Perfekcyjny powrót po 15 latach. Recenzja A Perfect Circle – „Eat the Elephant”


Fani Tool, A Perfect Circle oraz całej twórczości Maynarda Jamesa Keenana, nie należą do tych najbardziej rozpieszczanych przez swoich idoli. Na nową płytę Tool czekamy już 12 lat, a ostatni premierowy materiał APC ukazał się aż 15 lat temu (nie liczę zawierającego covery „eMOTIVe”).

W międzyczasie, Maynard powołał wprawdzie do życia jeszcze projekt Puscifer, z artystycznego punktu widzenia jak najbardziej udany, jednak nie tak głośny i popularny jak dwie wyżej wymienione kapele. Teraz jednak, cierpliwość jego sympatyków została wreszcie nagrodzona.

Oto jest – „Eat the Elephant” – najnowszy album studyjny A Perfect Circle.

Dodatkowo, grupa przyjedzie jeszcze do Polski, na swój pierwszy w naszym kraju koncert. Formacja zagra 15 grudnia w krakowskiej Tauron Arenie. Czy po tak długim czasie warto jeszcze raz zanurzyć się w świat APC? Tego dowiecie się z poniższej recenzji.

Kiedy jakiś zespół każe na siebie czekać aż 15 lat, to wymagania i oczekiwania wobec jego nowej muzyki zwykle są bardzo duże. Kiedy jednak pod koniec ubiegłego roku potwierdzono premierę nowej płyty oraz zaprezentowano utwór „The Doomed”, byłem raczej spokojny i mniej więcej wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Moje przewidywania w dużej mierze się potwierdziły. To dalej ta sama grupa, może tylko z nieco większą ilością elektroniki czy pianina w swoim brzmieniu.

„Eat the Elephant” to bardzo spójna, dobrze wyważona i przemyślana oraz znakomicie zaaranżowana płyta.

Taka, która wymaga od odbiorcy zatrzymania się i skupienia, raczej nie do pobieżnego, wybiórczego słuchania gdzieś „w biegu”. Zdecydowanie przyda się też więcej niż jeden odsłuch, żeby w pełni docenić to dzieło. Mimo, że utwory mogą pozornie wydawać się dosyć jednostajne, a ich tempo raczej jest nieśpieszne (pojawiają się też głosy, że są po prostu nudne), to uwierzcie mi, dzieje się w nich naprawdę sporo.

Rock progresywny miesza się tu z metalem i psychodelią, a elektroniczne bity i industrial z pianinem i organicznym brzmieniem. Dla przykładu – tytułowy numer otwierający całość, to piękna, fortepianowa ballada. Natomiast końcowy „Get The Led Out”, zawiera smyki i napędzany jest ciężkim, niemalże trip – hopowym uderzeniem. W interpretacji Maynarda, kawałek ten zmienia się w klimatyczny, blisko siedmiominutowy prawdziwy trip.

„Klimat” w przypadku tego albumu oraz generalnie w kontekście całego APC, to zresztą jedno ze słów kluczowych. Mimo wielu lat przerwy, od razu słychać z jakim zespołem mamy do czynienia. Kto zna i lubi poprzednie krążki grupy, ten wie o czym mówię – o niepowtarzalnym, charakterystycznym, onirycznym nastroju, który czuć praktycznie w każdym momencie.

Limitowana edycja Eat the Elephant
Limitowana edycja „Eat the Elephant”

Najlepsze fragmenty „Eat the Elephant”?

Tak jak pisałem. Przede wszystkim polecam słuchać go w całości i skupieniu, ale bez problemu też jestem w stanie wybrać swoje ulubione akcenty. Wyróżniający się, znany już od dłuższego czasu „The Doomed”. Moim zdaniem jedna z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek wyszły z pod ręki Keenana i Billy’ego Howerdela. Znakomity „TalkTalk”, przepiękny „Disillusioned” czy też świetny, rockowy „Delicious”, który na tle pozostałych, nierzadko trudnych i wielowątkowych kompozycji, wypada najbardziej „piosenkowo”. Na uwagę z pewnością zasługuje też „So Long, and Thanks for All the Fish”, który odróżnia się od reszty bardziej skocznym i pogodniejszym (w warstwie muzycznej) usposobieniem.

Sam Maynard przyznał ponoć, że kawałek ten to mały trolling. Pewnie fani go za to znienawidzą, ale kto zna tego artystę ten wie, że lubi on czasami wyciąć jakiś numer. Jeżeli chodzi o tekst, to nie jest już jednak tak pogodnie. W utworze pojawiają się między innymi odniesienia do Davida Bowie’ego, księżniczki Lei, Marilyn Monroe, Muhammada Ali’ego, Prince’a i innych znanych postaci, które już odeszły, a całość stanowi krytykę komercjalizacji śmierci.

A co ze słabymi stronami tego wydawnictwa?

No cóż, nigdy nie zgodzę się z osobami, które uważają tę płytę za nudną. Mogę jedynie przyznać, że może faktycznie przydałoby się momentami na niej trochę więcej „życia”. Z drugiej strony jednak, to też nie do końca ten rodzaj sztuki. Tak jak zresztą pisałem – dajcie temu albumowi czas. Ja słucham go codziennie od premiery i tylko utwierdzam się w przekonaniu, że obcuję z czymś dużym. Kompozycje, aranżacje, wykonanie (wielkie ukłony dla Howerdale’a, który zagrał na niemal wszystkich instrumentach na tym krążku), partie wokalne – jest to naprawdę muzyka na najwyższym poziomie.

Muzycy A Perfect Circle rzeczywiście długo kazali na siebie czekać. Jednak wynagrodzili naszą cierpliwość bardzo dobrą, przemyślaną i wspaniale przygotowaną płytą. Pełną piękna, tajemnic, przestrzeni i wątków, które można odkrywać wraz z każdym kolejnym przesłuchaniem. Gorąco polecam wybrać się w tę podróż (tym bardziej, że w dzisiejszych czasach niewiele powstaje tego typu albumów), a potem w grudniu na koncert, do Krakowa.

Recenzja płyty A Perfect Circle – Eat The Elephant tracklista

Tracklista „Eat the Elephant”

  1. Eat the Elephant
  2. Disillusioned
  3. The Contrarian
  4. The Doomed
  5. So Long, and Thanks for All the Fish
  6. TalkTalk
  7. By and Down the River
  8. Delicious
  9. DLB
  10. Hourglass
  11. Feathers
  12. Get the Lead Out
  • 8/10
    Ocena autora - 8/10
8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *