Recenzja: Therion – Beloved Antichrist


Trudno mówić o najnowszej płycie zespołu Therion, czyli „Beloved Antichrist”, że jest to po prostu kolejna pozycja w dyskografii. Mamy bowiem do czynienia z metalową operą, a lider zespołu – Christofer Johnsson – mówi wprost, że album na zawsze zmieni definicję tego zjawiska artystycznego. Dodaje też, że to najbardziej ambitne metalowe wydawnictwo w historii.

Jak widać – z jednej strony aspiracje są bardzo duże, z drugiej strony nie mniejsze jest przekonanie o powodzeniu całego konceptu. Na wstępie można zdradzić, że faktycznie „Beloved Antichrist” to pod wieloma względami dziełko wielkie. Szkoda tylko, że ta wielkość najczęściej odnosi się dosłownie do rozmiarów przedsięwzięcia, a nie do emocji, które budzi w słuchaczu.

Jeszcze przed przystąpieniem do słuchania „Beloved Antichrist” robi duże wrażenie rozmachem.

Na album składają się aż trzy płyty – to w sumie ponad trzy godziny muzyki i aż 46 utworów. Oczy ze zdziwienia otwierają się jeszcze szerzej, gdy słuchacz zapozna się z liczbą osób, które zostały zaangażowane w ten projekt. W sumie wokalnie udziela się aż 29 osób! Nie licząc chóru, rzecz jasna. Każdy z wokalistów z nich odgrywa bowiem oddzielną postać w historii.

Tak jak już było wspomniane – to metalowa opera w pełnym tego słowa, a nie zwykły album koncepcyjny.

Fabuła oparta jest luźno na krótkim traktacie filozoficznym rosyjskiego pisarza i myśliciela – Władimira Sołowjowa pod tytułem „Krótka opowieść o Antychryście”. Żeby nie spoilerować, warto wspomnieć tylko, że jest to dość osobliwa wizja przyszłości (z perspektywy autora), a konkretniej XXI wieku. Dla niektórych współczesnych – bardzo prorocza. Dzieło można bez problemu znaleźć w Internecie, więc zainteresowani z pewnością będą mogli się zapoznać.

Dość długi wstęp i omówienie okoliczności powstawania albumu są niezbędne, żeby móc z pełną świadomością spojrzeć na muzykę zawartą na płycie. Przechodząc właśnie do tej esencji, trzeba jasno powiedzieć – „Beloved Antichrist” to zdecydowanie bardziej opera z elementami metalu niż album metalowy z elementami opery. Więcej jest tu muzyki symfonicznej, smyczkowej niż gitarowej.

Owszem – jest kilka riffów, które przyspieszą bicie serca każdego fana metalu, ale jest ich zdecydowanie za mało.

Zwłaszcza w kontekście olbrzymiej porcji muzyki, którą otrzymujemy, aby móc powiedzieć z czystym sumieniem, że jest to album heavy metalowy. To samo dotyczy wokali. Jest to zdecydowanie śpiewanie w stylu operowym lub – chyba bardziej trafnym określeniem będzie – musicalowym. Fani Theriona mogą od razu zripostować, że nie powinno być to żadne zaskoczenie, bo zespół już od dawna gra swój charakterystyczny metal połączony z muzyką klasyczną. Tu jednak poszli zdecydowanie bardziej w stronę klasycznych brzmień, a odeszli jeszcze dalej od metalu. Zaakceptowanie tej decyzji artystycznej jest jedyną możliwością, aby słuchać „Beloved Antichrist” z uwagą i przyjemnością.

Nie oznacza to jednak, że album można rozpatrywać tylko jako zamkniętą całość i nie wolno wyłuskiwać z niego pojedynczych utworów, które się wyróżniają. Z metalowego punktu widzenia ciekawy jest na pewno „Anthem”, który zaczyna się 90 sekundami śpiewu a capella, ale później uderza prawdziwie power metalową jazda. „Hail Ceasar!” zaczyna się dość ciężko, ale w drugiej połowie jest już zdecydowanie łagodniej. To zresztą dość charakterystyczne dla utworów na „Beloved Antichrist” – rzadko mają jednorodną strukturę i są podzielone wedle klasycznego schematu „zwrotka-refren-zwrotka”.

Wyróżnię jeszcze „Shoot Them Down” za niemal thrashowy riff i wręcz punkową energię oraz „Burning The Palace” za ciekawy kontrast ostrej muzyki i delikatnego, kobiecego śpiewu oraz wyróżniającą się solówkę. Trochę mało jak na tyle muzyki, prawda? Spokojnie, nie jest aż tak źle – wiele utworów ma ciekawe momenty, piękne (choć niezbyt metalowe) melodie i wiele interesujących fragmentów. Niestety – z równie wielu wieje nudą, nie dzieje się w nich nic ciekawego.

Kurtki dla fanów rocka i metalu!
Oryginalne kurtki dla fanów rocka i metalu.

Nadprodukcja utworów nie wnoszących nic do płyty jest największą bolączką „Beloved Antichrist”.

Sprawia to, że przesłuchanie albumu na raz (3 godziny!) jest zajęciem niezwykle nużącym i po prostu uciążliwym. Po kilku słabszych numerach, coraz trudniej skupić się i wyławiać smakowite kąski. Ktoś może powiedzieć, że w końcu to fabuła – skoro historia wymaga, żeby album trwał 3 godziny, tyle właśnie powinien trwać. Niby tak, ale czy jeśli słaby film trwa 3 godziny, nie kusi was, żeby wziąć pilota i zmienić kanał? Tak samo jest tutaj. Z tą różnicą, że na „Beloved Antichrist” esencją jest muzyka i nawet najlepsza fabuła nie jest w stanie obronić słabych lub co najwyżej średnich, ale serwowanych w dość dużych ilościach – utworów.

Podsumowując, muszę stwierdzić, że jest mi niezwykle trudno ocenić jednoznacznie najnowszą płytę Theriona.

Bardzo cenię odwagę, ambicję i chęć przekraczania granic. Bardzo doceniam, gdy ktoś chce łączyć rzeczy, których pozornie nie powinno lub nie da się połączyć. Z drugiej strony nie oceniam zamiarów i planów, a gotowe dzieło, a to jest – niestety – rozczarowujące. A uczucie to jest dodatkowo spotęgowane szumnymi zapowiedziami, że oto nadciąga wiekopomne dzieło. Nic takiego nie nastąpiło. Choć – jestem o tym przekonany – znajdą się osoby, dla których „Beloved Antichrist” będzie arcydziełem, nie mogę ocenić tego albumu wyżej niż przeciętnie.

PS

Znalazłem informację, że są plany, aby „Beloved Antichrist” wystawić na scenie – jako operę, a nie koncert. Z aktorami-wokalistami, scenografią, grą światłem – w takiej formie najnowszy album Theriona może tylko zyskać. Czekam na to z niecierpliwością.

Therion - Beloved Antichrist album

Tracklista “Beloved Antichrist”:

CD 1 (Act I)

1. Turn From Heaven
2. Where Will You Go?
3. Through Dust, Through Rain
4. Signs Are Here
5. Never Again
6. Bring Her Home
7. The Solid Black Beyond
8. The Crowning Of Splendour
9. Morning Has Broken
10. Garden Of Peace
11. Our Destiny
12. Anthem
13. The Palace Ball
14. Jewels From Afar
15. Hail Caesar!
16. What Is Wrong?
17. Nothing But My Name

CD 2 (Act II)

1. The Arrival Of Apollonius
2. Pledging Loyalty
3. Night Reborn
4. Dagger Of God
5. Temple Of New Jerusalem
6. The Lions Roar
7. Bringing The Gospel
8. Laudate Dominum
9. Remaining Silent
10. Behold Antichrist
11. Cursed By The Fallen
12. Resurrection
13. To Where I Weep
14. Astral Sophia
15. Thy Will Be Done!

CD 3 (Act III)

1. Shoot Them Down!
2. Beneath The Starry Skies
3. Forgive Me
4. The Wasteland Of My Heart
5. Burning The Palace
6. Prelude To War
7. Day Of Wrath
8. Rise To War
9. Time Has Come/Final Battle
10. My Voyage Carries On
11. Striking Darkness
12. Seeds Of Time
13. To Shine Forever
14. Theme Of Antichrist

  • 6.5/10
    Ocena autora - 6.5/10
6.5/10

KOMENTARZE

  • mar
    8 marca 2018 | 18:07
    Link

    Poza “anthem” nic mi nie zapadło w pamięć po tych ok. 3h męczenia nowej płyty theriona. Cieszę się, że chłopaki z zespołu są zadowoleni ze swojego dzieła bo ewidentnie jest to album który zrobili dla siebie a nie dla słuchaczy. Warto też obejrzeć oficjalny teledysk do utworu “Theme Of Antichrist” gdyż są to wyżyny kiczu na miarę najgorszych okładek płyt theriona.

    Odpowiedz
  • Lesław Banita
    10 czerwca 2018 | 14:31
    Link

    Jak ktoś gdzieś napisał: to nie powinno ukazać się pod szyldem Therion. Szkoda tej marki, na którą pracowali od lat. Przecież nikt, kto lubił tę grupę od czasów “Beyond Sanctorum” (bo “Of darkness…” to raczej nie była udana pozycja ) nie będzie się męczyć, próbując przebrnąć przez trzy płyty materiału nie przeznaczonego dla polecić ani dla fanów metalu, ani dla fanów opery. To jest SŁABE! Osobiście uważam, że Christofer Johnsson powinien zawiesić działalność grupy po wydaniu “Sitra Ahra”, bo już “Les Fleurs du Mal” (mimo notabene bycia niezłą płytą) z klimatem “Lemurii” czy “Vovin” nie miały krztyny pokrewieństwa stylistycznego. Przypomnijcie sobie jak “Theli” ujrzało światło dzienne. Co się wtedy działo! A teraz co czujemy słysząc to “dzieło”? Nic. Zero emocji. Z uprzejmości niektórzy chwalą rozmach i kilka niezłych kawałków (które wcześniej znalazłyby się najwyżej na B-side jakiejś EP’ki). Szkoda naprawdę psuć THERIONA – którego wydawnictwa przez tyle lat wywoływały dreszcze, genialne emocje i tworzyły niepowtarzany klimat. Ach, jeszcze jedno. Teledysk do “Theme Of Antichrist” . Hmmm. Therion zawsze miał FATALNE klipy, ale to już jest dosłownie szczyt. Jak można taki żałosny szajs pokazać publicznie fanom?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *