Życie po Ozzym, czyli 38. rocznica wydania „Heaven and Hell” Black Sabbath


W muzyce zawsze można podziwiać wirtuozerskie popisy gitarzystów, basistów czy perkusistów, ale nie ma się co oszukiwać, że to najczęściej wokalista jest najbardziej charakterystycznym członkiem zespołu. Stąd też decyzja o pozbyciu się „gardłowego” zawsze bardzo trudno przychodzi kapelom, zwłaszcza jeśli osiągnęły już sukces i rozpoznawalność. Łatwo więc sobie wyobrazić jak zła musiała być relacja muzyków Black Sabbath z Ozzym Osbournem. Jednym z najbardziej charyzmatycznych frontmanów w historii ciężkiej muzyki, pod koniec lat 70, skoro mimo wszystko zdecydowali się wyrzucić go z zespołu.

Bieg wydarzeń pokazał jednak, że dla każdej stron była to korzystna decyzja. Ozzy zaczął swoją pełną artystycznych i komercyjnych sukcesów karierę solową. Black Sabbath już z nowym wokalistą, czyli Ronniem Jamesem Dio nagrali jeden z najlepszych albumów w całej karierze, czyli “Heaven and Hell”.

Mija właśnie 38 lat od pojawienia się tego wydawnictwa na rynku.

Źle w Black Sabbath zaczęło dziać się mniej więcej w połowie lat 70. Front w tej „wojnie domowej” przebiegał w taki sposób, że po jednej stronie stał Ozzy Osbourne, a po drugiej Tony Iommi, który najczęściej miał też poparcie Geezera Butlera i Billa Warda.

Pierwszym powodem konfliktu były różnice artystyczne. Ozzy chciał grać muzykę cięższą i ostrzejszą, czyli taką, jak na pierwszych płytach, reszta chciała eksperymentować, używać więcej klawiszy i brzmień syntetycznych. W związku z tą różnicą Ozzy odszedł pierwszy raz z zespołu już w 1978 roku, bo chciał realizować swój solowy projekt.

Rozłąka trwała jednak tylko trzy miesiące, a pozostali muzycy Black Sabbath namówili go do powrotu, bo planowali nagrywać kolejną płytę. Nawet zaczęli to robić, a wedle relacji Tony’ego Iommiego istnieje nawet nagranie, na którym Ozzy śpiewa do muzyki, która później zamieniła się w utwór „Children of the Sea” – oczywiście z inną linią melodyjną i tekstem. W biografiach zarówno Iommiego, jak i Osbourne’a tamten okres wspominany jest jednak koszmarnie – praca była bezowocna, a atmosfera grobowa i nawet w kontekście Black Sabbath nie oznaczało to nic dobrego.

Ostatecznym powodem wyrzucenia Osbourne’a były jego nałogi. Nie żeby pozostali muzycy żyli tylko o chlebie i wodzie. Też potrafili się zabawić, ale jednak Ozzy słynął z tego, że ciągi narkotykowo-alkoholowe sprawiały, że wstępował w niego prawdziwy demon. Pozostali, zmęczeni różnicami artystycznymi i wybrykami wokalisty, postanowili po prostu wyrzucić go z kapeli. Było to dokładnie 27 kwietnia 1979. Wielu myślało, że to koniec Black Sabbath.

Zniżka w EMP Shop

Ronnie James Dio w tym samym czasie został w taki sam sposób potraktowany przez Ritchiego Blackmoore’a z Rainbow.

Gitarzysta uznał, że chce pójść w bardziej komercyjne rejony hard rockowego grania, a do tego szlachetny i wzniosły styl śpiewania Dio mu nie pasował. Wedle różnych źródeł Dio miał zostać przedstawiony Iommiemu w 1979 roku przez Sharon Arden. Jeśli to nazwisko niewiele wam mówi, być może dlatego, że dziś powszechniej znana jest jako… Sharon Osbourne. Była córką managera Sabbathów, stąd miała dostęp do muzyków, a także znajomości w branży.

Dio i Iommi początkowo snuli plany założenia całkowicie nowej kapeli. Gitarzysta zaprosił wokalistę do swojego domu w Los Angeles, gdzie mieli podjąć pierwsze próby jamowania i sprawdzenia, jak dogadują się razem podczas tworzenia. Współpraca okazała się więcej niż owocna. Już podczas pierwszego wspólnego grania obaj stworzyli w całości utwór „Children of the Sea”. Tam również zapadła decyzja o tym, aby kontynuować działalność jako Black Sabbath. Ronniego Jamesa Dio oficjalnie przedstawiono jako wokalistę zespołu w czerwcu 1979 roku.

Dio charakteryzował się o wiele większymi możliwościami wokalnymi niż Ozzy. Jego śpiew był potężny, czysty i szlachetny. Dziś bez zawahania wymienia się go jako jednego z największych metalowych wokalistów wszech czasów.

“Heaven and Hell” nagrywano w Paryżu i w Miami od października 1979 roku do stycznia 1980.

Dio, pomimo tego, że był „nowy”, mocno włączył się w tworzenie płyty. Przede wszystkim napisał wszystkie teksty, jest też podpisany jako współautor muzyki każdego z kawałków. To również za jego namową zatrudniono producenta Martina Bircha, na co zespół przystał, a było to wbrew dotychczasowym praktykom. Od płyty Master of Reality z 1971 roku produkcją płyt Black Sabbath zajmował się bowiem osobiście Tony Iommi. Birch nie był jednak przypadkową osobą, bo wcześniej współpracował między innymi z Fleetwood Mac, Deep Purple, Rainbow i Whitesnake, później był także producentem wszystkich płyt Iron Maiden do 1992 roku.


Na “Heaven and Hell” znalazło się osiem kawałków.

Dziś każdy z nich to niemal klasyka muzyki metalowej. Całość zaczyna rozpędzone „Neon Knight”. Utwór został napisany i nagrany naprędce w styczniu 1980 roku, aby zapełnić brakujący czas. Całkiem niezły ten „wypełniacz”. Dalej są wspomniana już klimatyczna i mocna ballada „Children of the Sea” oraz bluesowe „Lady Evil”. Pierwszą stronę winylowego wydania zamyka kawałek tytułowy. Prawdziwy rollercoaster emocji i klimatów, który przez kilka minut przeczołguje słuchacza niczym walec, by w drugiej części wystrzelić z pełną metalową mocą. Na drugiej stronie są równie świetne „Wishing Well”, „Dio Young”, „Walk Away” oraz „Lonley Is The World”.

“Heaven and Hell” okazało się wielkim sukcesem artystycznym . Płytę od razu doceniono. Dziś uznaje się ją za absolutną klasykę, która znajduje się na niemal na wszystkich listach najważniejszych albumów hard’n’heavy wszech czasów. Poszedł za tym również sukces komercyjny.

„Heaven and Hell” doszło do 9. miejsca list sprzedaży w rodzimej Wielkiej Brytanii oraz do 28. w USA – ostatnią tak chętnie kupowaną płytą Black Sabbath było “Sabbotage” z 1975 roku. W 1986 roku album osiągnął w Stanach Zjednoczonych status platynowy, co oznaczało milion sprzedanych egzemplarzy. Wcześniej, bo 1982 roku otrzymał złotą płytę w Wielkiej Brytanii za 100 tysięcy sprzedanych kopii.

Zespół jeszcze przed wydaniem płyty, 17 kwietnia 1980 roku rozpoczął światową trasę koncertową. Właśnie tego dnia swój pierwszy show z Black Sabbath zagrał Dio – było to w Aurich w północno-zachodniej RFN. Jeszcze podczas tej trasy – w sierpniu – zespół opuścił perkusista Bill Ward. Zmagał się on z uzależnieniem od alkoholu i problemami osobistymi. Sam przyznaje, że w ogóle nie pamięta nagrywania Heaven and Hell. Zastąpił go Vinnie Apice i właśnie z nim za bębnami Black Sabbath nagrało kolejną płytę, czyli Mob Rules z 1981. To już jednak zupełnie inna historia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *