Strona główna » BMG wznawia płyty Megadeth z lat 2007-2011 – „United Abominations”, „Endgame” oraz „Th1rt3en”
SPECJALNE

BMG wznawia płyty Megadeth z lat 2007-2011 – „United Abominations”, „Endgame” oraz „Th1rt3en”

Megadeth to zespół, którego losy są dość burzliwe, a zmiany składu, często nawet znaczne, można określić jako chleb powszedni. Pomimo tego zespół bardzo konsekwentnie podchodzi do tworzenia i nagrywania nowej muzyki.

W swojej ponad 35-letniej karierze przerwa między dwoma albumami studyjnymi nigdy nie wynosiła więcej niż trzy lata. Nie inaczej było też w XXI wieku, kiedy Megadeth było już uznaną i zasłużoną kapelą. Dzięki BMG do sklepów ponownie trafiły trzy albumy, z tego okresu, a konkretniej z lat 2007-2011, czyli „United Abominations”, „Endgame” oraz „Th1rt3en”. Oto krótkie omówienie tych wydawnictw.

„United Abominations” – Megadeth to znów zespół

Megadeth - United Abominations
Megadeth – United Abominations – Zamów reedycję

1. Sleepwalker
2. Washington Is Next!
3. Never Walk Alone… A Call to Arms
4. United Abominations
5. Gears of War
6. Blessed Are the Dead
7. Play for Blood
8. Á Tout le Monde (Set Me Free)
(featuring Cristina Scabbia of Lacuna Coil)
9. Amerikhastan
10. You’re Dead
11. Burnt Ice

CD Bonus Track

12. Out on the Tiles

Na początku XXI wieku Dave Mustaine mocno rozważał zakończenie działalności Megadeth i solową działalność artystyczną. Zobowiązany był jednak do nagrania jeszcze jeden płyty jako zespół i tak powstało „System Has Failed” z 2004 roku. Album okazał się jednak dużym sukcesem – zarówno pod kątem artystycznym, jak i komercyjnym, a sam Dave porzucił pomysł rozwiązywania Megadeth, podpisał kontrakt z nowym wydawcą – Roadrunner Records – i zaczął szykować się do nagrania kolejnej płyty.

Skład, w którym powstał ten album to, oprócz Mustaine’a, James LoMenzo (bas), Glen Drover (gitara) oraz Shawn Drover (perkusja). Nikt rzecz jasna nie miał wątpliwości, że panem i władcą wszystkiego jest Dave, który jest autorem wszystkich utworów na płycie (jeden z nich jest współautorstwa Glena Drovera), a także tekstów.

Gościnnie udział w nagraniach wzięła Christina Scabbia wokalistka Lacuna Coil, która użyczyła swojego głosu do nagrania nowej wersji utworu „A Tout Le Mond”. Ten pierwotnie ukazał się na albumie „Youthanasia” z 1994 roku. Nowa wersja miała w zamierzeniach Mustaine’a trafić jako strona „B” jednego z singli, ale wydawca dostrzegł w utworze potencjał i zaproponował umieszczenie go na płycie. Nagrano do niego również teledysk.

Kolejnym utworem wartym wspomnienia jest „Gears of War”, który przygotowano z myślą o soundtracku do gry o takim samym tytule, która ukazała się w 2006 roku na Xboxa 360. Mustaine przygotował instrumentalną wersję jako demo Microsoftu (wydawcy gry), utwór bardzo się spodobał, ale wciąż nie miał tekstu. Mustaine zadeklarował, że go napisze. Jednak gdy powstał, okazało się, że jest już a późno, aby umieścić go w grze czy na oficjalnym soundtracku. Microsoft nie miał jednak problemu, aby Megadeth wykorzystało go na swojej płycie.

Okładka do „United Abominations” powstała w dość ciekawych okolicznościach. Na serwisie DeviantArt zorganizowano bowiem konkurs dla grafików, którzy prezentują tam swoje prace. Poproszono aby zainteresowani przygotowali swoją wersję maskotki Vica Rattleheada, który później trafi na cover albumu.

Ostatecznie wybrano 11 prac, wszystkie trafiły do książeczki. Warto jednak pamiętać, że konkurs konkursem, ale Dave Mustaine musi mieć ostatnie słowo – ostatecznie okładką płyty nie została grafika, która wygrała konkurs, ale ta, która najbardziej spodobała się liderowi zespołu. No cóż, jego święte prawo.

Płyta „United Abominations” zebrała pozytywne recenzje. Zespół po udanym albumie „The System Has Failed” wciąż był na fali wznoszącej. Miało to też swoje odzwierciedlenie w wynikach sprzedaży. Album miał premierę 15 maja 2007 roku i zadebiutował na 8. miejscu amerykańskiego zestawienia najlepiej sprzedających się płyt Billboard. Tak wysoko nie zawędrowała żadna płyta Megadeth od czasów wspomnianej już płyty „Youthanasia”.

Wznowienie „United Abominations”, tak samo jak następnych omawianych tu płyt, przygotowanych przez BMG zostało zremasterowane przez producenta Teda Jensena (współpracował m.in. z Guns’n’Roses, Trivium czy Machine Head).

Na krążku znajdzie się także jeden bonusowy utwór, czyli cover Led Zeppelin „Out on the Tiles”, który wcześniej dostępny był jedynie w japońskim wydaniu. Album ukaże się na winylu (pierwszy raz od 12 lat) oraz na CD (pierwsze wznowienie od 3 lat).

„Endgame” – o żadnym końcu nie może być mowy

Megadeth - Endgame
Megadeth – Endgame – Zamów reedycję

1. Dialectic Chaos
2. This Day We Fight!
3. 44 Minutes
4. 1,320’
5. Bite the Hand
6. Bodies
7. Endgame
8. The Hardest Part of Letting Go… Sealed with a Kiss
9. Head Crusher
10. How the Story Ends
11. The Right to Go Insane

CD Bonus Track

12. Washington Is Next (live)

„Endgame” to niezwykle dobry album. Niektórzy uważają nawet, że najlepszy od czasów kultowego „Rust in Peace”. O ile tej kwestii z całą pewnością nie da się łatwo rozstrzygnąć, o tyle trzeba stwierdzić, że ta płyta udała się Megadeth po prostu świetnie. I znów głównie za sprawą Dave’a Mustaine’a.

Muzyk jest autorem lub współautorem wszystkim utworów na krążku. W jednym przypadku wsparł go w tym Chris Broderick, czyli nowy gitarzysta, który zastąpił Glena Drovera i został bardzo ciepło przyjęty przez fanów. Broderick został z Megadeth do 2014 roku i nagrał z zespołem w sumie trzy albumy.

Pierwszym singlem promującym „Endgame” został utwór „Head Crusher”. Przygotowano do niego również teledysk, w którym gościnny udział wzięli zawodowi zawodnicy MMA, między innymi Jorge’a Oliviera, a także Michelle Waterson. Kawałek został niezwykle ciepło przyjęty, a także doceniony – był nominowany do nagrody amerykańskiego przemysłu muzycznego Grammy w 2010 roku. Nagrody ostatecznie nie zdobył – statuetka powędrowała do Judas Priest – ale była to pierwsza nominacja od 1997 roku. Wówczas o nagrodę walczył utwór „Trust” z płyty „Criptical Writings”.

Na drugi singiel z płyty „Endgame” fani zespołu musieli poczekać ponad pół roku. Było jednak warto. Przede wszystkim ze względu na niezwykle interesujący teledysk, który nawiązywał do wydarzeń z 1995 roku, gdy Shawn Nelson, weteran amerykańskiej armii, włamał się na teren garnizonu wojskowego, ukradł czołg i zrobił nim rajd po San Diego. Zniszczył wiele samochodów i mienia publicznego. Szczęśliwie nikt nie ucierpiał. Sam sprawca natomiast został zastrzelony przez policję. W teledysku w kierowcę czołgu wciela się rzecz jasna Mustaine.

Co wprawniejsze oko wypatrzyło jednak w teledysku jedną niezwykle interesującą postać – Dave’a Ellefsona, czyli basistę, jednego ze współzałożycieli Megadeth, który skonfliktował się kilka lat wcześniej z Mustainem i odszedł z zespołu. Jednak w okolicach 2010 roku obaj pogodzili się, a Ellefson wrócił i gra w Megadeth do dziś.

Odbiór „Endgame”, jak już było wspomniane, okazał się wręcz entuzjastyczny. Album osiągnął też bardzo dobre wyniku komercyjne – znów zameldował się w pierwszej dziesiątce notowania Billboard.
W zremasterowanej wersji przygotowanej przez BMG do listy utworów dodano jeden kawałek – koncertową wersję „Washington is Next”. Krążek zostanie wydany na winylu (pierwsze wydanie od 10 lat) i na CD (pierwsze wydanie od 3 lat).

„Th1rt3en” – Mustaine wszędzie widzi trzynastki

Megadeth - Th1rt3en
Megadeth – Th1rt3en – Zamów reedycję

1. Sudden Death
2. Public Enemy No.1
3. Whose Life (Is It Anyways?)
4. We the People
5. Guns, Drugs & Money
6. Never Dead
7. New World Order
8. Fast Lane
9. Black Swan
10. Wrecker
11. Millennium of the Blind
12. Deadly Nightshade
13. 13

CD Bonus Track

14. Public Enemy No.1 (live)

Tytuł płyty mówi w zasadzie wszystko – „Th1rt3en” to trzynasty album w dorobku Megadeth. Niemniej jednak Dave Mustaine próbował nadać temu tytułowi więcej znaczeń. W jednym z wywiadów wspominał, że gdy uświadomił sobie, że to trzynasty krążek wszędzie zaczął widzieć trzynastki. Mówił, że zaczął grać na gitarze w wieku 13 lat, urodził się 13 (września 1962 roku), a na płcie znalazło się – a jakże! – 13 utworów.

Skoro już jesteśmy przy liczbach – 10 lat minęło od czasu, gdy Dave Ellefson ostatni raz nagrywał album z Megadeth. Poprzedni – „This World Needs a Hero” został wydany w 2001 roku.

Utwory na „Th1rt3en” to miks nowych kawałków i takich, które poddano recyclingowi. Mustaine sięgnął bowiem po utwory niedokończone lub wczesne wersje różnych piosenek sprzed lat i postanowił wykorzystać je do przygotowania nowej płyty.

Stąd między innymi wśród autorów kompozycji znaleźli się… Nick Menza oraz Marty Friedman, którzy odeszli z Megadeth jeszcze w latach 90. XX wieku.

Nie oznacza to jednak, że „Th1rt3en” to zbiór odrzutów niewartych uwagi – wręcz przeciwnie. To kolejna bardzo udana płyta Megadeth. Być może nie ma siły rażenia krążków z końca lat 80. i początku 90., ale nie sposób odmówić jej niezwykłej jakości i stylowej metalowej przebojowości.

Recenzenci podkreślali bowiem, że krążek to dość zaskakujące połączenie klasycznego thrash metalu z przebojowym rockiem – bez zgrzytu między tymi dwoma gatunkami.

Trzy z utworów zawartych z płyty było nominowanych do nagrody Grammy – niestety Megadeth nie otrzymało ani jeden statuetki. Utwór „Sudden Death” w 2011 roku musiał uznać wyższość „El Dorado” Iron Maiden, „Public Enemy No. 1” w 2012 roku przegrało z „Wasting Light” Foo Fighters, a „Whose Life (Is This Anyways?)” w 2013 z „Love Bites (So Do I)” Halestorm.

„Th1rt3en” było kolejnym krążkiem Megadeth, który zawędrował wysoko na liście Billboardu. W momencie premiery osiągnęł 11. miejsce. Warto wspomnieć, że „Th1rt3en” było ostatnią płytą Megadeth wydaną pod skrzydłami Roadrunner Records. Przed nagrywaniem Mustaine bardzo mocno krytykował label i stwierdził nawet, że jeśli miałby podpisać z nim jeszcze jeden kontrakt, wolałby zakończyć karierę.

Kiedy jednak drogi zespołu i wydawcy rozeszły się – wypowiedzi Mustaine’a były o wiele bardziej kurtuazyjne. Dziękował ludziom z wytwórni i w jego opinii cała sytuacja została rozwiązana po gentelmeńsku – zarówno zespół, jak i RR Records wywiązali się ze swoich wzajemnych zobowiązań.

Do wznowienia „Th1rt3en” BMG dołożyło wersję live utworu „Public Enemy No. 1”. Album zostanie wydany na winylu (pierwsze wydanie od 8 lat) i CD (pierwsze wznowienie od 3 lat).

Wygraj reedycje płyt Megadeth

Wraz z wydawcą BMG mamy do rozdania pojedynczy zestaw ww. egzemplarzy. Aby wziąć udział w konkursie należy:

1. Być członkiem Grupy MetalNews.pl na Facebooku

2. Zapisać się do naszego Newslettera i potwierdzić maila weryfikacyjnego (ze subskrypcji możesz wypisać się w każdej chwili):

3. W komentarzu poniżej opisać, który z albumów – „United Abominations”, „Endgame” oraz „Th1rt3en” uważasz za najlepszy i dlaczego?

4. Pamiętaj, aby podpisać się imieniem, którego używasz na grupie oraz podać adres mailowy, który został zapisany do subskrypcji.

5. Spośród wszystkich, którzy poprawnie spełnili wszystkie wymagania, wybierzemy najciekawszy naszym zdaniem komentarz, który nagrodzimy płytami „United Abominations”, „Endgame” oraz „Th1rt3en”.

6. Zakończenie konkursu 9 sierpnia 2019 ok. godz. 17:00 Wyniki podamy na naszym profilu i grupie na Facebooku. W sprawach przekazania nagrody skontaktujemy się droga mailową na podany adres.

Fot. Materiały promocyjne; BMG

Podobne artykuły

Gniazdo węży i aksamitne rewolwery, czyli top 5 płyt z udziałem Saula Hudsona

Mateusz Lip

Co z tym basem? – wznowienie „…and Justice For All” z okazji 30-lecia wydania albumu

Szymon Grzybowski

TOP 10 – znani i uznani aktorzy w metalowych teledyskach

Szymon Grzybowski

Powrót do ’79 – w październiku do sprzedaży trafi wyjątkowy Box Set Motörhead!

Szymon Grzybowski

Płyty rock i metal w MediaMarkt za 19,99zł!

Bartłomiej Pasiak

Heavy metalowa ABBA – Ghost już 30 listopada zagra w Katowicach

Szymon Grzybowski

22 komentarze

Tomasz Pusz 30 lipca 2019 at 12:53
1+

Spośród wyżej wymienionych za najlepszy (najlepsze) uważam “Endgame” i “Th1rt3en”.
Dlaczego? Mianowicie dlatego, że ów pierwszy jest po prostu thrashowo zajebisty! Faworytem mym jest Head Crusher. Ten numer nie ma słabych stron. Od samego początku wchodzi jak buldożer. Ten riff… Ta perka i ta solówka. Chyba nie trzeba pisać nic więcej.
Z drugiej strony do “Th1rt3en” mam wielki sentyment. Wyszedł on bowiem, gdy chodziłem do gimnazjum. Miało się ten thrashowy styl… Marzenia o byciu legendą no i oczywiście beztroskie życie. Nielegalne browary, pierwsze papierosy. W tamtym czasie 13-ka na dlugo gościła w głośnikach i pasowała do mojego stanu emocjonalnego. Swoją drogą laski, które kręciły się wokół też miały w sobie 13-kę – ich wiek ?
Reasumując, ciężko wybrać ten jeden i szczerze pisząc nie chcę tego robić, ponieważ owe albumy różnią się od siebie diametralnie. Jeżeli mam wygrać, niech wygram któryś z tych dwóch ???

Odpowiedz
Szymon 30 lipca 2019 at 18:12
0

Cześć, niestety nie mogę ocenić tych albumów, ponieważ ich nie znam. Mam nadzieję że dzięki takim konkursom jak ten, poznam je 😀

Odpowiedz
Michał 2 sierpnia 2019 at 16:55
0

Zdecydowanie najlepszą z pośród tych trzech płyt jest Th1rt3en.
Płyta jest jedną z najbardziej chwytliwych,melodycznych i łatwych w odbiorze płyt Dava.
Przeciętny słuchacz który na codzień nie słucha ciężkiej muzyki z pewnością odnalazłby na tym krążku coś dla siebie. Jednak mimo łatwego odbioru płyta nie idzie na kompromisy – jest niesamowicie ciężka, klimatyczna i spójna (jednocześnie nie ma dwóch podobnych utworów)
Dlatego uważam że to właśnie 13 jest najlepszą płytą Megadeth od czasu RIP.

Odpowiedz
Wojtek 4 sierpnia 2019 at 15:08
0

Za osobisty numer 1 z tych 3 albumów uważam „Th1rt3en” . Może to przez sentyment, bo z tej trójki to właśnie 13-stkę usłyszałem jako pierwszą, jakieś 6-7 lat temu?
Album od pierwszych nut jest petardą. Każdy znajdzie coś dla siebie. Mimo, że do takiego “Rust in peace” się nie umywa, to właśnie „Th1rt3en” bym polecił komuś kto dopiero zaczyna przygodę z Megadeth i nie jest obeznany z metalem. Na mojej playliście Megadeth’u mieszczą się wszystkie utwory z tego albumu, co chyba pokazuje, jaka muzyka jest reprezentowana na tym albumie i jaką mają dla mnie wartość :D. A gdy tylko usłyszałem utwór “13” to od razu się w nim zakochałem.

Odpowiedz
Pan Arkadiusz 4 sierpnia 2019 at 18:20
0

Z tych trzech płyt wybralbym Trzynastke. Z prostej przyczyny: pozostałych dwóch nie znam chociaż opinie słyszałem bardzo pochlebne. Megadeth jaki znam to ten starszy. Mam płyty od Dwójki do Cryptic i to jest dla mnie klasyka. Jeśli nie mam płyty na CD to jej po prostu nie znam bo słuchanie muzyki z mp3 czy YT to jak seks w prezerwatywie… No to nie to. Metal trzeba rozkręcić, wszystkie gałki w prawo i sru kto pierwszy do końca kawałka. Dlatego z przyjemnością poznalbym te wszystkie plyty skoro tak są chwalone. Jak nie przypierdole ich na maksa z krążka to po półśrodki się nie pochyle. Albo po staremu albo wcale. Take no prisoners… Take no shit ???

Odpowiedz
Patryk 5 sierpnia 2019 at 11:44
0

Z całej trójki wybrałbym jako najlepszy Endgame.Dlaczego? Moim zdaniem album ten niesamowicie zagrany przez uzdolnionych muzyków,którzy niczym żywy organizm funkcjonujący w symbiozie prowadzą słuchacza po świecie świetnych thrashowych riffów i oldschoolowych melodii.Dave Shawn James i Chris na prawdę nie mają sobie równych we współczesnym metalowym światku pod tym względem.Jakbym miał wystawić notę tej płycie to pierwsza moja myśl to 9/10.Jeśli miałbym znaleźć w dyskografii Megadeth jakiś album z XXI wieku,który dorównuje Rust in Peace to bez wahania skłaniam się ku stwierdzeniu ,że to właśnie Endgame było najbliższe memu thrashowemu sercu w nowym tysiącleciu.

Odpowiedz
Antoni 5 sierpnia 2019 at 18:06
0

Moim ulubionym jest “Endgame”. Uwielbiam ten album. Moim zdaniem jest jednym z najlepszych w dorobku zespołu. Gdy pierwszy raz go odsłuchałem, odleciałem! Na początek niesamowity wstęp w postaci utworu instrumentalnego, w którym każdy z muzyków dał świetny popis i który stanowi tak naprawdę intro do utworu “This Day We Fight!”, który jest jazdą bez trzymanki. Następnie przychodzi kolej na utwór wolniejszy, bardziej melodyjny i niesamowicie klimatyczny, czyli 44 minutes”. Utwór “1,320′” zawiera pewne riffy, które prawdopodobnie zostały napisane przez Dave’a, gdy jeszcze był w Metallice. Płyta nie ma według mnie słabych utworów, natomiast “Bite the Hand” lubię najmniej. Utwór tytułowy ma bardzo ciekawe riffy i chwytliwy refren, mocno zapada w pamięć. “The Hardest Part of Letting Go… Sealed with a Kiss” to z kolei ballada, która pozwala odpocząć od Melodyjnego Technicznego Thrashu który pieścił uszy przy poprzednich utworach. Na ogromne wyróżnienie zasługuje “Head Crusher”. Jest to jeden z najszybszych utworów w historii zespołu. Mimo że Thrash od Megadeth nie jest w tak brutalnym stylu jak na przykład wczesny Kreator, ten utwór jest trochę brutalny, zarówno jego tekst i jak i muzyka. Prawdziwa Thrashowa perełka ze świetnymi riffami, tempem, perkusją i wyjątkowymi solówkami. Ostatnim utworem jest “The Right to Go Insane”. Utwór, który sprawił, że sięgnąłem po ten album. Jest dla mnie świetnym utworem kończącym. Nieco wyróżnia się od reszty i sprawia że słuchacz może się zaskoczyć i dobrze się bawić nawet po przesłuchaniu już 40 minut albumu. Jest niesamowicie chwytliwy i przebojowy, ale do tego ciężki. Ciekawostką na temat tej płyty może być to, że trwa ona… 44 Minutes, co przywodzi na myśl tekst 3 utworu “Forty four minutes of target practice, All hell’s breaking loose”. Th1rt3en i United Abominations to również bardzo mocne pozycje w dyskografii zespołu Megadeth. Jestem fanem większości albumów jakie zespół stworzył w 21. wieku, a tych trzech słuchałem tylko cyfrowo. Bardzo bym się ucieszył, gdyby uderzyły we mnie z jeszcze większą mocą – zremasterowane, w jakości płyty CD na moim sprzęcie.

Odpowiedz
Konrad 7 sierpnia 2019 at 16:23
0

Niektórzy twierdzą, że wszystko co najlepsze w muzyce metalowej zostało już dawno wymyślone. Większość z tych dźwięków powstało w latach 80 i 90-tych. Niektórzy myślą, że nikt już nie jest w stanie wymyślić ponadczasowego riffu. Ale życie toczy się dalej i muzycy nadal tworzą i raczą nas swoją muzyką. Nie jestem zwolennikiem ocen, które jednoznacznie trzymają się przy klasykach dając im 10/10 i krytykują ile wlezie słabsze dokonania. Uwielbiam United Abominations, TH1RT3EN i Endgame, Gdybym z wyżej wymienionej trójki miał wybrać jedną płytę, to byłoby to Endgame. Nawet jeśli nie postawię na równi tego albumu z kultowym Rust In Peace, to myślę, że dla fanów żądnych dobrych thrashowych dźwięków Endgame może cieszyć. Dialectic Chaos nasuwa porównania do Into the lungs of hell, ale czyż nie jest pięknym zabiegiem rozpoczęcie albumu instrumentalnym kawałkiem, w którym dźwięki ładnie wpadają w ucho m.in. za sprawą Chrisa Brodericka. Megadeth według mnie zawsze stał gitarą. Pewnie, że od razu podniesie się larum: „Nie ma lepszego od Marty’ego albo Kiko”. Oczywiście ci dwaj choć nieco różni, mają ten feeling i myślę, że bardzo wpasowują się w muzykę Megadeth, ale Chrisowi nie można odmówić talentu. Słychać jego ciężką rzemieślniczą robotę. W Megadeth musi być zawsze ktoś, kto daje przeciwwage do nieco topornych solówek Dave’a. Wplatane melodie Chrisa całkiem mi odpowiadają. Oczywiście będą i krytyczne uwagi, najczęściej wypowiadane przez gitarzystów (słabych, średnich i bardzo dobrych), że to co Chris gra to miliony niepotrzebnych dźwięków. Czasem ci sami krytycy jednocześnie chwalą Jana Sebastiana Bacha za twórczość, w której przecież tyleż samo dźwięków w jednym takcie wplatał co dzisiejsi shredderzy. Bez spiny więc. Każdy odnajdzie swoje lepsze kawałki. Dla mnie to How the story ends, The right to go insane, The hardest part of letting go …sealed with a kiss czy tytułowy. Dave ma jednak dar do tworzenia dobrych riffów i wpadających w ucho linii melodycznych, zwłaszcza w refrenach. Czasami zastanawiam się jak to się dzieje, że na pierwszego singla wydają kawałek, który czasem wcale nie jest najlepszym na albumie. Takie mam wrażenie, że Headcrusher wcale nie był kolejną „symfonią”, ale prawdopodobnie ulegam presji jego częstego grania w radio czy na koncertach i nagle kawałek zaczyna się podobać. A może brak sympatii do pewnych albumów jest wypadkową ilości przesłuchań? W skrócie kawał porządnego metalu, a jeśli komuś się nie podoba, to na szczęście żyjemy w świecie w którym jeśli, chcemy to słuchamy to co nam sie podoba a jest tego tryliardy ton czystego metalu, dla każdego sie coś znajdzie. A dla tych, którzy czują niedosyt i brak Holy Wars proponuję zaparzyć herbatkę, o której śpiewał sam King Diamond.

Odpowiedz
JakubSzczęsnyCzarnecki 8 sierpnia 2019 at 00:51
0

Zespół Megadeth poznałem gdzieś około magicznego roku 1986, za sprawą pożyczonej od kumpla kasety z przegrywką „Peace Sells , But Who’s Buying ?”. Od tej pory Rudy Dave, stał się nieodzowną częścią, ścieżki dźwiękowej mojego życia, a kolejne albumy Megadeth, towarzyszyły poszczególnym jego etapom . Wzlotom i upadkom. Bo Megadeth, to coś więcej niż muzyka…To pewien rodzaj postrzegania Świata i ludzi. Częstokroć bardzo krytyczny. Zwłaszcza wobec polityków i osób ze świecznika. To także, oprócz przekazu, rodzaj ogromnej muzycznej energii, dającej potężnego kopa do życia. Może jestem psychofanem, bo nie znam złego krążka Megaśmierci. W zasadzie ja dzielę płyty Megadeth tylko na ukochane, bardzo dobre i dobre…Lubię nawet znienawidzony przez fanów „Risk” i wyklinany „Super Collider”. To cały czas jest mój Megadeth. Ten sam, który uwielbiałem pierwszy raz na żywo w Berlinie w 1995, ściskając dłoń Mustaine, Friedmanna, Menzy, Ellefsona, po koncercie. Ten sam, który oglądałem potem w Katowicach w 1997, a póżniej na Metalmanii 2008…i w Warszawie na Big Four w 2010..i w Łodzi ze Slayerem w 2011…I nawet kiedy drogi Rudego i Davida się rozeszły, to nadal był mój Megadeth, choć nieco uboższy o basy..Na szczęście po latach panowie zmądrzeli i dziś nasze uszy oraz serce, cieszy „Dystopia”. Jak wspomniałem wcześniej, poszczególne płyty Megadeth, obrazowały wydarzenia mojego życia. Nie inaczej było w roku 2007, gdy znalazłem się na rozdrożu i nie bardzo wiedziałem jak się odnaleźć w rzeczywistości. Życie mi się rozpadało i chyba tylko muzyka pomogła mi przetrwać. Muzyka zawarta właśnie na „United Abominations”. Od nietypowej jak na Megaśmierć, okładki(Płonący Świat i anioł uczepiony ramion gościa w czarnej skórze, z giwerą w ręce. Dość sugestywny obrazek.)poprzez dźwięki przepięknego intro, aż po ostatnią nutę. Do dzisiaj budzi we mnie silne emocje, związane ze wspomnieniami dawnych przeżyć…Na szczęście, pewne historie to już przeszłość, ale muzyka pozostała bliska duszy..Pomimo dość pesymistycznej, jak to u Megadeth, wymowy i kontekstu, „Zjednoczone Plugastwa”, są jedną z tych ukochanych płyt. Tych, przy których od pierwszych sekund, jest gęsia skóra i euforyczny stan, pokrewny narkotycznej ekstazie( bez używania toksycznej chemii).Muzyczna kronika upadku i mozolnego podnoszenia się z gleby. Cudownie uduchowiona , jak dla mnie, melodia intro(skrzypce i gitara) szybko wprowadza nas w cięte riffy „Sleepwalker”. Żartów nie będzie…” Nikt nie jest bezpieczny gdy zamykam oczy, przychodzę odebrać ci życie…” . Znakomite solówki pana Glena Drovera, godne Chrisa Polanda i Marty Friedmana….nawałnice riffów. Cudne solo otwiera „Washington is next”..Kakofonie dźwięków wróżą nadchodzący koniec dziejów…Nowy Porządek Świata..” Bezgłośna wojna rozpoczęła się od cichej broni…i nowego niewolnictwa , kontroli nad ludżmi ‘’… Podobno jest nadzieja, że Siła Wyższa nam pomoże..”Nigdy nie pozwolę ci iść samotnie, znam twojego wroga dobrze…pozwól wczepić się w twe ramiona”. To dający nadzieję i chwilowe ukojenie „Never Walk Alone”, nieco spokojniejszy muzycznie, ale również pełen solówek i przejść i finalnie rozpędzony, ze zgrabną melodyjką…Nieco orientalna gitara, powiew wiatru, jakieś niespokojne komunikaty przez radio…Zjednoczone plugastwo nadciąga ultra ciężkim, mustainowym riffem…niemal piosenkowy refren, przeplata się z mocarnym motywem przewodnim.. W tekście piosenkowo bynajmniej nie jest..ONZ jakiego nie znacie, zakłamane i pełne hipokryzji.. „ Zjednoczone Paskudztwo w całej swej okazałości, powołane do życia, by zapobiegać wojnom, drętwieje w obliczu katastrofy i milczy, podczas gdy terroryzm opanowuje świat” Zaskoczeniem jest nowa wersja utworu „A Tout Le Monde”, (z gościnnym udziałem Cristiny Scabbii z Lacuna Coil), pierwotnie nagranego w 1995 roku na albumie „Youthanasia”. Musiałem się trochę przyzwyczaić, ale dziś lubię na równi z oryginałem, którego tekst znałem kiedyś na pamięć…”Nie wiem, gdzie się do tej pory znajdowałem
Ale teraz widzę , że życie było grą
którą brałem zbyt serio
I często byłem zawiedziony
Nie miałem pojęcia, jak wiele to będzie mnie kosztować
Wszystko tak po prostu przeleciało przed oczami
Odkryłem jak mało osiągałem
Że nie spełnię już własnych marzeń”…W porównaniu z resztą albumu, brzmi niemal jak kołysanka…Dość ważny dla mnie utwór..bo mówi o pogodzeniu się z losem, tym na co wpływu nie mamy…Głos Cristiny i solówki Drovera(wcześniej Friedmana), wprowadzają niemal w błogostan. Z tego stanu wytrąca nas, początkowo zupełnie niemetalowy, a rozpędzający się stopniowo „Amerikhastan”. To kolejna porcja krytyki pod adresem rządu USA i polityki wobec Bliskiego Wschodu..… „Dzieli nas tylko jedna wojna od Amerykastanu
bóg przeciwko bogu, klęska człowieka” Smutku dopełnia, pełen goryczy „Black Swan”. Co ciekawe, właśnie ten utwór chyba najbardziej oddziaływał na moje psyche, w pozytywnym sensie…Powodował chęć sprężenia się w wysiłku i pokonywaniu trudności, nagromadzonych w tym okresie.. „Moje anioły opuściły mnie, zostawiając mi smutki na własność,
A teraz jestem tutaj z diabłem, sam na sam…”
Uwielbiam ten album za całokształt. Może ciut brak mi basu Ellefsona…ale i tak jest arcydziełem ponadczasowym.

Odpowiedz
Krzysztof 8 sierpnia 2019 at 09:10
0

Endgame to album, który słuchałem czytając trylogię Park Jurajski.Hajsy na album wydębiłem od babci ?,do teraz utwory z albumu kojarzą mi się z tymi właśnie książkami. Takie tytuły jak Bite the Hand, Bodies i Head Crusher idealnie wpisują się w klimat książek.Pozdrawiam i powodzenia wszystkim biorącym udział w konkursie??

Odpowiedz
Kamil 8 sierpnia 2019 at 12:37
0

W Imię Megadeth, Metalnews i Ducha Muzyki.AMEN. Ojcze Metalu wręcz mi ten album bo:

Endgame” jest świetnymi jak sie okazało to nie…koniec gry byl w twórczości znakomitego Megadeth. A nowy początek. Album ten dla mnie to…1O przykazań:
1. Super tytuł
2. Świeżość
3. Niezła okładka
4. Dobre single
5. Instrumentalny start albumu to piękny pomysł
6. Jest jeden też z najszybszych utworów Megadeth czyli ‘Head Crusher’
7. Wydany w nie łatwych muzycznych czasach a jednak się dobrze sprzedał.
8. Mustaine stylem i zaangażowaniem powrócił do starych lat i surowość i:)
9. Teksty…na wysokim poziomie z ważnym przekazem.
10. Trzeba GO mieć nie na..Youtube (jak ja) a chciałbym w wersji fizycznej!
AMEN.

Odpowiedz
Dariusz Sawicki 9 sierpnia 2019 at 08:58
0

Hey, zdecydowanie wybrałbym “Thirteen”., który w całości jest jak srebrny pocisk z bogatego arsenału Megadeth bezlitośnie wkręcający się w serce i dusze każdego miłośnika metalu. Każdy kolejny utwór zdaje się przedstawiać tę maniakalno-depresyjną szamotaninę człowieka w nowej rzeczywistości, tak dalekiej od idyllicznego Raju Utraconego, znajdując swoje ukoronowanie w tytułowej Trzynastce. To prorocza, niemal autobiograficzna przypowieść o doświadczeniu, cierpieniu i ciągłej walce z przygniatającym wyrokiem Jednego z Wielkich, może Największych walczaków metalu. Powodzenia, Dave, ciągle drapieżnie pożeraj Muzykę i Życie.

Odpowiedz
Danka M. Wiater 9 sierpnia 2019 at 14:04
0

Po dłuższym namyśle stwierdzam, że „Endgame”. Początkowo płyta wydawała mi się typowym średniakiem, kolejnym w dorobku Megadeth. Ot, solidne rzemiosło, którego Mustaine wstydzić się nie musi, aczkolwiek z hucznych zapowiedzi pozostał tylko pewien niesmak. Po kilkunastu jednak przesłuchaniach płyta zatrybiła, wskoczyła na odpowiedni rytm i uważam obecnie, że to bardzo dobry album, może troszkę pompatyczny poprzez solówki, idący na pewne kompromisy w kwestii rozliczania z przeszłością jednak uważam, że tutaj jest po prostu sporo fajnego grania, które mnie osobiście leży. „Endgame” rozpoczyna się dość niespodziewanie, od instrumentalnego „Dialectic Chaos”. Ten dwu i półminutowy numer to świetna przystawka, która zachęca do dalszej heavy metalowej uczty. Są tutaj rozpędzone wiosła Mustaine’a i Brodericka, a także i odczuwalnie ciężka perkusja Drovera i galopady basowe LoMenzo. Mijają pierwsze kawałki „Endgame” a ten materiał brzmi jak połączenie „Rust In Piece” z „Peace Sells…” Nowe – stare Megadeth to jednak nie tylko sama mieszanka thrashowych prędkości, bo w tytułowym „Endgame” pojawia się też początkowo wolny, stopniowo przyspieszający riff, przywodzący na myśl apokaliptyczną wersję monumentalnego wałka „Youthanasia”. Ballada „The Hardest Part Of Letting Go?” spokojnie mogłaby zasilić program „The System Has Failed”, „Head Crusher” czułby się wspaniale figlując w jednym łóżku z „Take No Prisoners” (znów „RIP”), a kończące to całe przedstawienie „The Wright To Go Insane”, przebojową, postpunkową manierą odwołuje się do epilogów „Youthanasia” („Victory”) czy nawet „Cryptic Writings” („FFF”). I z tego co zauważyłam nie jestem w tej opinii odosobniona (nareszcie dokonałam jakiejś muzycznej obserwacji zgodnej ze zdaniem „ogółu”, tjaaaa 😀 ). „Endgame” wywołuje uśmiech na twarzy już od pierwszych sekund. „This Day We Fight” słuchacz znów dostaje po uszach: jest szybko, dynamicznie, ciężko czyli po prostu thrashowo:) W podobnej atmosferze utrzymany jest singlowy „Headcrusher” i częściowo „1,320” oraz „Bite The Hand”. Reszta prezentuje trochę wolniejsze obroty. Kawałki są głównie szybkie, takie do szaleństwa w czasie koncertów, czy dociśnięcia pedału gazu do podłogi („1,320”). Dobre są gitarowe pojedynki Mustaine’a z Chrisem Broderickiem, choć nie tak, jak te sprzed lat, gdy czarował nieodżałowany Marty Friedman. Pomimo tego gra gitarzystów robi wrażenie, największe od „Bodies”, lekko nawiązującego do „Symphony Of Destruction”. Wcześniej także można posłuchać dobrych numerów, jak dość wolnego, utrzymanego w smutnym klimacie „44 Minutes”. Mustaine na pewno się do tego nie przyzna, ale słychać, że sięgał pamięcią do wspaniałego okresu między „So Far, So Good… So What!” a “Cryptic Writings”. Strukturą do klasyków sprzed lat najbardziej nawiązuje kompozycja tytułowa, jedna z najlepszych na albumie, ale i w innych można doszukać się znajomych rozwiązań. Płyta wciąga na dobre, zgniata i mieli na kawałki niczym wielki kombajn. Utwór „44 Minutes” pozostawia nieco więcej przestrzeni i daje się określić mianem ‘przebojowy’. Mocarny, urywany riff, drapieżny bas pana LoMenzo i coś na kształt melodyjnego refrenu, który w wykonaniu Dave’a nie ma żadnej melodii, a mimo to rozsiadłszy się wygodnie w głowie, nie daje się z niej prędko wypędzić. Nie muszę chyba dodawać, że partie solowe stoją na standardowo wysokim poziomie i jest ich DUŻO. Tytułowe „Endgame” to zdecydowanie jedna z najciekawszych kompozycji. Nie dość, że zespół stale epatuje energią i gra muzykę, która spokojnie mogłaby wcisnąć się gdzieś między „Rust In Peace” a „Countdown To Extinction”, to serwuje na dokładkę zręczne zmiany tempa, apokaliptyczny klimat i kolejny świetny refren. Wkurzony Mustaine nakręca się coraz bardziej, a jego ordynarny i chamski ton brzmi sugestywnie w połączeniu ze słowami: „This is the end of the road, This is the end of the line”. Nie żebym nasuwała jakieś skojarzenia z ostatnią Metalliką, nic z tych rzeczy…  😀 Ku ścisłości: tekst traktuje o spisku wysoko postawionych ludzi, mającym doprowadzić do unicestwienia ludzkości. Nie potrafię się przyczepić do któregokolwiek z utworów. Gdybym naprawdę musiała coś znaleźć, to może byłaby to praca sekcji rytmicznej – duet Lomenzo/Drover to jednak nie ta sama jakość co Ellefson/Menza, choć odmówić im umiejętności nie można. Prawda jest jednak taka, że Megadeth = Dave Mustaine i to on jest samodzielnym autorem 9 kompozycji z „Endgame”, przy zaledwie 2 numerach („Headcrusher” oraz „How The Story Ends”) napisanych do spółki z perkusistą Shawnem Droverem. To jednak dobitnie pokazuje, że Megadeth jest w wyśmienitej formie, a swoiste „nawrócenie” lidera i rozliczanie się z przeszłością mu służy. ;)))

Odpowiedz
Jacek Sobarecki 9 sierpnia 2019 at 14:13
0

Stawiam na “Th1rt3en”! Album jest przebojowy, ale oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Pierwsze, co na “Th1rt3en” rzuca się w uszy, to to, że Megadeth może nie zdecydowanie, ale jednak zwalnia w porównaniu z poprzednim krążkiem. To wciąż kanonady riffów, mam jednak wrażenie, że większy nacisk postawiony jest tutaj na jako taki groove niż rytmiczno – solówkowe ściganie się ze światłem. Już na samym początku “Sudden Death” uderzają marszowe rytmy i schizofreniczne, prujące bebechy popisy żywcem zdjęte ze stareńkiego “Devil’s Island”, przechodzące, co ciekawe, całkiem płynnie w melodyjne części, której “Youthanasia” czy “TSHF” by się nie powstydziły. Chris Broderick okrzepł w zespole i doskonale rozumie się z Dave’em Mustaine’em. Ich gitarowe pojedynki robiły wrażenie na “Endgame”, nie inaczej jest na “Th1rt3en”. Na początek z grubej rury – 3 killery. Nie jest to może tak „czysty” thrash jak w wypadku początku Endgame ale jak nieziemsko wpada w ucho. Płyta jest równa, gładka, poprawna i pozbawiona burzliwych przejść. Dave Ellefson, który nagrywał z Megadeth po raz pierwszy od dekady, ponownie świetnie rozumie się ze swoim imiennikiem, a obaj dawno zapomnieli, że kiedyś rozmawiali wyłącznie przez prawników. Shawn Drover może nie jest tak efektownym perkusistą, jak Nick Menza, lecz swój fach zna dobrze. Powrót basisty z oryginalnego składu. I? Zespół tylko na tym zyskał – jego charakterystyczny growl ożywia muzykę i przypomina stare, dobre czasy. Ma się wrażenie, że Mustaine i Ellefson to dwa dobrze dotarte trybiki. Na płycie zdarzają się oczywiście “momenty”, takie jak solo z “We The People”, chwytliwa melodia refrenu z “13-tki”, wiercący riff z “Never Dead”, przywodzący na myśl klimat albumu “Rust in Peace”, intro do “Fast Lane”, czy riff o punkowym zacięciu z “Whose Life”. Kilka fraz podąża też w zupełnie nowych kierunkach, jak galopujący, heavy metalowy riff w stylu Dio w “Public Enemy No.1” czy wręcz korzennie rock n rollowy puls “Wreckera”. Solówka będąca motywem otwierającym “Black Swan” wręcz powala swą energią a sam utwór z powodzeniem mógłby ozdobić album “Youthanasia” czy “Countdown to Extinction” (jak dla mnie to jeden z najlepszych utworów Megadeth od lat!!). W ostatnim “13” pojawia się akustyczna gitara i robi się niemal balladowo, ale już po chwili gitary przypominają, że Megadeth to zespół, który jeszcze nigdy nie nagrał typowej “pościelówki”. 😀

Odpowiedz
Agnieszka Izabella K. 9 sierpnia 2019 at 14:33
0

“United Abominations” i “Endgame” to płyty, które moim zdaniem ożywiły nieco zespół po zapaści trawiącej go co najmniej od czasów “Youthanasii” (choć niektórzy twierdzą nawet, że prawdziwe Megadeth skończyło się już na “Rust in Peace”). “United Abominations” nie jest tak dobry album jak “Rust In Peace” czy “Countdown To Extinction”, ale zaryzykuję stwierdzenie, że jest to najlepszy album zespołu od tamtych czasów. I nawet jeśli obecnemu składowi daleko jest talentem do tego z legendarnego okresu, to trzeba przyznać, że ci muzycy także prezentują bardzo wysoki poziom. Tak – to jest rzemieślnictwo, ale rzemieślnictwo z klasą i z duszą! Grupa zagrała świeży i soczysty, nie poddawany niepotrzebnym eksperymentom, heavy / thrash metal. Oczywiście nie był to krążek wybitny, ale wystarczający by mocno wypatrywać kolejnego. A “Endgame” istotnie okazał się silnym ciosem w pysk! Album legendy thrash metalu zapewnia porcję solidnej, bezpretensjonalnej muzyki. Jedenaście rzetelnych, doskonale wykonanych utworów niczym nie zaskakuje, ale i nie nudzi. Cały zespół, w którego składzie tym razem znaleźli się gitarzysta Glen i perkusista Shawn Droverowie oraz basista James LoMenzo, stanął na wysokości zadania, tworząc mocną, pozbawioną słabych punktów konstrukcję. Dave śpiewa z taką samą manierą jak przed laty, pozostały też charakterystyczne elementy stylu Megadeth i typowe dla niego aranżacyjne patenty. Ale “United Abominations” ma w sobie coś, czego nie słyszeliśmy od dawna – młodzieńczą werwę i świeżość! Album jest w prostej linii wypadkową dwu najważniejszych w dyskografii grupy dzieł – “Rust In Peace” i wspomnianego wcześniej “Countdown To Extinction”. I prawdę powiedziawszy, z powodzeniem mógłby mieć swoją premierę właśnie pomiędzy nimi. Z tym pierwszym łączą go szybkie tempa i pogmatwana konstrukcja kawałków, a zwłaszcza imponujące gitarowe dialogi Mustaine’a i Drovera (“Blessed Are The Dead”, “You’re Dead”). Echa drugiego pobrzmiewają we fragmentach bardziej melodyjnych i potężniejszych, bliższych tradycyjnie pojmowanemu heavy metalowi (“Never Walk Alone… A Call To Arms”, “United Abominations”). Materiał jest niesamowicie dopieszczony – słychać, że zespół pracował nad nim bardzo długo, dbając o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Dawno nie było na płycie Megadeth takich koncertowych pewniaków, jak pięknie się rozkręcający “Washington is Next”, metallikowy 😀 “Gears Of War” (kłania się riff z “Enter Sandman”!) 😀 czy okraszony nietypowym rytmem “Play For Blood”. Na “United Abominations” kapela pokazuje się w dobrej formie. Znacznie wyższej niż to drzewiej bywało. “United Abominations” to już nie jest kompromisowy, miałki “The World Needs A Hero”, czy mało wyrazisty “The System Has Failed”. “United Abominations” to album, który znowu porządnie kopie w du*ę! 😀 Mocno i siarczyście! 😉 To fantastyczny album heavy metalowy…  tzn. thrash metalowy, cholera… i zmywa podłogę wszystkim, co usłyszałam w 2007 roku. Niemal na pewno to najlepsze, co Megadeth stworzyło od czasów “Rust in Peace”, co czyni go drugim najlepszym albumem w karierze Megadeth.

Odpowiedz
Joanna 9 sierpnia 2019 at 14:47
0

“Th1rt3en”! To dość różnorodna płyta. W pewnym sensie to płyta lepsza od “Endgame”, bo nie skoncentrowana tylko i wyłącznie na ciągłym udowadnianiu, kto jest najszybszym gitarzystą na świecie i że można 400 solówek zmieścić w 4 minutach kawałka, a i tak to Broderickowi za mało. Pierwsze sześć utworów to właściwie przebój za przebojem! Takiej serii chwytliwych refrenów próżno było szukać na albumach Megadeth od czasu “Cryptic Writings”. Pod względem muzycznym jest oczywiście znacznie mocniej, niż na tamtym albumie, ale “Sudden Death”, “Public Enemy No. 1” i pozostałe kawałki spokojnie mogłyby podbić każdą rozgłośnie radiową ukierunkowaną na muzykę rockową. Na dwóch ostatnich krążkach nieco przeszkadzał mi nacisk na moc i szybkość. Tu proporcje odwróciły się na korzyść utworów nieco mniej szalonych i nieco bardziej melodyjnych (choć wciąż podszytych thrashem). Słychać, że zespół próbował znaleźć złoty środek i zadowolić fanów, którzy są z nimi od lat. Megadeth nagrali ciekawy, metalowy album, idealny do słuchania w samochodzie. Dave Mustaine jest w formie i życzę mu, aby jeszcze przez wiele cieszył uszy słuchaczy swoją grą. “Th1rt3en” to znów Megadeth jaki lubię. Natomiast jeśli miałabym wyróżnić jakiś jeden, jedyny utwór w całości, byłby nim bez wątpienia “We The People” – intrygujący tekst, ciekawe riffy, fajne zmiany harmoniczne i wspomniane już solo, a na końcu niepokojące arpeggia (czyżby ostrzeżenie przed kreśloną w ostatnich wersach niewesołą przyszłością?). To właśnie mój ulubiony Megadeth i to w dobrej formie. Co prawda nie brakuje tu galopad i szaleńczych perkusyjnych temp, na tle których solówki strzelają spod palców gitarzystów niczym pociski wylatujące z lufy kałasznikowa. Sporo tu jednak średnich temp i fajnego rockowego feelingu (np. w “Guns, Drugs, & Money” czy “New World Order”). Gdzie niegdzie słychać wręcz punk rockową ekspresję (bezpretensjonalne “Whose Life (Is It Anyways?)”) czy ewidentne nawiązania do chwalebnej przeszłości z czasów “Rust In Peace” (początek “We The People”). “Never Dead” – to klasyczna megadethowej jazda bez trzymanki, po której zwalniamy na trochę by za chwilę usłyszeć “Fast Lane”, po którym znów prędkość spada z punktem kulminacyjnym w „”Millenium Of The Blind”. Tak jak na początku byłam do “Trzynastki” nastawiona na “nie” tak z każdym przesłuchaniem coraz bardziej mi się podoba. Rudy nagrał album łatwiejszy w odbiorze niż jego najlepsze płyty, “Th1rt3en” zaistniał w szerszym świecie. Klimatycznie można ją postawić obok “Countdown…”, “Youthanasii” czy “Cryptic Writings” (z tymże od tej ostatniej jest o wiele lepsza).

Odpowiedz
Agata Kowalska 9 sierpnia 2019 at 15:01
0

„United Abominations”. To jeden z lepszych krążków w dorobku Megaśmierci. Ten album rwie na strzępy, od pierwszej do ostatniej minuty. Od początku do końca to bezlitosny metal, nie w stylu “kilku staruszków chce sobie pograć”. Megadeth mają nastawienie typu “pokażmy młodym jak to się robi” albo “jeśli uważacie, że jesteście wystarczająco ‘metal’ to chodźcie i spróbujcie, choć i tak nie macie szans”. Zespół jest w kapitalnej formie, zarówno jeśli chodzi o mistrzowskie wiosłowanie Mustaine`a i Brodericka, jak też łomot tworzony przez Jamesa LoMenzo i Shawna Drovera. Każdy utwór naładowany jest czystą energią i gotowością do boju. Przejście na wygodną emeryturkę? Nie, dziękujemy. Metal up your ass? Jak najbardziej! Brzmienie jest wyśmienite, elektryzujące motywy trzymają w napięciu do samego finału. Gra gitar miażdży narządy słuchowe w uroczy sposób. Glen Dover serwuje świetne solówki ( w sporych ilościach), prowadzi ciekawe dialogi instrumentalne z Mustainem. Tym samym otrzymujemy jeden z najlepszych krążków w dorobku Megaśmierci, którym Mustaine powrócił do korzeni i pokazał Metallice, że też potrafi solidnie przyłoić i odnieść sukces komercyjny ( „United Abominations” w pierwszym tygodniu rozeszło się w ponad 100 000 egzemplarzach i ulokowało się m. in. na ósmej pozycji Billboardu i drugiej na Finnish Albums Chart). Póki co, Mustaine ma powody do dumy, bo powalił na łopatki ostatni krążek Metalliki z 2008 roku. Myślę, że po Megadeth trudno dziś spodziewać się przełomowego dzieła na miarę „Rust In Peace”. „United Abominations” to jednak bardzo spójny i wyrazisty album, godzien polecenia miłośnikom gatunku. Nie wiem, czy to dzięki świeżej energii towarzyszących liderowi muzyków, czy też za sprawą jego własnej charyzmy, grupa Mustaine’a wciąż zachowuje klasę. Przede wszystkim powstał naprawdę dobry, energiczny, heavymetalowy album, na którym są naprawdę dobre pomysły. Zaskoczyła mnie przede wszystkim gra drugiego gitarzysty Glena Drovera, który odgrywa tu naprawdę bardzo dobre i ogniste solówki. W ogóle w porównaniu do poprzedniczki partie instrumentalne są o wiele ciekawsze. Mustaine w końcu stworzył dobre, intrygujące melodie, nawiązujące stylistycznie do „Countdown…”, choć wydaje mi się, że najnowszy twór zespołu jest jednak nieco lżejszy. Nowy skład radzi sobie wręcz znakomicie. Wszystko brzmi, jakby ci goście grali ze sobą od dawna. Ciężko wyobrazić sobie lepszy start kariery niż mają teraz bracia Drover. Zostali rzuceni na głębokie wody i poradzili sobie. Szczególnie należy pogratulować perkusiście, gdyż odwalił kawał świetnej roboty. Gra potężnie i dostojnie, potrafi też czasem zaskoczyć słuchacza. Ogromnym atutem tego wydawnictwa jest to, że prezentuje dosyć równy, dobry poziom. Odbieram ten album jako mieszankę klasycznego stylu Megadeth z lat 80. i 90. z domieszką heavy metalu czy nawet hard rocka. Jest to już znacznie wygładzony styl względem najbardziej docenianych płyt. Niewątpliwie jest to konsekwencją dojrzałości, rozwoju i wizji lidera zespołu. Wiele bardzo charakterystycznych, agresywnych utworów posiada melodyjne, wpadające w ucho refreny, czego najlepszym przykładem mogą być choćby takie utwory jak otwierający „Sleepwalker” z niepokojącym tekstem o lunatykowaniu i trzeci z kolei „Never Walk Alone… A Call To Arms”, gdzie dynamika przypominać może płytę „Countdown To Extinction”. Całość oczywiście okala rozpoznawalny wokal Dave’a i jego specyficzne podejście do pisania harmonii, których nie da się pomylić z nikim innym. Nie można również nie wspomnieć o świetnej współpracy gitar Mustaine’a z Glenem Droverem, które są stworzone z pomysłem, bez przesadnych popisów. Wszystkie partie oprócz nienagannego odegrania cechuje wyważony smak całości. Mam wrażenie, że pod tym względem jest to najlepszy album od czasów odejścia Marty’ego Friedmana. Tak! Nie mam wątpliwości, że to krążek dobry, a biorąc pod uwagę obecną kondycję sceny thrash metalowej wręcz znakomity. Jasnym punktem „United…” są partie solowe gitar, które świdrują, mieszają i wiercą w bardzo przyjemny sposób. Jednak siłą napędową udanego albumu thrash metalowego powinny być riffy – owszem jest tu kilka udanych, ale to zbyt mało by można mówić o powrocie do formy z legendarnej „Rust In Peace”. Ba, umówmy się – pierwsze pięć albumów MEGADETH jest absolutnie poza zasięgiem i nie wierzę, by kiedykolwiek wrócili do tak dobrego grania. Dla mnie „Youthanasia” właściwie też poza zasięgiem – bo mimo że to miękki, piosenkowy album, to jednak dość oryginalny i posiadający specyficzny powab i wdzięk.

Odpowiedz
Iza G. 9 sierpnia 2019 at 15:11
0

“United Abominations”. To dobry album dobrego zespołu. Mamy tu dobre utwory z przemyślanymi aranżacjami, znakomitymi partiami wokalnymi (choć to już ten Dave śpiewający, a nie cedzący słowa przez zaciśnięta zęby), dobrymi riffami – jak choćby w najlepszym chyba, utworze tytułowym. Mamy szybkie megadethowe cięte granie. W porównaniu do poprzednika, wspomnianego już “The System Has Failed”, na “United Abominations” wzrosła dawka thrashu. Ale nie znajdziemy tu czystego thrashowania, jakim charakteryzowały się wczesne albumy bandu. Wpływy przesiąkniętego heavy metalem “The System Has Failed” pozostały. Oprócz nich łatwo tu też odnaleźć nawiązania do “Youthanasia” lub “Countdown To Extinction”. I tak chyba najłatwiej byłoby ten album scharakteryzować – jako złoty środek, wyciągnięty z tych trzech płyt. Dodając jednak od razu, że “United Abominations” na głowę bije “The System Has Failed”. “United Abominations” to porcja siarczystego thrashu, do którego Mustaine zdążył nas przyzwyczaić, chociażby na “Rust In Peace”. Po raz jedenasty pod banderą Megadeth, raczy nas swoją charakterystyczną manierą wokalną, typowymi dla siebie riffami i aranżacjami, zahaczającymi miejscami o heavy metal, posiadającymi porywający groove. Nie zapomniał, jak się pisze znakomite melodie. Już otwierający krążek “Sleepwalker” zmiata z powierzchni ziemi. “Amerikhastan” to deklamacje na tle thrashowej młócki. W dynamicie tytułowym pojawiają się fragmenty relacji radiowych na tle uzależniającego thrashu. Przebojowe “Pray For Blood” przyciąga ciekawym rytmem. “Gears Of War” po głębszej analizie skojarzyć się może z pewnym kawałkiem o piaskowym dziadku. Ciekawym urozmaiceniem jest nowa wersja utworu “A Tout le Monde” (z krążka “Youthanasia” z 1994 roku), z gościnnym udziałem Christiny Scabbi (gwiazda włoskiego Lacuna Coil). Zmiany personalnie nie odcisnęły jednak negatywnego piętna na muzyce. Kilka ciekawszych rzeczy można znaleźć wśród zupełnie nowych kompozycji. We wściekłym “You’re Dead” dominują liczne łamańce rytmiczne, zmiany tempa, nagłe zwolnienia i przyspieszenia. Zaczynający się hardrockowo “Burnt Ice” rozpędza się aż do karkołomnego finału z ekspresową gitarową solówką. Po nerwowym wstępie “Never Walk Alone” dość nieoczekiwanie pojawia się nośny refren, choć bardziej zaskakująco brzmi melodyjne interludium w późniejszej części utworu. W “Amerikhastan” melodeklamacje zderzają się z ognistą thrashową sieczką. Gitarowe wstawki w “Washington Is Next!” kojarzą się natomiast z “Wasted Years” Iron Maiden. Piosenka ta obok otwierającego całość “Sleepwalker” najlepiej podsumowuje styl Megadeth: nieokiełznany, zadziorny, a przy tym melodyjny. Bracia Drover nie pierwszy raz pokazują się jako naprawdę dobrzy muzycy. Megadeth dawno nie miał tak świetnie pracujących gitar, wspartych precyzyjnymi uderzeniami perkusji. Niemałe znaczenie ma tu też brzmienie krążka – dźwięk jest wyrazisty, czytelny, selektywny, mocny. Płyta brzmi o wiele potężniej niż jej poprzedniczka. Jeśli znacie “United Abominations” – na pewno wiecie, o czym mówię. Rzecz jasna pod warunkiem, że słuchaliście tego z czegoś innego niż mp3 😀 (wiem, że w Polsce to prawdziwa plaga :/ ). Na “United Abominations” mamy mnóstwo dobrej muzyki – utwory są różnorodne w tempach i nastroju, mamy masę świetnych solówek, tu i tam pojawiają się pasaże grających unisono gitar, jakie zawsze lubiłem, a jakie nie zawsze kojarzyły mi się akurat z Megadeth… Fajnie się tego słucha. 🙂

Odpowiedz
Justyna Waligórska 9 sierpnia 2019 at 15:22
0

Trudny wybór, bo wszystkie są dobre. Ale decyduję się na Th1rt3en. Megadeth obok Slayer jest zespołem z wielkiej czwórki thrash metalu, który od lat trzyma równą formę. Dobra chemia w zespole, wyczuwalna jest przez kawałki z trzynastego krążka. Album jest naprawdę dobry i absolutnie nie można o nim powiedzieć, iż to jakiś odrzut albo wypełniacz, tudzież gniot. Mustaine odwalił kawał dobrej roboty i jeśli miałabym kogoś wybrać z The Big 4 kto obecnie trzyma dla mnie poziom, to dokonania Rudego stawiam przed całą resztą (sorry Metalliko), nawet Slayer którego namiętnie słuchałam i był dla mnie nr 1 przez wiele lat (!!!), obecnie, tzn. począwszy od „Christ Illusion”, w ogóle mnie nie rusza. Za to Rudy łobuz mnie pozytywnie zaskakuje. Zespół po nagraniu niezwykle udanego bezkompromisowego klasycznie thrashowgo „Endgame” zafundował sobie powrót do przebojowej przeszłości polowy lat 90  – albumów łagodniejszych i bardziej przystępnie przebojowych jak „Youthanasia” czy „Cryptic Writings”. Większość utworów oparta jest o cięte kąśliwe riffy gitarowe i charakterystyczny szorstki sposób śpiewania Dave’a. Tym razem jest jednak bardzo melodyjnie i po prostu przebojowo. Dla tych którzy upatrywali w poprzedniczce omawianej płyty –  „Endgame” zapowiedź powrotu zespołu na stałe do klasycznych thraszowych korzeni, momentami może być to niestrawne i nad wyraz retrospektywne. W zasadzie do opisania jego zawartości wystarczy posłużyć się banalnym stwierdzeniem – słucha się go naprawdę dobrze i miło. Brzmienie jedną nogą mocno stoi we współczesnej technologii, z drugiej, w paru momentach na krążku mamy wrażenie, jakbyśmy cofnęli się w czasie do drugiej połowy lat 80., do okresu „Peace Sells…But Who’s Buying?” i „So Far, So Good…So What!”. By wziąć choćby świetny, otwierający „Sudden Death” jako przykład pierwszy z brzegu. Producent odegrał w studiu naprawdę niemałą rolę, bo jest też współkompozytorem paru numerów, choćby udanego, kołyszącego, hymnowego  kawałka tytułowego, gustownie ozdobionego gitarą akustyczną. Megadeth skutecznie raczy nas porcją klasowego thrash metalu. Pełnego znakomitych riffów. To znających zespół dziwić nie może, bo w końcu Mustaine to riffmaster jakich mało. Na płycie całkiem sporo mamy też niezłych melodii, głaskających nas w refrenach (np. „Public Enemy No. 1”, niemal rockowy, kapitalny „Black Swan”). Dave nie zapomniał, że umie pisać kawałki wolne i bardzo ciężkie, jak również smutnawe, melancholijne, zahaczające o ballady. Do tej kategorii zalicza się „Millennium Of The Blind”, drugi obok mocno oldschoolowego „New World Order” numer, który powstał jeszcze w czasach niezapomnianej”Youthanasii” we współpracy ze  znakomitym Martym Friedmanem, a dokończony / przerobiony został dopiero teraz. „New World Order”, którego korzenie sięgają aż 1991 roku. Numer ten choć stworzony w tamtych czasach, czekał aż do nowego albumu na pełne wydanie. Słuchając go rzeczywiście brzmi jak stworzony przez złotą czwórkę. Kto jest osłuchany z „Countdown to Extinction” „spokojnie znajdzie w tym numerze tamte klimaty. Jak dla mnie „New World Order”  idealnie pasuje właśnie do numerów z „Countdown to Extinction”. Podobnie „Millenium Of The Blind”, gdzie kompozycyjnie jest to dzieło dwójki Mustaine – Friedman.

Odpowiedz
Wiktoria Jabłońska 9 sierpnia 2019 at 15:28
0

Kilka lat przygody z perkusją skłania mnie jednak ku stwierdzeniu, iż Shawn Drover nie jest przeciętnym perkusistą. Na United… zagrał co najmniej poprawnie, ale już zaczynał kombinować. Nie wiem czy widzicie, ale on jest leworęczny, gra swoją własną techniką nieosiągalną dla 95% praworęcznych, co słychać! Spójrzcie na konfiguracje jego zestawu (zerżniętego częściowo z Nicka Menzy, ale on go godnie zastępuje) kocioł po prawej stronie, nie od parady. Sposób grania połamanych przejść ma na prawdę oryginalny, z rytmiką kombinuje, gra zarówno na 1 stopę, jak i na 2. Radzi sobie z trzymaniem rytmu pod pokręcone riffy Dave’a, radzi sobie iskrząco w wyskokich tempach (This Day We Fight, Head Crusher, Sleepwalker) i w wolnych (44 minutes, fragmenty większości piosenek) i to błyskotliwie łączy. Jako dowód rozwijającego się talentu Shawna polecam szczególnie analizę ”Play For Blood” Nie jest to perkusista szalony jak Nick Menza (chociaż nie jest technicznie gorszy!) i wszechstronny co mój faworyt, Jimi De Grasso, ale z powodzeniem w kwestii bębnów zapenia Megadeth 2 miejsce po Slayerze (który się wg mnie bardzo pogubił, ale ich perkusista jest znakomistością) w rodzinie klasycznego speed metalu. Wydaje mi się, że najważniejszą cechą “Endgame” jest to, że zespół umiejętnie połączył kilka nowych rozwiązań ze starymi sprawdzonymi patentami. Niejednokrotnie Megadeth daje czadu jak robiła to amerykańska scena thrashowa przed laty, a wszystko to w oparciu o nowe rozwiązania definiujące metal XXI-ego wieku. Nie brakuje ciężaru i co ciekawe – melodyjności i przebojowości. Spójrzmy oczywistej prawdzie w oczy – Mustaine z zespołem nie tworzą muzyki, którą chciałyby grać wszystkie stacje radiowe. A tu sruuu i na Endgame dostajemy „44 Minutes”, „Bodies” czy też „How The Story Ends” – rzeczy, które nieziemsko łatwo wpadają w ucho i nie chcą z niego wylecieć. Osobną sprawę stanowi tutaj balladowy „The Hardest Part Of Letting Go… Sealed With a Kiss”. Smutne, dość wolne oraz ekstremalnie szybkie utwory wychodzą Dave’owi najlepiej. Poza “44 Minutes” “smutem” jest “The Hardest Part Of Letting Go…Sealed With A Kiss”, chociaż można było darować sobie te klawisze à la Therion czy Nightwish. Bez nich numer nic nie straciłby z klimatu, wystarczająco podkreślonego akustyczną gitarą. Adekwatnie do tytułu, miażdżąco wali w czaszkę “Head Crusher”, najjaskrawszy dowód na wielkie rezerwy twórcze Dave’a. Byle tylko darował on sobie piosenki w stylu np. “The Right To Go Insane”. Ale i tak wypełniaczy nie ma tu wielu, co musi cieszyć. Rudy mistrz riffów jest w formie a Megadeth będzie grał dalej. Dave dobrze to wie, stąd nie dziwi jego pewna siebie mina i gest zwycięzcy na zdjęciu w książeczce. Takiego thrashu miło się słucha. Im częściej, tym przyjemność większa. Prawdziwa apokalipsa nadchodzi wraz z The Hardest Part of Letting Go… Sealed With a Kiss. I to nie tylko z uwagi na tytuł, którego nie da się wymówić bez zaczerpnięcia powietrza. Jeśli zastanawialiście się kiedyś jak brzmiałby naćpany Mickiewicz, odczytujący na bankiecie swe Ballady i Romanse, to macie okazję się o tym przekonać. Dave i jego poezja trochę różni się od Mickiewicza, ale jedno jest pewne- nikt inny nie zaśpiewałby lirycznego tekstu przy akustycznym podkładzie w taki sposób jak on. Co prawda nie jest to pełnoprawna ballada (środkowa część prezentuje się dość dynamicznie), ale z pewnością chwila wytchnienia i spore zaskoczenie zarazem. W dodatku jak najbardziej na plus. Pozostałe utwory stanowią solidną, zwartą thrashową rąbaninę z elementami ciężaru. Singlowy Head Crusher to szalony i obrzydliwy potwór, traktujący o średniowiecznym narzędziu tortur… Te dwie cechy to jednocześnie jego największe zalety. How The Story Ends wydaje się być murowanym hitem – bardzo melodyjny (w Mustaine’owej skali) i łatwy do zapamiętania, a to rzadkość na tej płycie. Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę, że Endgame “nie wchodzi” za pierwszym razem, głównie z powodu natłoku riffów, dźwięków i słów wypluwanych z niesmakiem przez Dave’a w czasie zaledwie trzech kwadransów. Żeby poznać wszystkie (nie)smaczki i w pełni docenić album trzeba dać mu trochę czasu. Z tym z kolei nie powinno być problemów, bo w jakiś szczególny sposób ta płyta uzależnia. Ta zasada dotyczy też zamykającego całość The Right To Go Insane. Niepozorny, ciężarny utworek nabiera kolorów po kilku przesłuchaniach i urasta do jednej z najlepszych propozycji na płycie. Szczególnie warta zauważenia jest część instrumentalna: wsłuchajcie się chociażby w rytmiczny podkład do solówek, a przypomnicie sobie np. Hangar 18. Bez wątpienia jedenaście utworów, które tworzą “Endgame” to obowiązkowa rzecz dla każdego fana heavy i thrash metalu. Nie wydaje mi się by którykolwiek z nich urósł do rangi takich utworów jak np. “Hangar 18” czy “Symphony Of Destruction”, ale chyba tym co decyduje o mocy nowego Megadeth jest właśnie spójność i klimat płyty. “Endgame” to zdecydowanie najlepszy heavy/thrashowy album jaki powstał w nowym tysiącleciu. Przede wszystkim album wciąga, ja osobiście potrafię słuchać tego krążka w kółko, po kilak razy dziennie. Dawno nie słyszałem tylu świetnych piosenek zgromadzonych na jednym kompakcie, które jednocześnie miały by w sobie tak ogromne pokłady pozytywnej energii. Słuchacz się cieszy, słysząc zapał i entuzjazm muzyków. Megadeth udowodnił mi, że thrash jeszcze nie jest martwy. Megadeth pokazał, niczym profesor młodym adeptom jak się powinno grać ognisty heavy/thrash, oraz pokazał starym dziadom ze Slayera i Metalliki, że muzyczna emerytura wcale nie jest straszna, a zdobyte doświadczenie jest bezcenne. Innymi słowy mamy klasyk, dodam tylko, że megadethowy klasyk. Więc kto nie rozumiał, czym tu się zachwycać, bo to nie takie przebojowe, jak Metallica, albo ociężałe jak Slayer, nie będzie rozumiał dalej. Kto zaś kochał ich od pierwszego wejrzenia, na pewno postawi “Endgame” zaraz obok klasycznych dokonań albo w skrajnym przypadku weźmie pod pachę i poleci pod śmietnik, wyszukać ostatnich żyjących fanów Def Leppard, żeby wyjaśnić im, że nie tylko ich ukochany zespół był pomysłowy i oryginalny.

Odpowiedz
Joe 9 sierpnia 2019 at 15:32
0

Jestem fanem tego zespołu już naprawdę szmat czasu. Miał on wzloty i upadki, ale od jakiegoś czasu Rudy ma zwyżkę formy. Na poprzedniej płycie, nagrał materiał trudny do przyswojenia. Mnie zabrało ok. 10 przesłuchań zrozumienie „Endgame”. Także mnie wydawała się ona zbyt jednostajna, powtarzająca jakieś schematy, ale… to się zmieniło i dzisiaj uważam, że „Endgame” to naprawdę rewelacyjna płyta. Ileż tutaj się dzieje, ileż melodii, smaczków i zajebistego wokalu Rudzielca. Polecam wszystkim krytykantom – dajcie tej płycie szansę, na pewno nie pożałujecie! „Endgame” to moim zdaniem najlepszy krążek od czasów „Rust In Peace”. Mistrzostwo precyzyjnego, ciętego, połamanego riffu, kaskady solówek i ta zupełnie nonkonformistyczna, pijacka wręcz maniera wokalna, w której więcej melodeklamacji niż śpiewu, z tym że w końcu należycie zmiksowana i opatrzona adekwatnym do zawartości potężnym brzmieniem. Mija tyle czasu i w zasadzie nadal stoję w opcji, że to najlepsza rzecz od przynajmniej „Youthanasia”. Kocham ten band i Rudego Piździelca, to jedna z moich ulubionych kapel ever. Wymieniłbym tylko garowego, bo do fajerwerków gitarowych, nie za bardzo pasuje oszczędna gra Drovera. Da Grasso w tym repertuarze to byłoby coś! „Death Magnetic” z poprzedzającego roku gniecie to? Być może, tak – ale z jednego powodu – The Four Horsemen zawsze bardziej przystępne mieli te kawałki. Talent takie robić oczywiście, ale jak dla mnie ciekawiej wypadają szarady gitarowe Mustaine’a. Jedyny błąd jaki popełnił to ściganie się z Metallicą, co na zdrowie mu nie wyszło. A porównywanie „Death Magnetic” i „Endgame”? Cóż to bez sensu. Według mnie Rudy mocno niszczy od początku lat 90-ych wszystko to, co wyprodukowała Meta. Przyznam szczerze, że Megadeth zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Bałem się, że zgodnie z panującą modą, zamiast pójść o krok dalej w stosunku do świetnego „United Abominations”, panowie zapadną na syndrom powracających korzeni i będą się silili na zrobienie wszystkiego po prastaremu. Owszem, wyraźnie widać zdecydowany nawrót w kierunku bezkompromisowego thrashu, wszystko to wyszło im jednak zupełnie naturalnie i dojrzale. Dobrym ruchem ze strony Mustaine’a było danie większego pola do popisu Andy’emu Sneapowi, tym razem występującemu też w roli koproducenta. Dzięki niemu mamy te mięsiste, potężnie brzmiące, raz młócące, czasem melodyjne riffy, zaś solówki krążą w uszach niczym eskadra myśliwców podczas bitwy i atakują z bezlitosną skutecznością. Clou płyty to kompozycje, a te są lepsze niż na „United Abominations”. Dave nie musiał odświeżać hitu sprzed lat i wspomagać się atrakcyjną panią, bo nowe numery i bez tego się bronią. Nie wszystkie skutecznie, ale zdecydowana większość z pewnością tak. Na „United Abominations” oraz „Endgame” Mustaine i spòłka przyłożyli do pieca jeszcze mocniej i są tu fragmenty, które autentycznie kopią po tyłkach! Album rozpoczyna instrumentalna miniaturka, „Dialectic Chaos”, która niemal od początku narzuca nam galopujące tempo i tym samym wprawia w niezwykle specyficzny nastrój, charakterystyczny dla muzyki Megadeth. Zostajemy zarzuceni dużą ilością szybkich i melodyjnych solówek Mustaine’a i nowego (czy może po prostu kolejnego) gitarzysty zespołu, niezwykle utalentowanego Chrisa Brodericka (ex-Nevermore!!!), a utwór gna przed siebie i płynnie przechodzi w This Day We Fight! Tu z kolei, bez zbędnych wstępów i głaskania gitary, brutalnie roztacza się przed nami ostra, czysto thrashowa siekanina. I tak przez cały utwór (lub przez całą płytę, dodają złośliwi). Równie gwałtownie i bez uprzedzenia (prócz krótkiego “ffff”) pojawia się wokal Dave’a Mustaine’a: człowieka, który śpiewa mówiąc. A mówi tak, że wszyscy od lat zgodnie uważają, że śpiewa (a nawet nucą jego partie). Tytułowy utwór to prawie sześciominutowa kobyła. Na szczęście nie jakaś zabiedzona ‘nasza szkapa’, tylko rączo galopująca klacz ze zgrabnym zadem. Czyli, odzierając poprzednie zdanie z metafor, to bardzo złożony thrash metalowy utwór z ciekawym zakończeniem. 😉 Broderick zrobił w końcu to, co totalnie spartolił Glenn Drover. Zasypał kompozycje Megadeth kaskadami ultra technicznych solówek (jak w końcówce “1,320′” na przykład). Zresztą już rozpoczynający całość wspomniany “Dialectic Chaos” daje nam jasny komunikat. Intro to w zasadzie jedna wielka wymiana solówek. I to właśnie ten element pozostaje najmocniejszym punktem omawianego tu wydawnictwa. Pozostali muzycy też wykazali się nie lada sprawnością w posługiwaniu się instrumentami. Bas furgocze sobie ładnie w głośnikach, perkusja jest morderczo precyzyjna. Wszystko w dodatku brzmi ostro jak żyleta.
„The Hardest Part Of Letting Go…” to przez pierwsze półtorej minuty ballada, która później przyśpiesza i staje się rasowym metalowym patatajem z klawiszami imitującymi smyczki, oraz ze zwolnieniami i werblem na pożegnanie. Najbardziej żywiołowy i jedyny napisany przez Mustaine’a z perkusistą, „Headcrusher”, fani już znają, a nie fanów to nie obchodzi. 😉 Przejdę więc do zamykającej „Endgame” parki. W zwrotkach „How The Story Ends” zakochałem się przez synkopowaną perkusję, z partiami połamanymi i granymi „do tyłu” przez Drovera, któremu gitarzyści próbują dotrzymywać kroku, do czasu zawiązania na gryfach węzłów żeglarskich z własnych palców. Po czym się poddają, bo refren jest już prostszy i śpiewalny. Z kolei „The Right to Go Insane”, które najpierw nazywało się „Nothing Left to Lose”, to solidne riffowisko składające się na grande finale godne płyty. „Endgame” zniszczyło mnie od pierwszego przesłuchania. Chyba słowa Mustaine’a, że „Endgame” będzie najlepszym dziełem od czasów „Rust In Peace” nie były aż tak bardzo na wyrost. Co prawda grupa nie powróciła do stricte thrashowego grania z czasów wspomnianego albumu, ale to co otrzymałem, w zupełności zaspokaja moje potrzeby. Płyta przynosi 11 kompozycji, a w zasadzie piosenek, które swoją budową przypominają raczej numery z „Countdown To Extinction” czy „Youthanasii”, ale przyniosły zupełnie nową jakość heavy/thrashowego grania.

Odpowiedz
Oliwia 9 sierpnia 2019 at 15:55
0

“Endgame”. Naprawdę się postarali,bardzo dobre kawałki i ciężkie brzmienie. Mustaine za sprawą “Endgame” przeprasza się po raz kolejny, już nawet nie z samym metalem ogólnie, ale z “tym” stareńkim, zajebistym “megadethowym thrashem” a’la “Peace Sells…”, “So Far So Good So What”, “Rust In Peace” i finezyjną melodyką “Countdown To Extinction”, którymi to zarobił na status legendy, miano jednego z praojców – założycieli gatunku i komfort odcinania kuponów od własnej sławy – serio! To jest po prostu thrash metalowy zespół oparty w dużej mierze na klasycznym heavy metalu i hard rocku. Obrany mają taki styl, ponadto o ile też kocham Slayer, to uważam obie kapele za zacne i to nie są wyścigi na szybkie granie, pierdyknięcie, tylko po prostu na aranże i inspiracje muzyczne. Jestem wielką fanką Slayer, mimo to ostatnie ich albumy nie urwały mi dupska, bo za mało dobrych solówek zdecydowanie. Ostatecznie można przyjąć, że Megadeth kilkoma ostatnimi płytami cofnął się do wspaniałych albumów z wczesnych lat 90., jednocześnie poszedł naprzód brzmieniem, pomysłowością i zdecydowanie jeszcze kreatywnymi, kompozytorskimi pomysłami Rudego vel Mustaine’a. Wg mnie jeden z najlepszych albumów Megadeth. Choć brak tutaj jednoznacznych odpowiedników tak oczywistych strzałów, jak “Holy Wars…”, “Hangar 18”, “Peace Sells…” czy “Symphony Of Destruction”, to jednak uczciwie trzeba stwierdzić, że to właśnie na “zapożyczeniach” (w cudzysłowie, bo od siebie samego nie można przecież pożyczać) opiera się cały zamysł i konstrukcja “Endgame”. Co ciekawe, nie brzmi to jak polepiony w pro-tools, przypadkowy zlepek pomysłów z “czasów wojny”, tylko zwyczajnie rwie do przodu, uświadamiając po latach, że rozróżniane ongiś pod względem stylistycznym płyty tak naprawdę miały zawsze jeden megadethowy kręgosłup muzyczny. Lwia część materiału to już charakterystyczne, oldschool – megadethowe napieranie o cechach. Osobiście jako fanka, którego początkiem słuchania czegokolwiek w metalu było to, co przez lata nazwano “The Big Four”, jestem wpiekłowzięta. Słuchając “Endgame” nie wyczuwam zbędnej napinki, ścigania się Mustaine’a z własnymi dokonaniami sprzed lat. Zamiast tego dostaję “naturalny” Megadeth, w którym sprawnie mieszają się najlepsze momenty legendarnej kariery. Płyty słucha się jednym tchem, momentami padając na glebę, momentami potakując głową z uśmiechem zdającym się wyrażać: “tak jest, to jest to, na co czekałam!”. Dostałam to czego chciałam, a Rudy może robić autoplagiaty, bo nikt nie oczekuje, że nagle nauczy się śpiewać i zrobi estetyczny zwrot. Wie jak latać tym swoim speedfajerem, więc po co ma się przesiadać. Płyta zacna, bez wodotrysków, ale też z ognistymi momentami, gdy człowiek odstawia patelnię i przytupując chodakiem woła hellyeah!

Odpowiedz

Zostaw komentarz