Strona główna » Powrót do ’79 – w październiku do sprzedaży trafi wyjątkowy Box Set Motörhead!
SPECJALNE

Powrót do ’79 – w październiku do sprzedaży trafi wyjątkowy Box Set Motörhead!

Już 25 października na rynku ukaże się wznowienie dwóch klasycznych albumów Motörhead, które oryginalnie zostały wydane w 1979 roku, czyli „Overkill” oraz „Bomber”. Reedycje przygotowało BMG. Muzyka (w tym niepublikowane nigdy wcześniej wersje niektórych utworów) będzie wzbogacona licznymi dodatkami, między innymi singlami, w formacie 7-calowych płyt winylowych, albumami ze zdjęciami, a także ówczesnymi wycinkami prasowymi i przedrukami oryginalnych programów koncertowych. Oto szczegóły.

1979 – niezwykle pracowity rok dla Motörhead

Motorhead vintage 1979Motörhead zadebiutowało w 1977 roku płytą nazwana tak samo jak zespół. Nie zyskała jednak ona zbyt dużej popularności, a po latach również muzycy mówili o niej raczej z rozczarowaniem. Dopiero pojawienie się na rynku drugiej płyty, czyli „Overkill” odbiło się dość głośnym echem przede wszystkim na brytyjskim rynku.

Motörhead swoim zadziornym brzmieniem godził fanów punk rocka i heavy metalu. O historii powstawania tego albumu nie ma potrzeby tutaj pisać. Powstał na ten temat obszerny artykuł na MetalNews.pl, który można przeczytać tutaj: Prawdziwy “debiut” – 40. rocznica wydania „Overkill” Motörhead.

Warto tylko wspomnieć, że tuż po premierze „Overkill” w marcu 1979 roku zespół ruszył w trasę koncertową, która jednak nie potrwała zbyt długo, bo już w lipcu tamtego roku Motörhead ponownie weszło do studia, aby zarejestrować kolejny album.

Motörhead kuje żelazo póki gorące i nagrywa płytę „Bomber”

Prace nad płytą „Bomber” Motörhead zaczęło na początku lipca 1979 roku. Nagrywanie przebywało inaczej niż do tej pory. Wcześniej zespół przed przystąpieniem do rejestracji nowej muzyki „testował” ją na żywo grając nowe kawałki na koncertach. Teraz takiej jazdy próbnej nie było – Motörhead po raz pierwszy miał zaserwować fanom coś, czego nigdy wcześniej nie słyszeli.

Motorhead vintage 1979

Za konsoletą ponownie usiadł Jimmy Miller. Uznany producent zasłynął w latach 70. współpracą z The Rolling Stones, która jednak skończyła się dla niego ciężkim uzależnieniem od heroiny. „Overkill” miało być dla niego rodzaje próby powrotu na szczyt, co poniekąd się udało, więc zajął się również pracą przy „Bomberze”. Nałóg wciąż jednak z nim wygrywał, a zespół nie za bardzo mógł przez to liczyć na jego wsparcie, a postać producenta posłużyła jako inspiracja do napisania „Dead Man Tell No Tales”, czyli pierwszego kawałka na wspomnianej płycie.

Motorhead vintage 1979

27 października 1979 – Motörhead wypuszcza na rynek płytę „Bomber”

Prace nad płytą „Bomber” trwały niecałe dwa miesiące i zakończyły się na sam koniec sierpnia 1979 roku. Premierę rynkową zaplanowano na 27 października 1979 roku. Na brytyjskim rynku, który dla zespołu był zdecydowanie najważniejszy, odniosła ona duży sukces komercyjny – dotarła do 12. miejsca najlepiej sprzedających się płyt, co było najlepszym wynikiem w ówczesnym dorobku Motörhead („Overkill” dotarło do 24. miejsca).

W lipcu 1980 roku album zdobył srebrny certyfikat w Wielkiej Brytanii, co oznaczało 60 tysięcy sprzedanych egzemplarzy „Bombera”. Był to pierwszy w dorobku certyfikat Motörhead.

Recenzje w czasie debiutu był pozytywne, ale nie aż tak bardzo jak w przypadku „Overkill”, które dla wielu krytyków było punktem odniesienia (wydano je zaledwie 7 miesięcy wcześniej). Dziś natomiast „Bomber” uznawany jest za bezdyskusyjną klasykę i jeden z najlepszych i najważniejszych krążków w dorobku Motörhead.

BMG wznawia „Overkill” oraz „Bomber”

Na 27 października 2019 roku BMG zapowiedziało premierę wznowionych wersji płyt „Overkill” oraz „Bomber”. To prawdziwa gratka dla fanów i kolekcjonerów! Wydania są bowiem niezwykle bogate – zarówno pod względem artystycznym, jak i wizualnym. Dla największych pasjonatów Motörhead przygotowano Super Deluxe Box Set pod tytułem „1979” limitowane do zaledwie 500 sztuk. Składa się na niego:

  • winylowe wydania „Overkill” oraz „Bomber”, które nagrano z oryginalnych taśm z 1979 roku;
  • dwupłytowe albumy koncertowe z 1979 roku – Live at Friars, Aylesbury z marca oraz Live at La Rotunde, Le Mans z listopada;
  • płyta ze stronami „B” singli oraz innymi utworami z tamtego okresu, które zostały zarejestrowane, ale nie pojawiły się na oficjalnych wydawnictwach;
  • singiel „No Class” na 7-calowym winylu;
  • 40-stronicowy album z rzadkimi zdjęciami, wycinkami prasowymi, wywiadami i innymi trudnymi do zdobycia informacjami z 1979 roku;
  • Program koncertowy z trasy promującej „Bomber”, a także inne gadżety zespołu.

Całość zamknięta jest w eleganckim opakowaniu, z nadrukowanymi miejscami, w których Motörhead zagrał koncerty w 1979 roku. Przygotowano też nieco skromniejsze wydania. Dostępne są: Box Set z dwoma albumami na winylu, a także pojedyncze wydania „Overkill” oraz „Bomber”. Obie płyty można kupić zarówno na winylu, jak i CD. Ze szczegółami można zapoznać się pod tym linkiem: https://www.motorhead79.com/.

Fot. Graham Mitchell; BMG

Podobne artykuły

Dobrze, że wrócił – historia Mystic Festival

Szymon Grzybowski

Metallica symfonicznie – 20 rocznica wydania „S&M” 🎻

Szymon Grzybowski

Konkurs charytatywny: Napełnij kocie brzuszki i wygraj płyty Saxon!

Agata Laszuk

Nie taki synthpop straszny? 20 rocznica wydania “Host” Paradise Lost

Paweł Kurczonek

Irańskiemu zespołowi Confess nie grozi egzekucja. Wywiad z Nikanem, członkiem zespołu.

Lena Knapik

AC/DC rusza na podbój Ameryki – 40. rocznica premiery „Highway to Hell”

Szymon Grzybowski

18 komentarzy

Bartosz 30 listopada 2019 at 13:41
0

Gdybym miał wybrać zespół, który mimo wielu lat słuchania i znania na pamięć każdego utworu i każdej płyty mnie nie nudzi, jest to zdecydowanie Motorhead. Jako kulturoznawca pragnący edukować się pod kątem dziennikarstwa muzycznego, staram się być otwarty na wszystko co jest związane z muzyką. Nie mam uprzedzeń do jakichkolwiek gatunków muzyki. Potrafię długo podróżować po różnych płytach przez długi czas, lecz i tak zawsze zataczam koło i wracam do Motorhead i bawię się za każdym razem zarąbiście. Pamiętam jak w 2015 roku Motorhead miał zagrać ostatni koncert w Warszawie (wtedy nikt nie wiedział, ze to będzie ostatni). Pewna stacja radiowa ogłosiła konkurs w którym można było wygrać bilet na Motorhead. Byłem wtedy młodym gnojkiem, od razu po liceum i bez takiej kasy abym mógł samodzielnie kupić bilet i pojechać do Warszawy. Postanowiłem wziąć udział w tym konkursie, a zasady były proste. Trzeba było napisać dlaczego to akurat ty powinieneś wygrać bilet. Pomyślałem wtedy jakby napisał to Lemmy. Na pewno by nie owijał w bawełnę tylko wyrzucił prosto z mostu co mu na sercu leży. Tak też zrobiłem.
“Rock n roll to religia, a Lemmy jest jej bogiem. Słucham ich od praktycznie od pierwszej komunii świętej ale niestety nigdy nie byłem na ich koncercie. Chciałbym chociaż raz zobaczyć ich na żywo, póki Lemmy nie wykończył się tylko na jednej paczce papierosów dziennie i picia wódki z sokiem zamiast whiskey z colą”
No i udało się ,wygrałem ten przeklęty bilet i przeżyłem najlepszy dzień w życiu.
Mógłbym pewnie przytoczyć wiele innych historii z życia, w których towarzyszyła mi muzyka Motorhead. Najlepsze imprezy były zakrapiane przy ich płytach, na studiach bardzo często nawiązuję do różnych historii z biografii zespołu aby podkreślić wagę pewnych zjawisk w muzyce popularnej, no i sam Lemmy jest moim nauczycielem w sposobie brzmienia gitary basowej.
No i oczywiście moja dewiza życiowa, którą powtarzam bardzo często brzmi: “Only way to feel the noise is when it’s good and loud”.

Odpowiedz
Rafał 30 listopada 2019 at 18:31
1+

Motorhead jest mi bliższy niż połowa mojej rodziny

Odpowiedz
Rob 1 grudnia 2019 at 22:47
1+

Jestem fanem Motorhead od lat , jako dzieciak w podstawówce w latach 80tych usłyszałem płytę Orgasmatron w radio i tak mi już zostało. W ostatnich latach życia Eddie Fast Clarke z którym komunikowałem się mailowo przesłał mi cudowną pamiątkę zdjęcie Motorhead z dedykacją dla mnie i autografem, wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy że Eddie a przed nim Lemmy za rok odejdzie z tego świata, ale muzyka Motorhead pozostała i jest ciągle żywa

Odpowiedz
Rafiol 2 grudnia 2019 at 20:39
0

O Motorhead mógłbym pisać godzinami. Raz że ochlejmordy jak ja kiedyś 😉 i jako rzecze tytuł biografii kapeli, a dwa Lemmy to była osobowość unikatowa w świecie nie tylko metalu, ale całego rock ‘n’ rolla! Wiadomo, że jak imprezowicze i wielbiciele używek oraz damskich wdzięków, to niezliczona ilość pikantnych anegdot wiąże się z tym zespołem… No ale nie miejsce i czas. 😉 Kto jest ciekaw, to odsyłam do źródeł (rzekł polonista 😀 ). Co do Lemmy’ego, to był taki gość, którego chciałbym mieć za kumpla! Z którym można by pobalować, a który oddałby ci swoją ostatnią koszulę, gdyby zaszła taka potrzeba albo sklepałby miskę, gdyby jakiś agresor chciał mi wyrządzić krzywdę. Najlepszy z możliwych materiał na kumpla! Zauważcie, że Lemmy NIGDY nie miał nic z nadętej gwiazdy rocka. ZAWSZE był sobą. Choć był jednym z największych, to miał ogromny dystans do siebie, do tego biznesu, do ludzi z branży. Wszystkich traktował równo albo z wzajemnością, czyli tak jak na to zasługiwali. A przecież mógł wozić się pozłacanym Rolls Roycem i walić kupsko do srebrnego sedesu. Ale nie! Lemmy wolał z domu urządzić składowisko czy wręcz rupieciarnię, jak widziałem na filmie, pamiątek wojenno-historycznych i miał wywalone na – za przeproszeniem – cały ten szołbiz. Bleh, nie cierpię tego słowa! 😉 Z Lemmym można było tak, albo tak – tzn. kochaj albo rzuć! A to dlatego, że on walił prawdę prosto między oczy z siłą tarana. I wiecie co? To chyba była jego największa zaleta. Jeśli byłeś dupkiem, ale nie do końca świadomy swego asshołlstwa, 😀 to nikt inny ci tak celnie i dobitnie tego nie wygarnął jak właśnie Lemmy. I im jestem starszy, a jeszcze nie jestem jakimś ramolem, to takie osoby w życiu cenię sobie najbardziej! Naprawdę nic nie warte są relacje, w których ludzie kadzą ci, cukrują, nawijają makaron na uszy a w głębi serca życzą ci jak najgorzej – ‘fuck it!’, jak rzekłby Lemmy! Co do muzy… O rany, to jeden z najbardziej konsekwentnych zespołów na tej planecie. Krytycy zarzucali im, że ciągle grają tak samo. Ha, to ja życzę panom krytykom grać konsekwentnie swoje, ale jednocześnie nigdy się nie powtarzać i zawsze brzmieć świeżo. To dopiero sztuka i osiągnięcie!!! Pokażcie mi drugą taką kapelę, która nagrała tyle płyt z czego żadna, powtarzam żadna, nie była słaba w ciągu wieloletniej kariery. Chyba tylko Black Sabbath mógłby stawać z nimi w szranki! 🙂 Nie mogłem i wciąż nie mogę uwierzyć w odejście Lemmy’ego. Ale z drugiej strony nie czuję żalu, nie czuję pustki, bo mam wrażenie, że on tu ciągle jest! Tu, teraz i wszędzie. Tak! Lemmy jest nieśmiertelny! Lemmy żyje! I będzie żył zawsze! Dlatego nie smutam się, tylko nawalam Overkill, Bomber, Ace of Spades, i wychylam szklaneczkę burbona! Dajesz Lemmy! :)))

Odpowiedz
Jacek 2 grudnia 2019 at 22:18
0

Bombera stawiam na równi z wydanym pół roku wcześniej Overkillem!!! Bo to siłą rzeczy logiczna kontynuacja, ten sam żar, ten sam wkurw i żywiołowość.Te płyty to pieprzony kult i drogowskaz dla wielu kapel!!! Co my tu mamy? Surowy, prosty rock’n’roll, który najlepiej odzwierciedla podejście zwariowanego tercetu do życia i muzyki. Tłem do słów Lemmy’ego są znakomite riffy, które wytwarzają zabójczą dawkę energii. Jest to jedna z pierwszych antyheroinowych piosenek napisanych przez lidera grupy. Fajnie że są tu dodatki live, niepublikowane dotąd nagrania z koncertów, które odbyły dokładnie po tygodniu od pierwotnych premier obu krążków. Jakkolwiek bowiem wysoko byśmy nie oceniali studyjnych dokonań Motorhead – to jednak surowa moc ich występów na żywo była tym, co przyniosło im status legendy. Nieokiełznana energia tria Kilmister, Clarke i Taylor wręcz bije z tych nagrań. Choć panowie byli wtedy u progu swej kariery, słuchając tych koncertówek można odnieść wrażenie, że już doskonale przeczuwali, jak daleko mogą zajść. Lemmy powiedział, że w muzyce ceni sobie zwięzłość i prostotę – Bang, zwrotka, refren, solówka, zwrotka, refren, bang i koniec – rzekł. Motorhead na żywo jak i cała dyskografia jest potwierdzeniem tych słów. To nigdy nie był zespół od czarowania solówkami na koncertach – oni mieli inne zalety. Na żywo grali nieco szybciej niż na płytach, ale za to dużo, dużo głośniej i chociaż wydaje się zupełnie niemożliwe, miało to jeszcze większego kopa niż w studiu. To są doskonałe albumy! Proste granie, ale trafiające prosto między oczy! O to przecież chodzi w metalu. I zważcie, że chłopaków szanują wszyscy od punków po black metalowców. O czym to świadczy? Każdy sam sobie może odpowie na to pytanie. 🙂

Odpowiedz
DMW 2 grudnia 2019 at 23:52
0

Lemmy wydając kiedyś którąś reedycję tego albumu, napisał w jego wkładce: “Bezpieczny seks, bezpieczna muzyka, bezpieczne ciuchy, bezpieczny spray do kłaków, bezpieczna warstwa ozonowa. Za późno. Wszystko, co do tej pory osiągnięto w historii ludzkości, osiągnięto poprzez olanie bezpieczeństwa…”. Prawdziwe? Prorocze??? Jak najbardziej. Wielbię album Overkill ponad wszystko, co Lemmy wypuścił w ciągu swej płodnej (heh!) kariery. 🙂 Ale Bomber mu w niczym nie ustępuje, nie licząc jedynie chronologii. 😉 To kwintesencja stylu tego Kochanego Brzydala, za którym chyba wszyscy tęsknimy! Już pierwszymi dźwiękami tytułowego Overkill chłopaki oznajmiają, że o żadnej litości mowy tu nie ma. Gdzie zwykli śmiertelnicy mówią dość, Lemmy zaczyna swoją napierdalankę. Płytę otwiera perkusyjny łomot, jakiego wówczas świat nie słyszał. Ja oczywiście tych czasów nie pamiętam, ale nie znam żadnego albumu z tamtego czasu, który brzmiałby tak wściekle. Venom dopiero się rodził… Za ciosem idzie szaleńczy bas Rickenbacker, a dobija przesterowana na maksa gitara. Na takim gruncie ochrypły głos szefa Motörhead wypada wybornie. Ostro podkręcili tempo. W tym kierunku podąża kolejny Stay Clean (solo odgrywa tu bas który posłużył – hmm – jakby za gitarę elektryczną solową! Niewykluczone, że była to inspiracja dla Cliffa Burtona). Zabójczy groove mają No Class, rozpędzony Tear Ya Down, wybuchający w połowie Limb For Limb. Dobrą robotę odwala piskliwa gitara Eddie’go „Fast” Clarke’a, a w garach „Zwierzaka” Taylora gotuje się, aż para bucha. Podwójny bęben basowy był wówczas wykorzystywany sporadycznie – do zaakcentowania lub przejścia. Nigdy nie stanowił motoru napędowego utworów. Taylor to zmienił. Zaprosił jednego dnia pozostałych muzyków, żeby zagrać im motyw, który wymyślił. Jego perkusja brzmiała jak karabin maszynowy, a rytm wybijany stopami wprost wgniatał w ziemię – tak właśnie powstał motyw napędzający utwór „Overkill”. Toż to klasyczny skład Motörhead!!! Jest też kilka „ciężarowych” numerów o nieco mrocznym klimacie, jak Capricorn czy Metropolis. Zaś Damage Case brzmi jak profanacja patentów boogie. Ale w dobrym guście. Ociekająca gęstym, rozżarzonym metalem!!! 🙂 To są filary, to są podstawy ostrego łojenia. Nie znać tego i nie mieć na półce, zwłaszcza w tak pięknym wydaniu, to jak chodzić bez gaci po dzielni! 😀

Odpowiedz
Marta 3 grudnia 2019 at 01:02
0

“Overkill” i “Bomber” to albumy-ikony, których legenda do dziś wpływa na rzesze kolejnych pokoleń muzyków i fanów na całym świecie i praktycznie spośród wszystkich gatunków muzycznych. Motorhead to taki zespół środka – szanują go pancury i black metalowcy. Ale chyba jednak w moim prywatnym rankingu dzierży palmę pierwszeństwa i to nie tylko tego chronologicznego płyta “Overkill”, ponieważ to album wyjątkowy i ponadczasowy, nic zatem dziwnego, że wytwórnia BMG wraz ze spadkobiercami Lemmy’ego, Eddie Clarke’a i Phila Taylora postanowiła z przytupem uczcić jej 40-lecie (wraz z drugim solenizantem, albumem “Bomber”, wydanym w tym samym 1979 roku). Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam ten album u Taty wśród jego kolekcji winyli, to moją uwagę przykuł przede wszystkim eksplodujący Snaggletooth, z wyraźnie zaznaczonymi charakterystycznymi atrybutami czyli monstrualnymi kłami, szpikulcami w czaszce, kółkiem w nozdrzach i łańcuchem rozciągniętym pod rozwartą paszczą (tak samo rozdzielony jest napis tytułowy, choć nie do końca, bo połączony jest taką cienką czerwoną linią) – to jedna z najbardziej klasycznych, oryginalnych okładek w tej branży. A muza? No cóż, rewolucja. Nie chyba co się rozpisywać. Każdy to zna, a przynajmniej powinien, bo to podwaliny późniejszego metalu i to szeroko rozumianego. Nie mogę uwierzyć, że Lemmy’ego już nie ma TU! Wydawał się nieśmiertelny jak tak niezdrowy tryb życia, jaki prowadził… Lemmy to był gość! Sukinsyn skończony, pijak, ruchacz, hazardzista, kowboj i co tam komu przyjdzie do głowy (każdy swoją łatę umie dokleić). 😀 Głupi nie był, choć czasami na takiego się zgrywał, wręcz przeciwnie. Wiele jego wypowiedzi zachowało się w rock and rollowym świecie jako sentencje i złote myśli. A nawet niektóre jego spostrzeżenia rozwalają swoją prawdziwością. Udowadniał to i w tekstach piosenek, i w wywiadach, i ponoć w rozmowach towarzyskich. Przy czym był szczery do bólu! I ja takich ludzi najbardziej szanuję a nie słodkopierdzących fałszywców, którzy wbiją ci nóż w plecy, gdy tylko się odwrócić nieostrożnie… Dobra, kończąc mój długawy wywód, uważam album “Overkill”. Jeden z najlepszych albumów jakie kiedykolwiek powstały! W dodatku tu pięknie wydany. Byłabym zajebiście, ale to naprawdę zajebiście szczęśliwa, gdybym mogła go odpalić w odtwarzaczu. 🙂

Odpowiedz
Wiki 3 grudnia 2019 at 09:14
0

“Bomber “i “Overkill” to krążki klasyczne; z tego drugiego dobra połowa utworów (“Overkill”, “Stay Clean”, “No Class”, “Metropolis” czy “Capricorn”) stała się żelaznym punktem koncertów grupy. Co więcej, to płyta bez choćby jednego wypełniacza – całość utrzymuje najwyższy poziom od A do Z. Po prostu hit pogania hita hitem! Począwszy od jednego z moich ulubieńców – boogie na dopalaczach “(I Won’t) Pay Your Price”, poprzez oparty na klasycznych rock’n’rollowych resorach “Damage Case”, szybki i zwarty, momentami niemal punkowy “Tear Ya Down”, na dostojnie rozpędzającym się “Limb From Limb” skończywszy. No i taka minirecenzja mi tu wyszła, ale co zrobić. Kocham ten album! A Lemmy’ego w końcu poznał cały rockowy światek południowej Brytanii, szalał na koncertach The Beatles, był technikiem Hendrixa (!), grał w kilku kapelach przed założeniem swojej własnej, obserwował rodzącą się scenę punkową i NWOBHM. Dzięki tej płycie zrobiło się o nim naprawdę głośno! Dlatego ja twierdzę, że miał niemały wpływ na takie kapele jak Venom, Slayer czy Metallica, ponieważ to Kilmister jako pierwszy pożenił punk z heavy metalem, a te 3 kapele poszły o krok dalej i dodały do tej mikstury diabła i siarki. 😉 Lemmy’ego trudno było nie lubić. Wydawał się być człekiem, który miał swoją prostą i niewyszukaną filozofię życia, której się konsekwentnie trzymał. “Sex, Drink & Metal!” 😀 To taki idealny kompan do piwa, zioła i ktoś kogo warto było mieć po swojej stronie w trakcie kłopotów. Tak przynajmniej go sobie wyobrażałam. Dla mnie ten taki nieco złowrogi wygląd lidera, dziwnie sprawiał, że odbierałam Motörhead nie jako synonim mroczności, lecz jako jeden z najsympatyczniejszych zespołów na wszechrockowej scenie. I do dziś nie mogę uwierzyć, że Lemmy’ego nie ma już z nami. Przecież wydawał się być niepokonany!!! Lemmy podobno grał w grę w ostatnich godzinach po zdiagnozowaniu agresywnej postaci raka. 70-letni Lemmy został poinformowany o druzgocącej nowinie DWA dni przed śmiercią, ale zespół ujawnił, że siedział sobie w domu, grając w… swoją ulubioną grę typu bartop, którą Lemmy dostał z knajpki The Rainbow Bar and Grill w Sunset Strip w Zachodnim Hollywood, gdzie był, jak nietrudno się domyślić, stałym bywalcem. 😉 Nie wiadomo dokładnie, w którą grał, ale fani pisali, że widzieli nie raz Lemmy’ego na fociszach na Twitterze w barze grającego w… pasjansa.

Odpowiedz
Monika 3 grudnia 2019 at 10:31
0

Lemmy kiedyś powiedział mądrą rzecz „Ludzka natura jest winna za wszystko, za wszelkie zło na ziemi, prawda? Jesteśmy tylko chorobą na tej planecie. Matka Natura odrzuci nas jak jakieś niepotrzebne kraby. W każdym razie jest już za późno na to, co zrobiliśmy dla środowiska. Nasze dzieci będą nosić maski przeciwgazowe. Wszyscy będziemy się smażyć w piekle! Nie możesz czuć się bezpieczny. Życie nie jest bezpieczne. Twoja praca nie jest bezpieczna. Kiedy wychodzisz z domu, nie jest to bezpiecznie. Powietrze, którym oddychasz, nie będzie bezpieczne. To wszystko nie potrwa długo. Dlatego musisz cieszyć się chwilą”. Uważam, że Lemmy był mądrym facetem! 🙂 A “Overkill” i “Bomber” to pierwsze tak zajebiste płyty z najbardziej klasycznego okresu działalności tej grupy, które do spółki z “Ace Of Spades” zdefiniowały styl muzyczny, w jakim zespół poruszał się do samego smutnego końca czyli do czasów śmierci Lemmiego. Od samego początku zespół posiadał ten charakterny, luzacki, łatwo rozpoznawalny styl, wywodzący się z szalonego rock and rolla i łączący hardrockowy, a nawet już metalowy ciężar, moc z punkową wścieklizną i prostotą. To był taki mix niespotykany jak na tamten czas. Nie przypominam sobie, by ktoś grał podobnie. Siłą rzeczy po czymś takim, po takiej eksplozji, wulkanie świeżości, musiał zrodzić się Venom a za nim cały thrash metal. Dzięki temu grupa zdobyła popularność zarówno wśród słuchaczy modnego wówczas punku, jak i właśnie powstającego metalu. Przy czym jest to moim zdaniem muzyka pozbawiona największych wad tych stylów. Zagrana na luzie i z jajem, ale profesjonalnie. Czego np. wielu punkowcom brakowało. Motorhead niczego zaś nie brakowało. Mieli jaja! To muzyka szczera i chłoszcząca po plecach. W przeciwieństwie do typowego heavy metalu jest zupełnie bezpretensjonalna, a tym samym całkiem pozbawiona jego kiczu i taniego efekciarstwa, o smokach w tekstach nie wspominając… 😀 Nie jest to też tak prostackie granie, jak znaczna część punk rocka. Wyróżniają się zwłaszcza całkiem pomysłowe, jak na taką muzykę, partie basu – Lemmy nie ogranicza się do prostego plumkania czy podkładu, a gra w sposób podobny do gitarzysty prowadzącego, nierzadko ciekawie rywalizując z gitarzystą Eddiem Clarkiem o pierwszeństwo. Innym od razu rozpoznawalnym znakiem jest chropowaty, przepity i przepalony głos Kilmistera. Nie no, co tu się rozwodzić? Klasyk. Album nieśmiertelny. Podwaliny ciężkiego łojenia. Tę płytę trzeba mieć na półce a krążek musi się systematycznie obracać w odtwarzaczu. Nie ma bata! Fajnie, że wychodzą takie reedycje z szacunkiem dla prawdziwych fanów, bo z tego co widziałam, jest to naprawdę pięknie wydane. Takie powinny być standardy wydawnicze a niestety nie są zawsze. Także pięknie poproszę i pozdrawiam.

Odpowiedz
Agath 3 grudnia 2019 at 12:28
0

Overkill i Bomber, to moim zdaniem to najlepsze płyty Motorhead! Nie dziwię się, że akurat ją i Bombera wznowili. I cieszy mnie, że zrobili to porządnie a nie w jakiejś kopertce digisleeve czy coś w tym rodzaju… Nie cierpię takich wydawnictw a tu mamy wypas totalny! Ten album to miazga! Nic się nie zestarzał, nie ma słabych momentów. Wszystko tu jest na 100%! W stosunku do debiutu różnica jest kolosalna, jakby inny zespół!!!! Ciekawie zaaranżowano partie instrumentalne, np. przed refrenem w trakcie śpiewania Lemmy tylko trąca struny, kiedy zaś wykrzykuje magiczne “overkill”, wszyscy już zgodnie napierdalają na pełen etat. 😉 I ja to kupuję! Bezkompromisowa gra Phila na dwie stopy też nie była taką oczywistością w 1979 roku… Dwie centralki to raczej był instrument eksperymentatorów, czy tam jazzmanów, a tu proszę, wychodzi trzech zwierzaków (nomen omen) 😀 na scenę i robią taką rozpierduchę, jakiej świat do tej pory nie słyszał. No ok, był Black Sabbath, ale oni raczej specjalizowali się w wolnych tempach i ciężkich, takich pre- doomowych riffach. I właściwie tak jest od początku do końca tego genialnego albumu. Brak tu nagłych przyspieszeń, zmian tempa czy choćby kombinacji w intonacji. Bo i po co. Lemmy chrzanił eksperymenty. Taka zachowawczość to krok w dobrą stronę, szczególnie że Lemmy śpiewa tu nieco łagodniej i naturalniej. Kawałek No Class, pokazuje jedynie, jakie cuda można zrobić z głosem Lemmy’ego, jeśli przesączyć go przez jakieś filtry. Nie wiem czego tam wtedy używali, ale wyszło fajnie. Ten album to KVLT!!! ;))) To był początek nowej ery. Lemmy i ekipa raczej wykonywali brudną odmianę rock’n’rolla, a poza tym pozycja zespołu była po obu płytach z 1979 roku ugruntowana, podczas gdy scena NWOBHM dopiero się rodziła i musiała się jakoś opowiedzieć wobec fenomenu, jakim był album Overkill. No i co było dalej wszyscy wiemy… 😉 „Wolę umrzeć niż żyć życiem, które oznaczałoby całkowite porzucenie wszystkiego, co sprawia, że ​​życie jest warte życia. Nie chcę długo żyć z drenami w nosie czy być karmiony sondą”. Zauważcie, że spełniło się postanowienie Lemmy’ego. Smutne, ale tak chciał – żyć szybko i umrzeć szybko bez ceregieli.
Pozdrowionka!

Odpowiedz
Ada 3 grudnia 2019 at 15:24
0

Myślę sobie, że warto zacząć od stwierdzenia, że ​​już na drugiej płycie Motorhead stworzył najlepszy album z całej swojej dyskografii. “Overkill” dosłownie zasługuje na swoją nazwę! Tu nie ma litości. Ale ja osobiście Motorhead najbardziej doceniam za konsekwencję i spójność stylistyczną. Lemmy i spółka nigdy nie silili się na penetrowanie nowych rejonów muzycznych i zaskakiwanie słuchaczy. Przez blisko pół wieku swojej kariery grali – jak sami mówili – po prostu rock’n’rolla. Ich bardzo charakterystyczny styl musiał mieć jednak swój początek. Nie zaczął się jednak w pełni na debiutanckim krążku. Dopiero drugi album “Overkill” pokazał zespół jako pędzącą do przodu, ciężką i zadziorną maszynę, która stała się inspiracją dla setek wielkich zespołów w latach późniejszych. Na “Overkill” słychać już znaczny postęp. Zarówno w kwestii brzmienia, jak i samych kompozycji, tym razem wyłącznie premierowych i moim zdaniem ciekawszych. W każdym razie wiele z nich stało się koncertową klasyką, żeby wspomnieć tylko o tytułowym “Overkill”, “No Class” (oba były także umiarkowanymi przebojami singlowymi), “Metropolis”, czy moim zdecydowanym faworycie z tego longplaya – “Stay Clean”, wyróżniającym się fajną solówką na basie. Warto też zwrócić uwagę na wolniejsze “Capricorn” i “Metropolis”, będące jedynym – nie takim znów dużym – urozmaiceniem tego doskonałego albumu. Overkill jest najbardziej znany z tego, że ma KOLOSALNY wpływ na ekstremalne podgatunki metali, tak bardzo, że nie sposób tego przecenić! To jest właśnie największa sztuka, żeby konsekwentnie grać swoje, rozpoznawalne od pierwszej sekundy ale zarazem świeże, zawsze inne i nie nudzące. Lemmy’emu się to udało i za to jest nieśmiertelny! Oczywiście Lemmy to nie tylko heavy metal. To także ikona pewnego stylu życia. Lemmy spał z dwoma tysiącami kobiet. Żartuję, to wszyscy wiedzą i raczej żadna to ciekawostka czy nowość, chociaż ile było ich naprawdę, to pewnie on sam nie wiedział, bo się pogubił. 😀 Ale! W magazynie Maxim Lemmy zajął ósme miejsce w rankingu Living Sex Legends. Hehehe, ciekawe, kto go wyprzedził. 😀 Jak to często bywa, gitara Lemmy’ego była magnesem dla dziewcząt. Po ujrzeniu w szkole dziewczyny w której się zakochał, chwycił gitarę matki i zabrał ją do szkoły, mimo że w ogóle nie umiał wówczas na niej grać. Lemmy stwierdził potem: “W tym czasie wystarczyło mieć gitarę, żeby laski za tobą sikały”… 🙂 Aaa, jeszcze ważna sprawa mi się przypomniała. Lemmy w czasach gdy Sex Pistols stawiał pierwsze kroki na punk rockowej scenie, był już dość znanym muzykiem w UK. I podobno sam Sid Vicious prosił Kilmistera, by ten nauczył go grać na basie. No i podobno Lemmy podjął się tego zadania, ale wkrótce skapitulował i stwierdził, że Sid był beznadziejnym przypadkiem ucznia. 😀

Odpowiedz
Asia 3 grudnia 2019 at 15:30
0

uwielbiam jak wszystko co nagrał Lemmy z chłopakami. Na tym się wychowałam i to mnie kręci! To po prostu klasyka – kwintesencja rocka, metalu, rock’n’rolla – ze święcą szukać czegoś bardziej archetypicznego. Te kilkadziesiąt minut rock’n’rollowo – metalowego łojenia, to jeden z najważniejszych i najlepszych albumów wszech czasów – i to nie tylko metalowych, ale rockowych też. Motorhead to wykonawca w ogóle cholernie ważny dla metalu – ich wpływ na współczesną muzykę metalową jest nie do przecenienia. Przecież to oni pierwsi zaczęli pozytywnie spoglądać w stronę punk rocka, doceniając jego wkład w odświeżenie rock’n’rolla. Lemmy miał trochę fuksa. Motorhead po prostu „wstrzelił” się z właściwą muzyką we właściwym czasie. Punk zaczął się przejadać swoim niekontrolowanym szarpidructwem i gawiedź zapragnęła czegoś z lepszym pierdolnięciem, ale bardziej, hmmm, ogarniętego. W ten oto sposób wypłynął nurt zwany powszechnie New Wave Of British Heavy Metal, a kapela Kilmistera – chcąc, nie chcąc i pomimo faktu, że muzycznie trudno nazwać ją przedstawicielem NWOBHM sensu stricte – wpasowała się w nową modę idealnie… A to wznowienie jest doskonałe. Tak powinno się wydawać płyty! A nie np. jak Metallica wznowiła swoje klasyczne albumy w bieda-kopertach jak jakieś promówki z lat 90-ych. Oczywiście są i wypasione boksy, ale widziałam w Empiku „Kill ‘em All” i „Ride The Lightning” w kopertach, no to myślałam, że krew mnie zaleje. W dodatku mało to nie kosztowało…

Odpowiedz
Agnieszka 3 grudnia 2019 at 16:01
0

Walczę o płytę „Overkill” i „Bomber” to pierwsze prawdziwie klasyczne płyty Motorhead – wciąż jest to bardzo bluesowe zwierzę, ale to tylko kilka nut, a te album ygeneralnie zawierają wiele metalu czy nawet speed metalu! To jedne z najbardziej wpływowych płyt inspirujące wczesną scenę thrashową. Jasne, zespoły takie jak Iron Maiden, Judas Priest, Diamond Head, Angel Witch, Scorpions i Accept miały swoje role w tworzeniu wczesnego heavy metalu, wznoszeniu na nowe wyżyny prędkości i intensywności, ale to Overkill i Bomber naprawdę pokazał pierwsze odcienie thrashu. Motorhead rzuca tu słuchaczowi tak wiele niesamowitych pomysłów! Między innymi, szalone bębnienie, ostre, przesterowane nuty basowe grane przez Lemmy’ego, które nawet brzmiały jak gitara rytmiczna oraz hałaśliwe, punkowe gitarowe riffy Clarka, które charakteryzowały zespół od samego początku. „Overkill” dla młodych ludzi powinien być świetnym startem na rozpoczęcie znajomości z tą kapelą. Ostry głos Lemmy’ego stał się jeszcze ostrzejszy niż w debiucie. Ma jednak wciąż bardzo młodzieńczą barwę. To oczywista poprawa na polu wokalnym. Gra basu Lemmy’ego jest również doskonała. Zaś Phil „Philthy Animal” Taylor wykorzystuje technikę gry na perkusji na 2 bębny basowe, którą co najmniej spopularyzował, o ile nawet nie wynalazł. To, wraz z ostrym wokalem, intensywną prędkością i szorstkim basem, przyczyniło się do powstania thrash metalu. Metallica i Overkill, którzy posunęli się nawet do wzięcia nazwy z albumu, byli niezwykle zainspirowani płytą „Overkill” Motorhead. „Overkill” pokazuje charakterystyczny dźwięk zespołu na najwyższym poziomie pod względem szybkości, brutalności i umiejętności pisania chwytliwych piosenek. Jest tu wszystko, od bluesowego, wolniejszego „Capricorn” po ekstremalnie szybkie metalowe piosenki, takie jak „Overkill” i „No Class”, które wraz z „Damage Case” są najlepszymi utworami. Przy zakupie wybrałabym właśnie tę wersję, która zawiera ścieżki bonusowe, ponieważ nie robią nic, aby tłumić wrażenia, a album jest jeszcze lepszy dzięki ich włączeniu. Zajebiście brzmią te kawałki po prostu! Prawie jak na „No Sleep ‘till…”. Nawet bez nich ten album zabija na wszystkich poziomach, a jeśli były to b-strony, które zostały pominięte, to uważam, że naprawdę wykorzystali najlepszy materiał, jaki mieli. Prawda jest taka, że żadnego z tych krążków szanującemu się fanowi rocka i metalu nie trzeba specjalnie przedstawiać. To właśnie on, a nie debiutancki krążek, w pełni przedstawił światu zespół, który miał stać się jedną z największych legend w historii muzyki. Nie ma żadnego przypadku w tym, że przynajmniej połowa numerów z tej płyty (obok tytułowego „Overkill”, także „Stay Clean”, „Capricorn”, „No Class”, „Damage Case” czy „Metropolis”) do samego końca istnienia grupy  gościła w jej koncertowych setlistach. Ten krążek to po prostu kwintesencja brzmienia Motörhead – przez 35 minut Lemmy, „Fast” Eddie i „Philthy Animal” atakują nas z głośników swoją charakterystyczną mieszanką punk rocka i heavy metalu, miażdżąc wszystko na swej drodze z mocą rozpędzonego pociągu bez choćby krótkiego przestoju. Ostatecznie historyczne znaczenie tego albumu jest niezaprzeczalne! No i kończąc moją pisaninę. 😉 Każdy kolekcjoner płyt ma takie swoje wstydliwe braki na półce… Jednym z moich jest właśnie ten album. Mam go jedynie na starej zdezelowanej kasecie i znam na pamięć, ale wypadałoby mieć na CD. 😉

Odpowiedz
Justyna 3 grudnia 2019 at 17:38
0

“Bomber” to dla mnie to taki sam klasyk jak “Overkill”. Takim jest z pewnością numer tytułowy, który przez całe dekady (aż do samej śmierci Lemmy’ego) otwierał występy Motorhead. Z tego co wiem, sporą popularnością wśród fanów cieszy się także otwierający album kawałek „Dead Men Tell No Tales”, poświęcony osobie producenta obu wchodzących w skład boxu „1979” krążków, Jimmy’ego Millera, który w tamtym czasie pod wpływem znajomości z beztroskimi muzykami The Rolling Stones bez opamiętania oddawał się narkotykowym ekscesom… 😉 Hehe, tak jakby Lemmy, Fast i Philthy Animal byli święci…. xDD Nawet sam Ozzy był pełen podziwu dla Lemmy’ego. Otóż Ozzy wspominał wizytę w mieszkaniu Lemmy’ego wiele lat temu, aby pożyczyć jakąś książkę o II wojnie światowej. Na miejscu zauważył kilka pustych butelek z bourbonem na parapecie, ale niewiele o tym wtedy myślał. Butelka w domu rockmena nikogo nie dziwi, zwłaszcza drugiego rockmena. Kiedy tydzień później wrócił, by zwrócić książkę, liczba butelek na półce wzrosła do pięciu lub sześciu. „Powiedział wtedy:„Lemmy, co ty kurwa robisz? Kolekcjonujesz te pierdolone butelki z burbonem?”- wspominał Ozzy. Ozzy stwierdził później słyszał, iż w USA jest 138 różnych rodzajów bourbona, i postanowił wypróbować jeden z nich. Stwierdził jednak, że to dla niego pieprzone piekło i dał sobie z burbonem na luz. Dziwił się Lemmy’emu, że on po tym świństwie oddycha… 😉 W mojej głowie zostaje także ciężki marszowy kawałek „Sweet Revenge” czy pobrzmiewający bluesem „Step Down”, w którym zamiast Lemmy’ego w rolę wokalisty wyjątkowo wcielił się „Fast” Eddie Clarke. Może i nie znajdziemy na tym albumie tylu hitów co na „Overkill”, jednak sam fakt, że niewiele ponad pół roku po premierze tak znakomitej płyty udało się panom z Motorhead przygotować równie dobry materiał, zasługuje na spore uznanie. A wiedzieliście, że piosenka „Sacrifice” została wykorzystana w filmie „Tromeo and Juliet”, w którym pojawia się Lemmy jako… narrator! 😀 Ciekawy film. Szokująca wersja szekspirowskiego dramatu, pełną seksu i przemocy historia miłości Romea i Julii. Julia to urocza i nieśmiała dziewczyna, której jedynymi seksualnymi partnerami do tej pory byli: kucharka-lesbijka oraz… maltretujący ją ojciec. Tromeo z kolei okazuje się niewyżytym młodzieńcem, który zniechęcony nieudanymi związkami, szuka miłości w internecie (jest coś obleśnie rozczulającego w scenie, w której Tromeo przeglądając pornowitryny spośród takich kategorii jak ‘nastolatka’, ‘perwersje’ czy ‘azjatki’ wybiera… ‘prawdziwą miłość’ 😀 Umierający kompan Tromea wyznaje więc na łożu śmierci, że jest gejem, Cappy preferuje pieszczoty z własną córką, nie zabrakło nawet księdza-pedofila. A doskonałą puentą filmu mógłby być tekst jednego z debilowatych kuzynów Julii: “(…) wiesz, jaki jest teraz świat. Mamy seks grupowy, zboczeńców, anoreksję, wszystko jest teraz stylowe. Jeżeli jeszcze dołożymy do tego odrobinę kazirodztwa, niedługo cały ten świat będzie jak jedno wielkie przytulanko”. Prawdziwe, co nie? Nie ma żadnych sztywnych reguł, dobrego aktorstwa ani nawet porządnego scenariusza, liczy się przecież spontaniczność, wariactwo, radość tworzenia i zrobienie czegoś, czego widz absolutnie nie jest w stanie przewidzieć. Jakoś mnie to nie dziwi, że Lemmy zechciał w tym filmie wystąpić i zrobił to! 😀
Pozdrawiam,

Odpowiedz
Tomek 3 grudnia 2019 at 17:51
0

Bomber w niczym nie ustępuje Overkillowi! 🙂 Lemmy w 1979 roku stał się ikoną i szanowaną osobistością swojego nurtu, by nie rzecz, że pierdoloną instytucją – podziwianą i szanowaną przez kolejne pokolenia muzyków. Zresztą Motorhead to nie tylko muzyka. To także styl życia. Było trzech takich gigantów metalu, którzy mnie mocno zainspirowali nie tylko muzyką ale i swoimi osobowościami – Piotr Ratajczyk, Ozzy Osbourne i właśnie Lemmy Kilmister. 🙂 Wiele ich łączyło… 😉 No i dwaj już są po drugiej stronie… 🙁 A i z Ozzym coś ostatnio kiepsko jeśli chodzi o zdrowie, więc wypada chyba tylko złożyć ręce do modlitwy i słać maila do ordynariatu polowego o różaniec i zdrowaśki za Ozza, by jak najdłużej żył z nami!!! Lemmy mówił kiedyś, że prawie… ożenił się, kiedy był młody, z powodu presji społecznej w tamtym czasie. „To wielka pokusa, by się dopasować do społeczeństwa” – przyznawał. Mówił jednaj, że cieszy się, że oparł się tej szczególnej pokusie, hahaha.
No ale wracjąc do Motorhead… To również marka, ograniczająca się nie tylko do wysokonakładowych płyt-z czego żadna nigdy nie była słaba (owszem bywały lepsze i nieco mniej udane, ale Lemmy nigdy nie wypuścił kichy!), ale również obejmująca chociażby serię produktów alkoholowych 😀 (wino, wódkę oraz piwo – a smaczne jebaniutkie było! Piłem! 😀 – sygnowane przez zespół). Co by nie mówić, Lemmy nie był w ciemię bity i radzić sobie potrafił. A pozycję, którą przez te wszystkie lata osiągnął była (nie mogę przywyknąć do czasu przeszłego… :((( ) wynikiem nie tylko jego talentów, ale również cech charakteru takich jak szczerość (i to do bólu!), upór i bezkompromisowość. Stąd hats off to Lemmy. To co Lemmy zaprezentował na Overkill i Bomber to hałaśliwy, brudny i ekstremalny rock’n’roll w wydaniu niezwykłego zespołu. Czyli to co tygryski lubą najbardziej! Oba albumy są wybitne i potwierdzają swoją ponadczasową klasę. To nadal nieprzerwana inwazja szorstkiego, męskiego, nafaszerowanego testosteronem i burbonem gitarowego rocka. Warto życzyć dzisiejszym znudzonym już na starcie wykonawcom, by ich obecnie wydawane płyty miały za 40 lat taką siłę i magię jak Lemmy ze swoim szalonym zespołem miał wtedy, gdy ja waliłem w pieluchę! 😀

Odpowiedz
Iza 3 grudnia 2019 at 19:15
0

Overkill i Bomber z naciskiem na ten pierwszy, to kanon, który po prostu trzeba mieć. Kto wie, może gdyby nie longplay Overkill nie byłoby dziś heavy metalu w takiej formie. Lemmy & Co. Otworzyli pewną furtkę młodszym muzykom. To fakt niezaprzeczalny. Może thrash metalowy Overkill nie miałby swojej nazwy? 😉 Wiadomo, że wywodzi się ona z terminologii wojskowej ale wiadomo też, że DD Verni to wielki fan Motorhead. 🙂 Album przede wszystkim stworzył niepodrabialny styl Motorhead, którego zespół trzymał się praktycznie do samego końca działalności. Hybryda punka, rocka i heavy metalu, zagrana z ogromną mocą pędzącej lokomotywy. To była moc natury basisty i wokalisty Lemmy’ego, gitarzysty Fasta’a i perkusisty Philthy Animal’a. Alchemiczna magia która iskrzyła z tego tria zmieniła życia milionów fanów na świecie! Kocham ten album! Członkowie zespołu byli prawdziwą rock’n’rollową kompanią braci, która pędziła jak rakieta, bez możliwości hamowania! To wszystko złożyło się na powstanie legendy. Overkill zaczęło też lawinę ciężkiego grania, które osiągnęło wielki sukces no bo przecież zostało wydane w przededniu ruszenia New Wave of British Heavy Metal i z całą pewnością przetarło szlaki takim zespołom jak: Saxon, Diamond Head, Iron Maiden i innym. Overkill było również wielką inspiracją dla wielu zespołów. Kto wie, czy thrash metal brzmiałby tak, jak brzmi, gdyby nie zadziorność Motorhead i podwójna stopa Taylora. To po prostu albumy – legendy. Lemmy rzekł zajebistą rzecz: „Nie jestem i nigdy nie byłem rasistą. I ty też nie powinieneś. W końcu, jak możesz nienawidzić ludzi? Nie możesz przecież powiedzieć, kto jest w porządku, a kto jest dupkiem! Politycy uwielbiają wykorzystywać temat rasizmu, który odwraca nas od siebie, odwracając uwagę od ich przekrętów. Ale spójrz na wojnę taką jak Wietnam – masz białych żołnierzy, czarnych żołnierzy, orientalnych i czerwonych mężczyzn razem we wspólnej sprawie, misji. Teraz jesteśmy tak zaawansowani i wysyłamy sondy kosmiczne do gwiazd. Co tam wysyłamy z nimi? NIENAWIŚĆ? Hasta la vista, skur*ysyny!” 🙂

Odpowiedz
Kika 3 grudnia 2019 at 23:05
0

„Overkill” to był sztos! Poważnie, nie mogę objąć rozumem tego, jak Motorhead może być tak głośny w 1979 roku, i można śmiało powiedzieć, że nic nie było tak mocne wtedy jak to, kiedy przecież rodziła się nowa fala brytyjskiego heavy metalu. To wówczas Motorhead zyskał miano „najgłośniejszego zespołu świata”. Było to oczywiście określenie symboliczne, ale na koncertach Motorhead nie brali jeńców. Również muzycy nie oszczędzali się, a tęgie imprezowanie stało się po prostu codzienną rutyną. Zasada ponoć była jedna, tzn. nie grali na kacu. Tak czytałam w książce. Po koncercie pili i ćpali na umór, ale w ciągu dnia odsypali, żeby na scenie wyjść wypoczętymi i świeżymi. Wówczas była to jedna prawdziwa rewolucja, a Motorhead był pierwszym zespołem, który w taki sposób zaczął grać. Ogólnie muzyka na „Overkill” była bardzo szybka i zadziorna. Po latach uznaje się, że był to pierwszy speed metalowy album w historii. Do tego Lemmy nie bawi się w żadnego wizjonera, tudzież poetę. Proste i bezpretensjonalne teksty o hazardzie, życiu w trasie, czy kobietach (cytat z „The Chase Is Better Than The Catch” brzmiący „You know I wanna shake your tree” jeden z tłumaczy dźwięcznie przetłumaczył jako „chcę wytarmochać ci kuciapę”, hahahaha) podkreślają tylko charakter twórczości zespołu, bazującego na prostocie i prostolinijności. Taki był Lemmy Kilmister i taki był jego Motorhead – szczery do bólu. I za to wielbię tę muzę i tych muzyków. I tylko żal tyłek ściska, że żaden z trzech oryginalnych muzyków już nie żyje. :((( A co do tych bzdurnych oskarżeń o propagowanie nazizmu, to nie wiem, co za kretyn to wymyślił. Lemmy mówił, że dorastając w Anglii po wojnie zamienił go w maniakiem historii, a on z pewnością ma niezwykłą wiedzę na temat epoki. Wraz z paradowaniem z Żelaznym Krzyżem na zdjęciach zespołu Lemmy zasłynął z gromadzenia pamiątek po II wojnie światowej. Ozzy nazywał mieszkanie Lemmy’ego „pierdolonym muzeum wojennym”, dodając: „Jeśli naziści kiedykolwiek będą chcieli zacząć od nowa, mogą pożyczyć swoje gadżety od Lemmy’ego, bo ma ich od pyty”. 😀 Jak wiecie, a może nie wiecie, Lemmy zbierał nazistowskie pamiątki i Żelazne Krzyże, co doprowadziło do oskarżeń go o prawicowe ekstremistyczne poglądy, co oczywiście było bullszitem, jednak Lemmy uważał się za – uwaga, uwaga – anarchistę, mówiąc, że „rząd powoduje więcej problemów niż rozwiązuje” (o to to, Korwinem pojechał 😀 ) i że jest antykomunistą, antyfaszystą oraz gardzi wszelkimi innymi skrajnościami będącymi z gruntu przejawem głupoty ludzkiej! A wiecie skąd Lemmy otrzymał swój przydomek „lemmy” – dzięki swojej niesamowitej umiejętności pożyczania pieniędzy. Po prostu non toper pożyczał kasę na fajki, alko i dragi i mówił dej trochę djenieg, dej. Wiem, że masz. Dej, bo mi się należo! Tak było, nic nie zmyślam.

Odpowiedz
Michał 4 grudnia 2019 at 12:31
0

Do wódy można posłuchać

Odpowiedz

Zostaw komentarz