. No i łoją konkretnie!” – to moje pierwsze przemyślenia po odpaleniu teledysku do „Deal With The Devil”, utworu promującego debiutancki album grupy Imperial Sin.

Parę odsłuchów później, klip do „Deal With The Devil” nadal uważam za przekomiczny (wybaczcie Panowie), nadal mam szacun za bluzę z Dimebagiem. Aha! No i nadal uważam, że łoją konkretnie.

Zanim przejdę do muzyki, parę słów o Imperial Sin

Zespół pochodzi z Jastrzębia-Zdroju, powstał w 2008r. z inicjatywy gitarzysty Karola Lercha. Trzy lata później grupa nagrała swoje pierwsze demo pt. “Empty Faces”. Scenę dzieliła m.in. z zespołami The Sixpounder, Coma czy Acid Drinkers. Z powodu wielu roszad personalnych, zespół zmuszony był ograniczyć swoją działalność na kilka lat. W odnowionym składzie, Imperial Sin przystąpił w 2017r. do nagrywania pierwszej płyty w Rob-sonic Records. Album “Ritual Murder”, który mam przyjemność recenzować, ukazał się w drugiej połowie ubiegłego roku.

„Ritual Murder” rozpoczyna się niespiesznie

Ciężkim, surowym walcem. Utwór zatytułowany przewrotnie “When Everything Ends” (przewrotnie, bo kto śpiewa o końcu na początku?), to rewelacyjny otwieracz albumu. Masywny i klimatyczny zwiastun brutalnego ciężaru. Jeżeli lubisz Decapitated i Vadera, to płyta “Ritual Murder” będzie dla Ciebie w sam raz. Zresztą, te dwie grupy ekipa Imperial Sin wymienia wśród swoich ulubionych. I styl Imperial Sin opisałbym właśnie, jako wypadkową tych dwóch zespołów. Od Vadera Panowie wzięli rasową death metalową młóckę, a od Decapitated – chwytliwość, motorykę, niebanalne rozwiązania i ogromne zróżnicowanie materiału.

Wpływów na „Ritual Murder” jest więcej

W muzyce Imperial Sin można doszukać się również elementów black metalowych. Zespół bardzo czujne wsparł swoją muzykę mrocznymi, ale nie przesadzonymi samplami, które mogą kojarzyć się z ozdobnikami na płytach Behemotha. Momentami „Ritual Murder” zalatuje bardziej przebojowym, nowoczesnym graniem. Fragmenty „Vision of Truth” kojarzą mi się z „Resurrection”, nieistniejącej już grupy Chimaira, z kolei perkusja punktująca rwany riff w „Manipulatorium” kojarzy mi się ze „zmechanizowanymi”, odczłowieczonymi kawałkami Fear Factory. Wprawne ucho wychwyci zapewne jeszcze kilka innych inspiracji. Mogłoby się wydawać, że taka mieszanina nie ma prawa się udać. Nic bardziej mylnego.

Cały ten pozorny misz-masz został zamknięty w niezwykle interesującej i spójnej formie

Słuchając „Ritual Murder”, ani przez chwilę nie mam wrażenia, że muzycy starali się powciskać w swoje utwory wszystkie możliwe pomysły, na jakie tylko udało im się wpaść. Owszem, materiał jest zróżnicowany. Nowoczesne, proste, rwane riffy zostały wymieszane ze świetnymi, bardziej rozbudowanymi i skomplikowanymi partiami. Ale wszystko zostało zaserwowane z niezwykłym wyczuciem. Dzięki temu album tworzy spójną, interesującą całość. Na „Ritual Murder” nie ma mowy o chaosie, czy przypadku. Nie ma również mowy o dziwacznych, połamanych, arytmicznych kompozycjach w stylu płyty „Supervillain Outcast” awangardowców z Dødheimsgard.

Czego jeszcze nie ma na „Ritual Murder”?

Piwnicznej stęchlizny i epatowania krwią i bebechami rodem z płyt Cannibal Corpse, co odbieram, jako niebywałą zaletę „Ritual Murder”. W moim odczuciu, scena metalowa w swoim dążeniu do ekstremy już dawno przekroczyła tę subtelną granicę, zza której zaczyna wyłazić bolesna karykatura. A Imperial Sin mocno trzyma się po właściwej stronie mocy. Na płycie nie ma również dłużyzn, zbędnych zapychaczy, nudnych fragmentów, przewidywalności, uproszczeń i banalnych rozwiązań. Nie ma również smętnych pseudoballad w stylu Slipknot, ani bezsensownej, jednostajnej, topornej nawalanki.

Z ciekawości sięgnąłem po demo „Empty Faces”

Ogromny postęp, ogromny rozwój zespołu, jaki dokonał się w ciągu kilku lat od nagrania demówki jest bardzo wyraźnie słyszalny na „Ritual Murder”. Utwory na albumie są dużo ciekawsze, dużo bardziej rozbudowane i dużo lepiej brzmią. Do brzmienia płyty jeszcze wrócę.

Zespół, nagrywając „Ritual Murder”, mógł sobie ułatwić zadanie i wrzucić na płytę ponownie zarejestrowane utwory z nagranej wcześniej demówki. Tak się nie stało, na album trafiły wyłącznie nowe kompozycje. Być może odkryję tu „oczywistą oczywistość”, ale podoba mi się, że zespół nie poszedł na łatwiznę.

Skład Imperial Sin zaskakuje

Co ciekawe i nieoczywiste – w zespole nie ma drugiego gitarzysty. W pierwszym odruchu można zastanawiać się, czy jeden wioślarz w ekstremalnej grupie da radę. Wszak nie każdy jest tak wyjątkowym gitarzystą, jak Dimebag. Od razu rozwieję wszelkie wątpliwości – Karol Lerch zdecydowanie daje radę! Moim zdaniem odwala kawał bardzo dobrej roboty. Podobnie, jak reszta grupy.

Rafał Onopiak zdziera gardło bez opamiętania, ale nie jest to bezmyślne darcie mordy. Obok bardziej brutalnych wokali na „Ritual Murder” trafiły również nadające klimatu melorecytacje. Siedzący za garami Bartłomiej Pluciński gra interesujące i zróżnicowane partie, dalekie od tępej młócki, a wyrazisty bas Mateusza Kowalskiego ładnie podkreśla ciężar muzyki.

Zespół Imperial Sin
Zespół Imperial Sin, fot. materiały promocyjne

Co jeszcze znajdziemy na płycie?

Chwilami – bardziej mroczne fragmenty, jak w rewelacyjnym, posępnym „Too Many”. To najbardziej ponura i niepokojąca kompozycja na „Ritual Murder”. Tu black metalowe wpływy są słyszalne najbardziej i mogą się kojarzyć (zwłaszcza wokal) z nowszym Dimmu Borgir. Chwilami zespół gra bardziej chwytliwie, jak w “Murderer of Human Being”. Niektóre fragmenty tego utworu brzmią, jak cover jakiegoś power metalowego kawałka, zaaranżowany na brutalniejszą modłę. Ale nie, to nie jest „cudzes”. I już przy pierwszych dźwiękach łeb sam zaczyna kiwać się do rytmu, nóżka sama zaczyna skakać. To zdecydowanie najbardziej energetyczny z utworów zawartych na płycie, moim zdaniem – koncertowy pewniak. Wcale mnie nie dziwi, że właśnie “Murderer of Human Being” jest jednym z utworów promujących płytę. Wybrałbym tak samo.

Mam problem ze wskazaniem faworyta na płycie

Nie dlatego, że nie ma w czym wybierać. Wręcz przeciwnie. „Ritual Murder” to kopalnia bardzo dobrych pomysłów i utworów. W zasadzie w każdym znajdzie się coś, co wyjątkowo zwróci uwagę słuchacza. We wspomnianym „Murderer of Human Being” – chwytliwy i bujający riff, w „In the Memories of…” – metalcore’owe, bardziej nowoczesne wstawki, w „For All Those Gods” – bezpardonowa, agresywna i brutalna rozwałka. Wspomniany wcześniej „Too Many” wyróżnia się niepokojącym klimatem, a ostatni na płycie kawałek „Deal With The Devil” – „vaderową” solówką.

O okładce „Ritual Murder”

Mogłaby z powodzeniem trafić na następną płytę Nile. Sztylet, zapewne służący do tytułowych rytualnych mordów, symbol wyrzeźbiony w kamieniu, niebanalne, wpisane w odwrócony trójkąt logo – wszystko to tworzy spójną, zamkniętą, kompletną całość. Widać, że Imperial Sin podchodzą do tematu poważnie i przy swoim debiutanckim krążku nie idą na łatwiznę i nie pozwalają sobie na żadną prowizorkę. I dobrze! W dzisiejszych czasach nie można sobie pozwolić na półśrodki. Dodam tylko, że logo zespołu zaprojektował Michał „Xaay” Lorenc, którego fanom ciężkich brzmień nie trzeba przedstawiać.

O brzmieniu słów kilka

Tu ponownie same pochwały! Całość albumu brzmi bardzo nowocześnie, a zarazem niemęcząco, co wcale nie jest takie oczywiste. Jest masywnie, ale bez przesady. Dźwięk jest czytelny, ale nie nadmiernie sterylny. Instrumenty nie zagłuszają się wzajemnie, wokal jest wyraźny, ale nie góruje nad muzyką. Słowem – wszystko zostało podane we właściwych proporcjach. Słuchanie „Ritual Murder” nie męczy i nie przytłacza. Właściwie nie ma się tu do czego przyczepić. Brzmienie płyty to kawał dobrej roboty!

Inspiracje, nie zrzynanie!

Pisałem wcześniej, że muzyka zespołu jest w moim odczuciu wypadkową stylu Vadera i Decapitated. Pisałem również o licznych skojarzeniach z innymi zespołami. Nie oznacza to, że Imperial Sin zrzyna ordynarnie od starszych kolegów po fachu. Nic z tych rzeczy! Po prostu czterdzieści minut muzyki zawartej na albumie prezentuje cholernie wysoki poziom. Nie chciałbym popadać w nadmierną egzaltację, ale powiem, że dawno żadnej płyty nie słuchało mi się tak dobrze, jak „Ritual Murder” i żadnej recenzji nie pisałem z taką przyjemnością.

Waszym zdaniem

Jako, że płyta „Ritual Murder” ukazała się jakiś czas temu, materiał zdążył już trafić do pewnej grupy odbiorców. Zadałem sobie pytanie, czy tylko mi tak siadło, czy innym również się podoba, więc z ciekawości rzuciłem okiem na komentarze pojawiające się pod klipami zespołu.

„No w końcu jakiś dobry nowy growl”

„Wyrobiłeś się chłopie nieźle i co najlepsze wydzierasz się bardzo “świeżo” i z wykopem. Zupełnie coś innego niż obecni krzykacze.” – to o bardzo dobrych wokalach Rafała.

„Świetny materiał, z niecierpliwością czekam na więcej!”

„Widać, że zajawkowicze i nawet to wpada w ucho”

„Sepultura po Polsku? Powiem jedno rewelacja!”

„Kozak nuta” – to o muzyce Imperial Sin.

Tych niecenzuralnych, acz pochlebnych wpisów, nie będę przytaczał. Jednak jak dla mnie, żadna inna rekomendacja nie jest potrzebna.

Na koniec parę słów, bardziej ogólnej natury

10 lat to kawał czasu. Zespołowi zajęło aż 10 lat, by nagrać swój pierwszy krążek. I słuchając „Ritual Murder” aż się prosi zawołać „No Panowie! Co tak długo!?”.

Mam nadzieję, że o Imperial Sin zrobi się głośno. I przede wszystkim, że będzie więcej koncertów tej świetnej grupy. Bardzo chętnie przekonam się, jak jastrzębska ekipa radzi sobie na żywo. Jako podsumowanie recenzji, wyrażę życzenie, by na kolejny materiał Imperial Sin nie trzeba było czekać następnej dekady.

PRZYDATNE LINKI:

Facebook | Instagram | YouTube | Spotify

ZAMÓW „RITUAL MURDER”:

Messenger | Sklep na Facebooku | Mailowo | Bandcamp

Imperial Sin - Ritual Murder, 2018
Imperial Sin – Ritual Murder, 2018

Tracklista “Ritual Murder”:

1. When Everything Ends
2. For All Those Gods
3. Murderer of Human Being
4. Manipulatorium
5. Vision of Truth
6. In the Memories of…
7. Dying with Satisfaction
8. Too Many
9. Deal with the Devil

Artykuł sponsorowany / Fot. Materiały promocyjne

Podobne artykuły

Recenzja: Paradise Lost – The Plague Within

Tomasz Koza

Recenzja: Morbid Angel – Kingdoms Disdained

Szymon Grzybowski

Poprawne rzemiosło – recenzja Deicide “Overtures of Blasphemy”

Paweł Kurczonek

Zostaw komentarz