RELACJE

Relacja: Me And That Man, Fertile Hump, Sasha Boole – Warszawa, 29.09.2017




Od premiery debiutanckiego albumu Me And That Man „Songs Of Love And Death” minęło już pół roku, tak więc na dobre mogliśmy się przyzwyczaić do Adama „Nergala” Darskiego śpiewającego „normalnym”, czystym głosem, dzielącego przy tym mikrofon z Johnem Porterem. Teraz, dzięki długo wyczekiwanej polskiej trasie, która przetacza się przez nasz kraj, możemy przekonać się jak duet ten wypada na żywo oraz jak radzi sobie na scenie lider Behemotha bez tego całego entourage’u, kostiumów i buchających ogni. Czy zatem warto było wybrać się w miniony piątek do warszawskiego klubu Palladium, aby posłuchać tych dwóch ubranych na czarno dżentelmenów oraz muzyków im towarzyszących? Tego dowiecie się z poniższej relacji.

Sasha Boole
Sasha Boole

Zanim jednak danie główne, słów kilka na temat supportów. Całość otwierał pochodzący z Ukrainy Sasha Boole, który urzekł mnie swoją zwyczajnością oraz prostotą swojego występu. Choć może nie powinienem tak pisać, bo artysta z niego nie jest do końca taki zwyczajny – jest to bowiem prawdziwy człowiek orkiestra. Stojący sam na scenie, z harmonijką zawieszoną na szyi oraz gitarą na klacie, wystukiwał nogą rytm i śpiewał do dwóch mikrofonów swoje folkowo – country’owe utwory.
I to jak śpiewał! Aż szkoda, że jego koncert trwał zaledwie 30 minut…

Następne w kolejce było lokalne trio Fertile Hump, czyli Magdalena Kramer, Maciej Misiewicz oraz znany wcześniej z The Stubs, Tomek Szkiela. Zespół, który swoją muzykę pisze głównie w kuchni jednego z warszawskich mieszkań, wysmażył kilka naprawdę fajnych piosenek z pogranicza blues’a i rocka, a jego występ był solidną dawką świetnej rock’n’rollowej energii. Czuć było pasję i miłość do tego co się robi, a to jest właśnie coś, czego zawsze szukam u artystów. Muzycy mają w dorobku dwie płyty, wydaną w 2015 roku Ep’kę „Fertile Hump” oraz longplay „Dead Heart”, który ukazał się rok później. Polecam wszystkim fanom gitarowego grania spod znaku The Black Keys i tym podobnych rzeczy. W tym miejscu należałoby też wspomnieć o bardzo dobrym nagłośnieniu, jakie tego wieczoru panowało w klubie Palladium, ze szczególnym uwzględnieniem basów. Skoro tak dobrze brzmiały supporty, to główna gwiazda nie mogła również zejść poniżej tego poziomu…


Fertile Hump
Fertile Hump

Zaczęli tak jak na płycie, od „My Church Is Black”. Skryci za półprzezroczystą, białą kurtyną ozdobioną logo projektu, w gustownych kapeluszach, cali na czarno Nergal, Porter i towarzyszący im basista Matteo Bassoli oraz perkusista Łukasz Kumański. Kotara opadła wraz z pierwszymi dźwiękami „Nightride” i wtedy właśnie koncert rozpoczął się na dobre. Muzycy z czasem trwania występu coraz bardziej się rozluźniali i widać było, że na deskach Palladium czują się znakomicie. Pomogło im z pewnością godne pozazdroszczenia przyjęcie ze strony publiczności, która niemal szczelnie wypełniła stołeczny klub.

Nergal
Nergal

Następnie, po „Nightride” usłyszeliśmy „Get Outta This Place” oraz poprzedzone przypowieścią o Jezusie „Casanovie” „Magdalene”. Przed wieloma utworami panowie raczyli nas krótkimi, przeważnie bardzo zabawnymi historiami, wprowadzającymi w nastrój danego kawałka, bądź prezentującymi genezę jego powstania. Mi szczególnie utkwiła w pamięci historia kręcenia klipu do „Cross My Heart And Hope To Die” na amerykańskiej pustyni, kiedy to przez nieuwagę i prosty błąd w drzazgi poszła wypożyczona, warta masę pieniędzy gitara widoczna w teledysku. W ogóle numer ten stanowił jeden z najmocniejszych punktów programu, z muzykami siedzącymi z gitarami w mroku na stołkach i z chórem dzieci za plecami. Ich partie były wprawdzie odgrywane z taśmy, ale wyglądało to znakomicie. Me And That Man mają póki co na koncie tylko jeden album studyjny, tak więc nic dziwnego, że na tej trasie grają go w całości. Poza 13 pozycjami z płyty, w setliście znalazło się też miejsce na kilka niespodzianek. Pierwszą z nich był dostępny tylko w wersji deluxe bonus do „Songs Of Love And Death”, utwór „Submission” – numer tak dobry, że nie wiem dlaczego nie znalazł się w podstawowej wersji. Pozostałe dwie, to zagrane na bis (i jak się okazało, dwie największe petardy) „Psycho Killer” z repertuaru Talking Heads oraz „Refill” autorstwa Porter Band. Muzycy tak dobrze bawili się grając te piosenki, że długo przeciągali końcówkę, krzycząc raz po raz „Do you wanna refill!?”. Trzeba przyznać, że stary przebój Portera z początku lat 80 – tych po latach nadal brzmi znakomicie.

John Porter
John Porter

W ten właśnie sposób wieczór, który rozpoczął się dosyć statecznie i nastrojowo, zakończył się w prawdziwie rock‘n’roll’owym stylu. Nergal i Porter szaleli na scenie, świetnie się na niej bawili i przez cały czas mieli bardzo dobry kontakt zarówno między sobą, jak i z publicznością. Na krok nie odstępowała ich też sekcja rytmiczna, która również prezentowała się tego dnia znakomicie. Czy były jakieś potknięcia? Oczywiście, jak niemal na każdym rockowym koncercie, ale co z tego, skoro od razu ginęły pod ciężarem energii jaka wytworzyła się w klubie. Po raz kolejny warto też pochwalić nagłośnienie – niezależnie od tego, czy na scenie stał akurat sam John z gitarą śpiewający w skupieniu balladę, czy też cały zespół dawał na niej czadu, wszystko brzmiało bardzo dobrze. Jeżeli więc do tych kwestii technicznych dodamy dobrych muzyków, świetny repertuar i entuzjastycznie reagujący tłum, wyjdzie nam z tego równania bardzo dobre show.

Me And That Man

Występ Me And That Man w Palladium utwierdził mnie w przekonaniu, że projekt ten to coś więcej niż tylko zabawa dwóch sytych muzyków – to prawdziwa grupa z krwi i kości. Zobaczyłem ludzi grających z pasją i wielkim zaangażowaniem, autentycznie cieszących się ze wspólnego wykonywania muzyki oraz obcowania z publiką, czego dowodem pokoncertowe zdjęcia z fanami i masa rozdanych autografów. Bardzo lubię, gdy to co widzę na scenie jest szczere i prawdziwe, gdy artysta szanuje swoją publiczność. Taka postawa działa w obie strony, dlatego ode mnie wielki „szacun” dla Me And That Man.

Fot. Mateusz Kluba – Infernal Impressions

Podobne artykuły

Relacja: Testament, Annihilator, Death Angel – Warszawa, 15.11.2017

Albert Markowicz

Ogień w kotle czarownic – relacja z koncertu Rammstein, Chorzów 24 lipca

Mateusz Lip

Relacja: Einar Selvik – Poznań 04.03.2017

Lena Knapik

1 komentarz

Kerry Burgerking 2 października 2017 at 20:28

Bardzo fajny koncert, naglosnienie takie jak powinno byc na koncertach rockowych I ogolnie wszystkich, ciekawa scena I gra swiatel, zagrane z jajem i rock n rollowo, bez wirtuozerki I pozerstwa.
Mimo bylo popatrzec I posluchac.

Odpowiedz

Zostaw komentarz