RELACJE

Relacja: Septicflesh, Krisiun, Diabolical, Science of Disorder – Klub Proxima, Warszawa, 07.04.2019

Wraz ze zwieńczeniem pierwszego tygodnia kwietnia wypadły daty polskich koncertów Septicflesh. Miałam okazję uczestniczyć w niedzielnym, warszawskim. Nie mając aż dotychczas styczności z grupą na żywo obawiałam się nieco pierwszego spotkania. Wszak Grecy nie wożą od klubu do klubu choć części orkiestry, która mogłaby oddać ten rozpoznawalny, symfoniczny pierwiastek ich twórczości. Nim jednak przekonałam się, jak niezasadne były moje obawy, na scenie zaprezentowały się trzy inne kapele.

Pierwszą z nich był Science of Disorder.

Za każdym razem raduję się w duchu, gdy wieczór nie stoi pod znakiem jednego podgatunku. Pierwsze dźwięki, jakie wypełniły Proximę, wpisywały się w metalcore’ową manierę. I choć fanem metalcore’u raczej nigdy się nie nazwę – ten zdał egzamin. Jak na przypisaną mu rolę pierwszego supportu, który dostał swoich trzydzieści minut. Choć z perspektywy człowieka nie będącego specjalistą w dziedzinie core, powiem: wyszło dobrze.

Pierwszy krok w stronę death metalu , czyli Diabolical.

Szwedzkie trio pojawiło się na scenie jeszcze przed dwudziestą. Zakapturzeniem przywodząc mi na myśl Amerykanów z UADA. Natomiast podziałem ról w grupie – Ne Obliviscaris. Dwóch wokalistów, dwa skontrastowane style. Growl połączony z czystym śpiewem. A w partiach instrumentalnych – death i black. Z, typowym moim zdaniem dla Szwedów, przemycaniem melodyjności. Muzycy promowali wydanego w lutym długograja „Eclipse”.

Ostatni z supportów – Krisiun.

Tu, prawdę powiedziawszy, mam problem. Znalazłam w sieci komentarz odnośnie występu Brazylijczyków. Parafrazując: „Przyszli, zrobili rozpierdol i wyszli”. I… Obawiam się, że niewiele mogę tu dodać, bo niektóre zespoły właśnie tak grają. Wchodzą na scenę i bez zbędnych wstępów przechodzą do rzeczy. Oddając zebranym pod sceną taką energię, że mosh pit jest kwestią sekund. Do tej kategorii niewątpliwie należy Krisiun. Brutalny studyjnie, bezwzględny na żywo. Żałuję, że nie mogłam odrzucić aparatu i po prostu dołączyć do tłumu…

Wśród ośmiu zagranych kawałków znalazły się dwa z wydanego przed paroma miesiącami „Scourge of the Enthorned”. Konkretniej utwór tytułowy oraz zamykający koncertową setlistę „Demonic III”. Pomiędzy nimi znalazło się miejsce na jeden cover – „Ace of Spades”. Które w aranżacji Krisiun wypadło nie mniej soczyście od reszty utworów.

Death metal symfonicznie, czyli wyjście headlinera.

Kilka ładnych lat zajęło mi dotarcie na koncert Septicflesh. I wreszcie stało się. Ponad rok od wydania ostatniego albumu „Codex Omega”. Setlista Greków nie uległa dużym zmianom od czasu pierwszych występów promujących wydawnictwo.

„Portrait of a Headless Man” rozpoczął całą sztukę. A zespół udowodnił mi od pierwszych sekund, jak dobrze potrafi wybrzmieć, tworząc z partii orkiestralnych jedynie puszczane w tle uzupełnienie. Nie oszukujmy się – kompozycje Septicflesh do skomplikowanych nie należą. Ale właśnie dzięki temu potrafią opaść na słuchacza całym swym ciężarem. Spotęgowanym jednym z moich ulubionych, a jakże niskich wokali, należącym do Spirosa Antoniou.

Z „Codex Omega” znalazło się w sumie pięć tytułów. A ponadto po dwa z poprzednich trzech płyt. „Communion”, „Pyramid God”, „Prometheus”, „The Vampire from Nazareth”… No i oczywiście pozostawiony na końcówkę wieczoru „Annubis”. Tłum to śpiewał, to pogował. Gdzieś w połowie poddałam się jako fotograf i wyłączywszy aparat po prostu dołączyłam do aktywnego przeżywania wieczoru.

Który podsumuję krótko. Czekam kolejnego, równie dobrego razu.

Fot. Dominika Kudła; MetalNews.pl

Podobne artykuły

Relacja: Mastodon, Russian Circles – Warszawa, 11.11.2017

Albert Markowicz

Relacja: Brutal Assault XVII – Jaromer, Czechy – 08.08 – 11.08.2012

Tomasz Koza

Relacja: DevilDriver 21.06.2010 – Kraków, Loch Ness

Tomasz Koza

Zostaw komentarz