RELACJE

Relacja: Dimmu Borgir w Polsce (Darkness Rebor Tour), Kraków – 08.10.2010

Prawie 100 km. trasa z centrum Śląska do Krakowa w godzinach szczytu zanudzała mnie ok. trzech godzin. Na szczęście do krakowskiego klubu “Kwadrat” udało mi się dotrzeć prawie na czas, prawie bo na scenie już walczyli z publicznością chłopaki z Sahg.

Zespół prawdę mówiąc nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Wokalista i zarazem gitarzysta zespołu wydawał z siebie dość wysokie dźwięki przeplatane z normalnym śpiewem, które mogły nieco drażnić, jednak przy takim stylu zawsze można się doszukać fałszu – tutaj powiem, że rzadko wyłapywałem takie momenty. Na pewno na plus zasługuje perkusista Sahg, który był sporym zaskoczeniem. Jako jeden z członków był najbardziej ruchliwym muzykiem na scenie a w połączeniu z jego świetną grą na bębnach Norwedzy zyskali u mnie wyższą ocenę.

Po ok. 30 minutowej przerwie na scenie pojawili się członkowie Enslaved a publiczność już nieco liczniejsza zaczęła wykrzykiwać nazwę zespołu. Można było już odczuć, że sporo zainteresowanych nie przyszła tak naprawdę na gwiazdę wieczoru ale właśnie na jeden z rozgrzewaczy jakim jest Enslaved.

Myślę, że fani nie bez powodu czekali na tę grupę bo i pomimo, że nie znam ich twórczości to nawet ja zbliżyłem się aby przysłuchać się ich rzeźbieniu. A było naprawdę dobrze! No ok., może perkusja tutaj nie była tak interesująca jak w pierwszym zespole, ale za to reszta muzyków nadrabiała zaległości. Enslaved albo dał tak dobry występ i tak mi szybko zleciało albo po prostu mieli mniej czasu i grali krócej, tutaj nawet nie wiem bo na zegarek naprawdę spoglądałem sporadycznie, ale na pewno występ Enslaved na plus.

Następnie znów prawie 30 minutowa przerwa, rozstawianie sprzętu, układanie gadżetów. Światło przygasa i zaczyna się. Na start poleciało intro z najnowszego albumu Dimmu Borgir zatytułowane “Xibir”, ludzie już nie mogli się doczekać aż zobaczą wielką trójkę (szkoda, że nie piątkę). Jako pierwsi na scenę weszli Darek (czy oni mu kazali tą maskę zakładać?), Cyrus, który to zastąpił wyrzuconego Vortexa i Brat zajmując miejsce znanego Mustisa.

Pierwszy pełny utwór to “Spellbound (by the devil)”. I ukazali się oni, w swoich uniformach znanych ze zdjęć z “Abrahadabra” i w corpse paint. Zachwycony tłum widzący swoich idoli nie oszczędzał już od samego początku nikogo – teraz wiadomo kto tutaj tak naprawdę rządzi na scenie. Były nie tylko piosenki z najnowszego albumu ale i takie hity jak: “Puritania”, “Vredesbyrd”, “Progenies Of The Great Apocalypse” czy na tradycyjne zakończenie “Mourning Palace”.

Wiele osób narzekało na brak byłego basisty Vortexa i zastąpienie jego kwestii wokalnych z poprzednich płyt chórkiem, który odtwarzany był z playbacku, (przykładem było “The Serpentine Offering”). I muszę przyznać, że mają oni rację, to nie to samo co żywy głos – jednak te chórki także robią wrażenie! Nagłośnienie mogę chyba spokojnie zaliczyć do dobrego, nawet bez stoperów do uszu można było spokojnie wyłapać co zespół aktualnie gra i w którym momencie piosenki już jest.

Podsumowując. Występ Dimmu Borgir zaliczam do znakomitego i tutaj nie mówię tego jako zagorzały fan zespołu, po prostu tak było. Zespół na scenie pokazał klasę na prawdziwie światowym poziomie. I to, że chłopaki wyszli już dawno z piwnicy i nie ma co liczyć na powrót do lasu (no właśnie Darku, gdzie ten powrót na nowej płycie jest?) to na pewno tych fanów, których stracili przy późniejszych albumach z następnymi zyskają nowych. Bardzo się cieszę, że mogłem w końcu ich zobaczyć i usłyszeć na żywo. Teraz mogę umrzeć.

Kraków, 08.10.2010

tekst: Tomasz Koza

zdjęcia: Victor Cristescu

Zostaw komentarz