RELACJE

Relacja: Metalmania 2017, Katowice – 22.04.2017

 

Ciężko w Polsce żyje się festiwalom metalowym, pojawiają się i znikają, rodzą się na kilka edycji, żeby później zniknąć z koncertowej mapy kraju. Z przeróżnych powodów – a to kasa się nie zgadza, a to ktoś ważny i wpływowy sobie takiej imprezy nie życzy na swoim podwórku, a to ludzie wolą wybrać się za granicę choćby do naszych południowych sąsiadów. Metalmania kilka(naście) ładnych lat temu wydawała się filarem kultury metalowej w Polsce, filarem nie do ruszenia. Czymś, co trwa od dawna i trwać będzie zawsze. A jednak – w pewnym momencie Metalmanii zabrakło. Zabrakło na 9 długich lat pozostawiając jedynie wspomnienia rzeszy fanów, w większości tej starszej gwardii, którą zawsze można spotkać na lokalnych małych koncertach siedzących przy barze i narzekających, że „kiedyś to było lepiej”, a na Metalmanii w 88 to ganiali ze szwagrem pozerów nieznających składów i dyskografii.

Jednak stało się, po długiej przerwie najstarsza metalowa impreza w kraju powróciła do macierzy, do Katowickiego Spodka, gdzie przed laty co rok rzesza fanów heavy metalu zjeżdżała niczym do mekki. Nie inaczej było przed tygodniem – już o 6:30 na dworcu kolejowym w Łodzi zaobserwować można było na peronie osoby, które bez wątpienia zmierzały właśnie do Katowic. Już pierwsze zapowiedzi imprezy rozpętały w internecie chaos – emocje od zachwytu nas samym faktem reaktywacji Metalmanii do marudzenia malkontentów na temat domniemanego słabego składu bez wyraźnego headlinera. Że niby same przeciętniaki, że może i pierwsza liga, ale ekstraklasy mocnego grania to brak. Nie wiem czy to nasza narodowa natura każe ludziom tak marudzić, czy też oczekiwano koncertu Metalliki. Nie mnie oceniać – ja ze składu imprezy byłem bardzo zadowolony.

Zrób zakupy za min. 220 zł i wykorzystaj kod rabatowy 12%: METALNEWS01

Sam skład tegorocznej edycji można zdecydowanie zaliczyć do bardzo ciężkich – znaczna dominacja death i black metalu (wraz z jego różnymi post- wariacjami) nad bardziej klasycznym graniem, co mi osobiście bardzo odpowiadało. Nie zabrakło oczywiście przedstawicieli starej szkoły jak Sodom, Tygers of Pan Tang, czy choćby nasze rodzime Ceti, ale nie da się ukryć, że było mocno. Samael, Entombed A.D., Vader, Impaled Nazarene, Furia, Sinister, Mord’A’Stigmata. Te nazwy świadczą same za siebie. Dało się nawet na korytarzu spodka usłyszeć ludzi śmiejących się, że tegoroczna edycja powinna nazywać się “DeathMetalmania”. Coś w tym na pewno jest.

O samych koncertach na imprezie napisano w internecie już dosłownie wszystko i bezcelowym byłoby opisywanie każdego z nich po kolei, co z resztą też byłoby nierzetelne, bowiem sam nie byłem na każdym z nich – wytrzymanie ponad 14 godzin na nogach poruszając się cały czas od jednej sceny do drugiej byłoby wyczynem godnym maratończyka, a ja na pewno się do nich nie zaliczam. Z resztą, dziennikarskie obowiązki nieco to wykluczały.



Pierwszy występ, który zaliczyłem od początku do końca to Sinister. Holenderska szkoła oldskulowego, porządnego śmierć metalu. Rzeźnia na scenie i pod sceną. I niestety dla niektórych pewnie też rzeźnia dla uszu – kto choć raz był na koncercie w katowickim Spodku ten wie, że nagłośnienie w tej hali nigdy nie należy do najlepszych, niestety nie inaczej było też teraz. Nie tylko moim zdaniem z resztą, po festiwalu od razu pojawiały się w sieci opinie na temat słabej realizacji dźwięku na małej scenie. Ba, pojawiają się do teraz. Lecz nie po to jedzie się na Metalmanię, aby pieścić swoje audiofilskie fetysze, prawda? Sinister wszedł, pozabijał, wyszedł. Dokładnie tak jak powinien czynić zespół death metalowy o tej pozycji.

In Twilight’s Embrace – mała scena. Tutaj problemy z dźwiękiem były jeszcze bardziej dotkliwe, było po prostu za głośno, na tyle, że dźwięki zlewały się w jedną, ciężką do strawienia ścianę. Nie ujmuję absolutnie kunsztu muzykom, koncert był wykonany bezbłędnie, natomiast realizacyjnie mała klapa. Jako, że sam nie jestem bardzo wybredny w kwestii jakości dźwięku bawiłem się bardzo dobrze, soczysty death z Poznania z melodyjnym zacięciem. Polecam się wybrać na jakiś koncert klubowy i przekonać się samemu, że warto posłuchać dźwięków Objęć Zmierzchu na żywo osobiście.

Arcturus, który grał kolejny na dużej scenie koncert spotkał się z mniej entuzjastycznym przyjęciem niż wcześniej Sinister. Nie wiem czy wynika to z niewielkiej obecnie popularności kapeli w Polsce, czy też po prostu muzyka, nie będąc tak agresywną, nie porywa tłumów na koncertach. A szkoda, bo sam występ był znakomity. Jak sam wspomniał później w wywiadzie Vortex publiczność sprawiała wrażenie jakby podczas ich występu odpoczywała. Cóż, ciężko się też temu dziwić, w końcu jeszcze 12 godzin muzyki przed nami.

Po występie Norwegów musiałem udać się realizować inne zadania niż słuchanie koncertów, a także zaspokoić coraz bardziej dokuczliwy głód. Jako że przed Spodkiem ulokowały się foodtrucki z całkiem niezgorszymi burgerami nie był to więc duży problem. Chyba, że za taki uznamy kolejki, bo te były całkiem spore. No cóż, pora w końcu obiadowa.

Następnie przyszła dla mnie pora na Vader. Jako że w tym roku przypada 25 rocznica wydania debiutanckiego „The Ultimate Incantation” na deskach Spodka ekipa Petera zapodała fanom cały przekrój klasyków z tego krążka, oczywiście przeplatając innymi szlagierami, pocznając od mocarnego „Wings” na wejście. Stary dobry Vader, nigdy nie zawodzi i nigdy się nie nudzi, mimo że sam byłem na koncercie załogi generała już kilkanaście razy.

O kolejny na małej scenie koncert ekipy Thaw zahaczyłem jedynie na moment. Zła to była pora dla tych dźwięków. Zachodzące nisko słońce mocno oświetlało korytarz hali, na którym była zainstalowana mała scena, co w żaden sposób nie współgrało z mrocznymi, ciężkimi jak płyta grobowa dźwiękami zespołu. I kolejny raz ściana dźwięku. Oczywiście, Thaw samo w sobie tworzy dość przytłaczającą sonicznie muzykę, jednak nie o taką ścianę chodzi. Za głośno, niestety.



Jako, że następny był Sodom, a biorąc pod uwagę liczbę ludzi w koszulkach legendarnego niemieckiego trio, trzeba było zająć sobie wcześniej dobre miejsce. I nie pomyliłem się, tłum był ogromny, chyba nie było uczestnika festiwalu, który by chociaż na kilka numerów nie wszedł na ten koncert. Przez blisko godzinę Niemcy zaserwowali cały zasób swoich największych hitów. „Sodomy and Lust”, „The Saw is the Law”, czy śpiewany przez niemal całą publiczność „Remember the Fallen” to tylko ułamek z tego seta, który z pewnością nadawałby się na tracklistę albumu “Best of Sodom”. Wszystko na koncercie grało jak w starym niemieckim, niezawodnym samochodzie. Zdecydowanie jeden z dwóch najlepszych koncertów tegorocznej Metalmanii.

Strasznie żałuję, że nie mogłem być na koncercie Coroner, choć z relacji znajomych wiem, że Szwajcarzy dali fantastyczny popis. Siermiężny, doskonały technicznie thrashowy występ.

Kolejnym występem, na który bardzo czekałem był Impaled Nazarene. Widziałem Finów wcześniej jedynie raz przy okazji Brutal Assault i to, co te dzikusy wyprawiają na scenie można opisać tylko jakimś niecenzuralnym wyrazem. Szaleństwo na deskach i szaleństwo przed deskami, to był chyba największy młyn na całej imprezie. Fani siali spustoszenie pod sceną a muzycy wszędzie indziej. Wyjątkowo dobrze tym razem wypadło nagłośnienie, mimo że grali na małej scenie. Wszystko selektywne, elegancko zbalansowane. Można było by powiedzieć, że aż przyjemnie się tego słuchało, choć ciężko powiedzieć o ekipie twórców „Suomi Finland Perkele”, że grają przyjemną w odbiorze muzykę, co to to nie. Black thrashowy standard, który znać, szanować i zobaczyć trzeba.

Koncerty Moonspell zawsze cieszą się w naszym kraju sporą popularnością, z resztą jak sam zespół. Set składał się z dwóch pierwszych albumów, a to z okazji ćwierćwiecza działalności. Można śmiało założyć, że to właśnie na Moonspell publiczność najbardziej była najbardziej zaangażowana, co potwierdzić może chóralnie odśpiewany przez niemalże wszystkich hymn „Alma Mater”. Zdecydowanie udany koncert, czego świadomy był od razu sam Fernando, który co jakiś czas zagadywał do publiki po polsku i podziękował w naszej ojczystej mowie po występie wszystkim za liczne przybycie i dobrze spędzony czas. Ja też uważam ten czas za udany, po prostu dobry koncert dobrej kapeli.

Niedługo potem przyszedł czas na kulminacyjny dla mnie punkt festiwalu, jak i główny gwóźdź programu – Samael. Koncert Szwajcarów był ucztą dla oka i ucha, wspaniałym spektalem dźwięku, obrazu, świateł. Nawet jak na warunki Spodka występ był perfekcyjnie nagłośniony. Repertuar był głównie oparty na otoczonym kultem albumie „Ceremony of Opposites” i za sam ten fakt zaliczam ten koncert do jednego z najlepszych na jakich byłem. Set dopełniony numerami z „Passage” i „Blood Ritual” był ułożony idealnie, by wstrzelić się w moje gusta. W ramach niespodzianki zespół wykonał też dwa nowe utwory z zapowiadanego na ten rok nowego albumu, oraz pierwszy od 20 lat zagrał „Worship Him”. Wspaniałe przeżycie, które na lata zostanie w mojej głowie. To po prostu trzeba było przeżyć. W tym momencie wszyscy, którzy narzekali, że Samael to nie jest zespół godny headlinera Metalmanii zamknęli jadaczki i uznali słuszność decyzji organizatorów.

Pora już była późna, po koncercie Samaela spodek zaczął się wyludniać. Na podłogach walały się stosy plastikowych kubków, ulotek i innych śmieci, tu i ówdzie ludzie leżący w agonii spowodowanej zmęczeniem, nadmiarem alkoholu, albo jednym i drugim na raz. Ciemno, coraz ciszej, wszystkich zmaga do snu. Stoiska z merchem powoli się zwijają, piwo w stoiskach niemal całe wypite. Fani snują się z miejsca na miejsce o resztkach sił. Na dodatek obsuwa przed koncertem Furii. Pod sceną jedynie najwytrwalsi czekający już jedynie na wyjście Nihila i ekipy. Z lekkim poślizgiem po problemach technicznych jednak się doczekaliśmy. „Dobranoc”. Tak przywitał publiczność w swoim wylewnym stylu lider Furii, po czym rozpoczęła się najbardziej martwy, zimny i surowy koncert festiwalu. W swoim stylu black metalowego walca zespół wprowadził wielu fanów do krainy snów. Wspaniały występ, przy którym sam połowicznie odpłynąłem, co bynajmniej nie jest żadną ujmą. Dźwięki Furii po prostu idealnie się nadają, aby się wyłączyć i skupiać wyłącznie na magii dźwięku. „Dzięki, że zostaliście” powiedział Nihil o godzinie 2:30 i tym samym XXIII edycja festiwalu Metalmania dobiegła końca. Martwy koniec i masa martwych ludzi, na których trzeba było uważać w mrokach hali, aby się nie potykać o poległe na tej koncertowej wojnie zwłoki.

Czy impreza była udana? Zdecydowanie tak. Czy legenda Metalmanii nie jest nieco wyolbrzymiona przez lata wspomnień i z racji stażu oraz niegdysiejszego monopolu na festiwal metalowy w Polsce? Również tak. To poprawnie zorganizowany festiwal, który mimo swoich wad ma swój niepowtarzalny urok. Niedoskonałości w dźwięku, ciasność korytarzy, mocno socrealistyczna sceneria – to wszystko daje jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, które warto przeżyć. Dzięki Katowice, dzięki Metal Mind! Do zobaczenia za rok!

Podobne artykuły

Relacja: Parkway Drive w Polsce (Vans Off The Wall: Music Night 2013) – Warszawa, 08.11.2013

Tomasz Koza

Relacja: All Hope Is Gone Tour (Warszawa, Torwar)

Tomasz Koza

Metalliko! Teraz już wiesz, dlaczego warto nagrywać nowe płyty! – relacja z koncertu w Krakowie.

Szymon Grzybowski

Zostaw komentarz