Image default
RECENZJE

Budyń o smaku siarki – recenzja płyty „Zmartwychwstanie” Frontside


Szumne zapowiedzi Frontside o powrocie do prawdziwie ciężkiego i brudnego grania zostały spełnione. Ich najnowszy krążek – „Zmartwychwstanie” – faktycznie pełen jest wściekłości, metalowej furii i gniewu. Czy jednak to wystarczy, żeby ocenić to wydawnictwo jednoznacznie pozytywnie?

Gdybym miał umiejscowić najnowsze wydawnictwo „Frontside”, powiedziałbym, że najbliżej mu do kultowego już albumu „Zmierzch bogów”, z pewnymi naleciałościami „Absolutus”. Z tego pierwszego bierze ciężar kompozycji, z tego drugiego bardzo profesjonalne i dobre brzmienie. Nie oznacza to jednak, że Frontside zrobił kopię swoich poprzednich dokonań, bo słychać, że muzycy śledzą trendy – nie brakuje więc też bardziej nowoczesnego grania. Wiele kawałków utrzymana jest w średniej prędkości i stawia zdecydowanie na ciężar, a nie tempo urywające głowę.

Album zaczyna bardzo udane – nomen omen – „Zmartwychwstanie”.

Utwór niejako wyłania się z ciszy i narasta. Niby wiemy, że lada moment pojawi się konkretne łupnięcie, ale kompozycja bardzo fanie buduje napięcie. Kolejno pojawiają się wokal, zadziorny, ale nie growl, potem bardzo fajna, niemal klasycznie heavy metalowa zagrywka na gitarze i w końcu jest – rozdzierający wrzask i ultraszybka, niemal death metalowa młócka. Po chwili jednak tempo znowu zwalnia, a muzyka staje się ciężka niczym walec.



Gdyby każda kompozycja na nowym krążku tak fantastycznie bawiła się nastrojami i emocjami, mielibyśmy do czynienia z naprawdę wybitną płytą. W praktyce jedna okazuje się, że zdecydowanej większości kawałków brakuje trochę głębi, wielowymiarowości i bardzo często – oprócz ciężaru – mają niewiele więcej zaoferowania. Z jednej strony – tego domagała się znaczna część fanów, zwłaszcza tych, którzy pamiętają pierwsze krążki sosnowieckiej kapeli. Z drugiej – pedał gazu cały czas wciśnięty do dechy może sprawić, że zamiast ekscytacji z jazdy, pojawi się zmęczenie i znużenie.

Właściwie powyższe zdania można przyłożyć do większości kompozycji na „Zmartwychwstaniu”.

Ich schemat jest bowiem łatwy w odczytaniu. Utwór może zaczynać się spokojniejszy intrem („Krew, ogień, śmierć”, „Przynoszę wam ogień”, „Jak światłość i mrok”, „Bóg cię nie ocali”), potem jest gitarowy atak, ale niestety większość z tych „głównych” riffów jest bardzo prostych i raczej powtarzalnych – nastawionych na rytm, a nie melodię. Potem zwolnienie lub przyspieszenie i od nowa. Z tego schematu najmocniej wyrywa się wyraźnie „Kolejna niewinna ofiara”. Kawałek zdecydowanie odstaje od pozostałych i przywodzi na myśl nu metal – głównie przez skandowany czy wręcz rapowany tekst zwrotki. Czy to udany eksperyment? No cóż…

Nie oznacza to jednak, że na krążku brakuje fajnych momentów czy melodii.

Wręcz przeciwnie – powiedziałbym, że najjaśniejszym punktem „Zmartwychwstania” są gitarzyści Mariusz “Demon” Dzwonek oraz Dariusz “Daron” Kupis. Słychać dużo ciekawych pomysłów, świetne są solówki i tak naprawdę wielu kawałków warto słuchać przede wszystkim dla nich. Są to jednak głównie momenty, a nie całe utwory – wyróżnić można wspomniane już „Bóg cię nie ocali”, czy „Krew, ogień, śmierć”. Pełne spektrum metalowego zdzierania gardła prezentuje również Auman – z black metalowym skowytem włącznie. Na płycie praktycznie nie uświadczymy jednak melodyjnego i czystego śpiewu – część słuchaczy z pewnością to doceni.

Nie jestem zwolennikiem teorii, wedle której metal, żeby był dobry, musi być tylko ciężki i brutalny. Wręcz przeciwnie – sądzę, że odpowiednie wyważenie czadu i spokojniejszych, bardziej melodyjnych lub napisanych w innym klimacie momentów daje piorunujący efekt. Kiedy więc dowiedziałem się, że Frontside zapowiada nową płytę, która ma być najbrutalniejsza i najcięższa od lat, nie piałem od razu zachwytu. Nie oznacza to jednak, że nowa płyta mi się nie podoba, a moja ocena jest negatywna. „Zmartwychwstanie” to bowiem kawał solidnego łupania, którego tak wielu fanów domagało się od zespołu.

Jak dla mnie muzyka jest tu jednak trochę zbyt jednowymiarowa i powtarzalna.

Na pewno nie jest to płyta, którą po przesłuchaniu mam od razu ochotę włączyć jeszcze raz. Zakres emocji, które wywołuje u mnie „Zmartwychwstanie” jest dosyć płaski. Liczyłem na solidny kawał metalowego i krwistego mięcha, a dostałem budyń. Ogólnie można go zjeść, wielu na pewno go lubi (budyniowi maniacy mogą dodać do oceny jeden punkt), ale na dłuższą metę na pewno staje się lekko mdły.

Nowy album Frontside Zmartwychwstanie
Frontside – Zmartwychwstanie, 2018

Tracklista:

1. Zmartwychwstanie
2. Poznaj swoich wrogów
3. Bez przebaczenia
4. Krew, ogień, śmierć
5. Pieczęcią niech będzie krew
6. Przynoszę wam ogień
7. Kolejna niewinna ofiara
8. Martwy jak ty
9. Jak światłość i mrok
10. Iluminacja
11. Bóg cię nie ocali

Ocena autora:
6.5/10

Podobne artykuły

Recenzja: Megadeth – Super Collider

Tomasz Koza

Wściekli, ale piękni. Recenzja Halestorm – „Vicious”

Tomasz Chochowski

Recenzja: Mastodon – Crack The Skye

Kinga Parapura

Zostaw komentarz