Relacja: Mastodon, Russian Circles – Warszawa, 11.11.2017

To był jeden z najbardziej wyczekiwanych metalowych wieczorów tej jesieni w Polsce. Bilety niemal całkowicie wyprzedane, wypełniona po brzegi Progresja i będąca w wielkim gazie główna gwiazda wieczoru, czyli zespół Mastodon, dodatkowo jeszcze gościnnie ze Scottem Kelly na wokalu.

Po znakomicie przyjętym lipcowym koncercie w Gdańsku, oczekiwania wobec występu amerykanów były bardzo wysokie – to pewne. A czy udało im się sprostać? Odpowiedź na to pytanie nie jest już tak oczywista…

Niewiele czasu minęło jeszcze od soboty, natomiast już teraz da się zauważyć dwie narracje na temat warszawskiej sztuki – z jednej strony, że było super, a z drugiej, że jednak rozczarowanie. Z tego co zaobserwowałem, wśród krytyków najwięcej wątpliwości wzbudziła setlista (nie zgadzam się) oraz brzmienie (zgadzam się), natomiast ci zadowoleni nie zgłaszają żadnych większych zażaleń. Prawda, jak to często w życiu bywa, leży w tym przypadku gdzieś pośrodku.

Zacznijmy od setlisty. Zaskakująca, ciekawa, nieoczywista. Osiem utworów z ostatniego albumu „Emperor Of Sand” nie powinno dziwić, natomiast aż cztery z „Crack The Skye” – z zagranym na otwarcie trzynastominutowym „The Last Baron” na czele – już tak.

Oprócz tego, między innymi kilka klasyków – „Megalodon”, „Mother Puncher” czy „Colony Of Birchmen”, a także wszystkie numery nagrane ze Scottem Kelly: „Scorpion Breath”, „Crystal Skull”, „Crack The Skye”, „Aqua Dementia”, „Spectrlight” oraz „Diamond In The Witch House”. Czego zatem zabrakło? Największych przebojów z ostatnich lat, „Black Tongue”, „The Motherload”, „High Road”, „Dry Bone Valley” oraz największej petardy, czyli kultowego „Blood And Thunder”. Jeżeli chodzi o dobór piosenek, gusta są różne i nie sposób jest zawsze dogodzić każdemu – jak widać Mastodon to nie Metallica, a „Blood And Thunder” to nie „Enter Sandman”, że musi polecieć za każdym razem. Mnie osobiście też trochę brakowało tych kawałków ale szanuję wybór zespołu i bardzo podobało mi się wrzucenie na sam początek długiego i epickiego „The Last Baron”, który jest jednym z moich ulubionych utworów Mastodona.


↘ Bądź jak Twoi znajomi, bądź na bieżąco.


Znacznie więcej rozterek dostarczyło jednak brzmienie tego koncertu. „Mastodon na płytach, a Mastodon na żywo”, to temat, który już od dłuższego czasu nurtuje fanów. Ja ostatni raz widziałem tę kapelę dosyć dawno i to na plenerowych festiwalach, dlatego chciałbym skupić się wyłącznie na sobotniej sztuce w Progresji, gdzie chyba nie do końca wszystko grało. Z głośników leciała ściana dźwięku, mało było w tym selektywności, wokale często za tą ścianą ginęły, a momentami wręcz nie było ich słychać w ogóle (a w zespole jest przecież praktycznie aż czterech wokalistów). Najlepiej wypadł w tym wszystkim Kelly, którego potężny głos skutecznie przebijał się przez powierzchnię. Nie wiem na ile była to wina nagłośnienia, a na ile po prostu urok występów Mastodona, wydaje mi się jednak, że może chodzić o to drugie (albo i jedno i drugie). Grupa ma fantastyczne, oryginalne brzmienie, które ma wielu zwolenników na całym świecie, ale co znakomicie wypada na płytach, na żywo już niekoniecznie. Kiedy mniej więcej w połowie setu udało mi się przecisnąć pod samą scenę blisko głośników, wydawało mi się, że jest lepiej, jednak to co słyszałem wcześniej stojąc nieco dalej, nie było spełnieniem marzeń. Szczególnie, że całkiem niedawno miałem okazję być też na dwóch innych gigach w Progresji, Satyricon oraz Kadavar, i tam wszystko słychać było pięknie.

Elementy, do których absolutnie nie można się przyczepić, to publiczność, postawa zespołu oraz jego kontakt z tłumem, a także atmosfera wieczoru. Polska kocha Mastodona, a Mastodon kocha Polskę. Klub szczelnie wypełniony, wielka polska flaga z nazwą kapeli, potężny młyn pod sceną, crowdsurfing oraz uśmiechnięci i wyluzowani artyści, podkreślający szczególną więź z polskimi fanami.

Wiem, że wiele zespołów tak mówi, ale w tym przypadku naprawdę czuć było chemię. Na emocjonalne przemówienie zebrało się perkusiście, Brannowi Dailor’owi, który na zakończenie, kiedy reszta muzyków opuściła już scenę, długo i wylewnie dziękował zgromadzonym, rozdając przy tym sporo pałeczek perkusyjnych. Oczywiście, zapowiedział też rychły powrót do kraju nad Wisłą i nie ma żadnych powodów, aby mu w to nie wierzyć.

Przed główną gwiazdą, na deskach Progresji mieli okazję zaprezentować się post rockowcy z Russian Circles. Mnie udało się dotrzeć dopiero na sam koniec ich występu, ale mam solidne wytłumaczenie – brałem udział w klinice gitarowej Billa Kellihera, która miała miejsce w salonie Music Expert. Gitarzysta opowiadał o swoim sprzęcie, pokazał parę patentów oraz zagrał kilka riffów z „Emperor Of Sand”, na koniec zaś odbyło się małe meet and greet z możliwością zdobycia autografów oraz zrobienia sobie zdjęcia z gwiazdorem.

Sobotni koncert Mastodona w Warszawie to wydarzenie, które wymyka się prostej, jednoznacznej recenzji. Z jednej strony wystąpiły problemy, o których pisałem wyżej, z drugiej jednak bawiłem się dobrze i przy następnej okazji również chętnie przejdę się zobaczyć bestię z Atlanty. Super było też posłuchać na żywo Scotta Kelly’ego, który – jak stwierdził Dailor – był jedną z głównych inspiracji do powstania Mastodona. Im więcej dobrych muzyków na scenie, tym lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *