Relacja: Therion, Imperial Age, Null Positiv – Warszawa, 17.03.18


Aż 57 koncertów w zaledwie 66 dni zaplanował zespół Therion, czyli szwedzka legenda symfonicznego metalu podczas swojej europejskiej trasy koncertowej. Trzy z tych występów zarezerwowano w Polsce. Najpierw 16 marca, we Wrocławiu, dzień później w Warszawie i na zwieńczenie – 18 marca w Gdańsku. Udział w środkowym z tych wydarzeń – pomimo tego, że ani zespół, ani gatunek nie należą do moich zdecydowanych faworytów – mogę ocenić tylko pozytywnie. Było świetne brzmienie, perfekcja wykonania, dobry kontakt z publicznością i przede wszystkim emocje – zarówno pod sceną, jak i na niej.

Zanim jednak na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, czas umilały Null Positiv z Niemiec oraz rosyjska kapela – Imperial Age.

Ta pierwsza zdecydowanie odstawała stylistycznie od pozostałych. Było to solidne młócenie w dość industrialnym i nu metalowym stylu. Śpiewająca po niemiecku wokalistka Elli Berlin, płynnie potrafiła przechodzić od delikatnego śpiewu do przeraźliwego krzyku, a nawet growlu. Krótki set został przyjęty pozytywnie, a członkowie zespołu chętnie pozowali później do zdjęć z fanami.

Spore nadzieje wiązałem z zespołem Imperial Age, który anonsowano jako metal symfoniczny, który łączy w sobie ciężkie brzmienia z elementami kultury ludowej. W sześcioosobowym składzie zespołu szczególną uwagę zwraca troje wokalistów – Alexander, Jane i Anna. Wszyscy dysponują potężnymi, niemal operowymi głosami, a ich umiejętność operowania nimi jest z pewnością imponująca. Niestety był pewien problem z nagłośnieniem, ale – tak przynajmniej podejrzewam – nie wynikał z czyjegoś błędu lub złych warunków w klubie, a ze świadomiej decyzji, aby te potężne wokale jeszcze bardziej wyeksponować. Dominowały bardzo nad resztą muzyki, w drugim planie było słychać przede wszystkim orkiestrowe wstawki i dopiero gdzieś w głębokim tle – gitarę i bas.

Z perspektywy osoby, która nie jest fanem – było to dość problematyczne. Zwłaszcza, że słychać było, iż gitarzysta – Pavel Maryashin – ma fach w ręku i potrafi zarzucić fajnym riffem czy niezłą solówką. Przekonać się o tym można było jedna, dopiero gdy dano mu trochę przestrzeni. Nie chcę jednak powiedzieć, że występ był zły czy nieudany, bo o tym świadczy głównie reakcja publiczności, a ta w wielu momentach była wręcz euforyczna. Zespół porwał do zabawy liczne grono osób, a swoim zachowaniem już po koncercie, czyli cierpliwym pozowaniem do zdjęć i rozmowami z fanami z pewnością tylko zapunktował. Cała szóstka była dostępna przez cały występ Theriona, a gdy ten się skończył wciąż stali i rozmawiali z chętnymi.

To jak ważne jest odpowiednie wyważenie brzmienia w wypadku tego gatunku muzycznego, udowodnił Therion.

W końcu w jego muzyce też pojawia się bardzo dużo elementów orkiestrowych, a mimo to żaden z muzyków na scenie nie został przez to pominięty. Słychać było soczyste riffy, melodyjne solówki i dudniący bas, ale także symfoniczne tło – wszystko tak jak być powinno. Warto jeszcze wspomnieć, że zespół promuje właśnie swój najnowszy album, czyli metalową operę – „Beloved Antichrist”. W niedawnej recenzji tego wydawnictwa zarzucałem, że zespół zbyt daleko odszedł od metalu, a elementy symfoniczne dominują. W setliście znalazło się 5 kawałków z tej płyty i muszę przyznać, że na żywo bardzo zyskują – stają się zadziorniejsze, ostrzejsze, po prostu bardziej metalowe. Czy zespół kiedyś pokusi się, aby zagrać wszystkie 46 utworów z „Beloved Antichrist” jako jeden występ? Na pewno warto byłoby to zobaczyć.


Wracając jednak do warszawskiego koncertu, trzeba przyznać, że fani przyszli posłuchać starszych kawałków.

Nie powinno być to żadnym zaskoczeniem. Najbardziej entuzjastycznie były przyjęte te z najlepszych płyt – „Secret of the Runes”, „Lemuria” czy „Theli” z obowiązkowym na końcu koncertu „To Mega Therion”. Zespół serwował swoje hity, a publiczność nie zostawała dłużna. Pomimo tego, że kapela w trasie była od półtora miesiąca, nie widać było po jej członkach ani zmęczenia, ani znużenia. Można było odnieść wręcz wrażenie, że dobra atmosfera z widowni, mocno udzielała się także na scenie.

Koncert trwał około godziny i 45 minut, co jak na standardy Theriona jest dość krótkim czasem. Powód tego jest bardzo prozaiczny. Christofer Johnsson, założyciel, gitarzysta i lider zespołu – ma pewne problemy ze zdrowiem i, jak napisał na swoim fanpage’u, nie może się nadwyrężać. Można więc powiedzieć, że po występie był pewien niedosyt. Z drugiej strony można też uznać, że po każdym dobrym koncercie, choćby trwał nawet trzy godziny, pozostaje niedosyt. Odnoszę wrażenie, że po trzygodzinnym koncercie Theriona ten niedosyt również by występował.

KOMENTARZE

  • Dario
    20 marca 2018 | 17:44
    Link

    Dużo pozytywnej energii 😉 Therion i Null Positive dali dużo z siebie …. Suwałki

    Odpowiedz
  • Piru
    20 marca 2018 | 20:59
    Link

    A gdzie wzmianka że jako pierwszy support grał The Devil??? Całkiem ciekawe metalowo-industrialne granie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *