Elf, tęcza i czarny sabat, czyli po prostu DIO – wspomnienie wybitnego artysty


Mało jest postaci w świecie heavy metalu i hard rocka, które budziłyby powszechny szacunek i uznanie, a jednocześnie miałyby tak niebagatelny wpływ na cały gatunek, jak Ronnie James Dio. Współpracował z największymi, sam tworzył, był inspiracją dla całych pokoleń muzyków.

Prywatnie skromny, uśmiechnięty, życzliwy, nie miał w sobie nic z ikony i gwiazdy rocka, którą niewątpliwie był. Jego śmierć, 16 maja 2010 roku, była prawdziwą tragedią dla milionów fanów na całym świecie. Dziś w rocznicę tego wydarzenia, możemy z rozrzewnieniem, ale również z wielkim szacunkiem wspomnieć tę wyjątkową postać. Czy wiecie, dlaczego na koncertach unosicie dłoń w charakterystycznym geście ułożonym w diabelskie rogi?

Ronald James Padavona.

Tak naprawdę nazywał się nasz bohater, urodził się w 1942 roku w rodzinie włoskich, katolickich imigrantów w miejscowości Pourtsmouth na wschodnim wybrzeżu USA. Od najmłodszych lat wykazywał wielkie zainteresowanie muzyką, a także muzykalność, którą pielęgnowali jego rodzice. Jako mały chłopiec zasłuchiwał się wprost w operach.

W wieku pięciu lat zaczął ćwiczyć też grę na trąbce. Już w szkole średniej stworzył swój pierwszy zespół – The Vegas Kings, który grał najpopularniejszy wówczas rock’n’roll. Dio objął w nim rolę basisty. Po kilku zmianach składu i nazwy kapela, już jako Ronnie and the Red Caps, zarejestrowała swoje pierwsze nagrania. Mogą być one szokiem, dla kogoś, kto zna Dio tylko z metalowego okresu kariery.


Dio swój pseudonim sceniczny przyjął na samym początku lat 60.

Inspiracją dla niego była postać włoskiego gangstera, Johnny’ego Dio. Choć jest również wersja, wedle której to babcia Ronniego miała mówić o nim, że jest darem od Boga, a Bóg po włosku to właśnie Dio. Do babci Ronniego jeszcze wrócimy…

Przez niemal całe lata 60. Dio zmieniał składy i nazwy swojego zespołu, wydawał wiele singli i wciąż obracał się w kręgu rock’n’rolla. Zwrot w kierunku coraz popularniejszych wówczas cięższych brzmień nastąpił w 1967 roku. Wtedy to Dio założył kapelę o nazwie The Electric Elves, w której objął rolę wokalisty i basisty. Dziś można oceniać, że zespół grał hard rocka z bardzo mocnymi elementami bluesa. Później nazwę skrócono do The Elves, by w końcu w 1972 roku wydać pierwszy album już jako zespół „Elf”.



Zespół wydał w sumie trzy albumy i zyskał całkiem sporą popularność na wschodnim wybrzeżu USA. Ukoronowaniem kariery Elfa było supportowanie koncertów wielkiej gwiazdy tamtych czasów, czyli Deep Purple. To wówczas Ronnie James Dio poznał Ritchiego Blackmoore’a, któremu styl śpiewania Dio tak bardzo się spodobał, że gdy tylko odszedł z Purpurowych i powołał do życia swój solowy projekt, czyli Rainbow, zaproponował Dio udział w nagraniach, na co ten zgodził się. Tak zakończyła się historia zespołu Elf.

Współpraca z Blackmoorem okazała się wielkim sukcesem.

Dio nagrał z Rainbow trzy świetne, zarówno pod względem artystycznym, jak i komercyjnym płyty. Dał się też poznać szerszej publiczności nie tylko jako świetny wokalista, ale również charyzmatyczny frontman. Wiele z kompozycji z okresu Dio w Rainbow weszło już na stałe do kanonu hard rocka. Niestety, Dio nigdy nie był liderem Rainbow, bo władzę w zespole niepodzielnie trzymał Blackmoore, który w 1979 roku uznał, że koniec ze śpiewaniem o smokach i rycerzach, czas na coś bardziej przystępnego, a do takiego grania szlachetny głos Dio mu nie pasuje, więc nasz bohater tymczasowo nie miał zajęcia.

W tym samym czasie wewnętrzny konflikt rozsadzał inny bardzo znany zespół, czyli Black Sabbath.

Ostatecznym skutkiem było odejście Ozzy’ego Osbourne’a z kapeli. Managment Black Sabbath zapoznał Tony’ego Iommiego z Dio, którzy od razu zaczęli nadawać na tych samych falach i jeszcze 1979 roku Ronnie James został przedstawiony jako nowy wokalista Black Sabbath. Gdybyście byli zainteresowani bardziej, jak doszło do tej współpracy, polecamy nasz artykuł na temat powstania albumu “Heaven and Hell”. Pomimo wielkiego sukcesu komercyjnego i artystycznego tej i następnej płyty, drogi Dio i Sabbath rozeszły się w 1982 roku.

Nie ma jednak tego złego, bo Dio nie zamierzał rezygnować z grania i nagrywania.

Potrzebował po prostu więcej przestrzeni, której nie dawała mu współpraca z tak silnymi osobowościami, jak Blackmoore wcześniej, czy Iommi później. Decyzja mogła być tylko jedna – założenie własnej kapeli. Jak wiadomo, nazwa musi być chwytliwa, łatwa do skandowania i jednoznaczna. Padło więc na… DIO.

Była to kapela, której Dio był wierny najdłużej, nagrał z nią w sumie dziesięć albumów studyjnych, z których co najmniej kilka, zwłaszcza dwa pierwsze, to obecnie elementarz muzyki metalowej. Pomimo kilku przerw i licznych zmian składów (Ronnie James Dio ostatecznie pozostał jedynym oryginalnym członkiem) zespół cały czas albo nagrywał, albo koncertował. Ostatni koncert Dio odbył się w 2008 roku.

W tym miejscu warto jeszcze wspomnieć, że Dio w latach 90. na krótko wrócił do Black Sabbath i nagrał umiarkowanie przyjętą płytę „Dehumanizer”.

Brał również udział w licznych projektach pobocznych i pojawiał się gościnnie na wielu albumach. Warto odnotować jeszcze projekt pod nazwą „Heaven & Hell”, czyli zespół, który stworzył w 2006 roku z byłymi muzykami Black Sabbath (Iommi, Butler, Apice) i nagrał pod jego szyldem jedną płytę. Z tym zespołem Ronnie zagrał również swój ostatni koncert – w sierpniu 2009 roku.

W tym właśnie roku u muzyka zdiagnozowano raka żołądka. Choroba, pomimo wysiłków lekarzy i szybko podjętej terapii, wygrała. Ronnie James Dio zmarł 16 maja 2010 roku. Miał wtedy 67 lat.

Muzyk cieszył się wielkim uznaniem i sympatią całego metalowego świata, na jego pogrzeb ciągnęły tysiące fanów z wielu zakątków globu, a sama uroczystość stała się czymś więcej niż ostatnim pożegnaniem.

W 2014 roku muzycy z największych i najpopularniejszych kapel metalowych świata postanowili uczcić pamięć tego wybitnego artysty, nagrywając album z coverami utworów, w których współtworzeniu brał udział Ronnie James Dio.

Lista artystów jest wprost imponująca – Rob Halford, Motörhead, Metallica, Saxon, Scorpions, Anthrax, Killswitch Engage i wielu, wielu innych nagrali jeden z najlepszych albumów „Tribute” w historii. Na albumie znalazł się również jeden, niepublikowany wcześniej utwór w wykonaniu samego Dio. Można to uznać za symboliczne zamknięcie kariery.

Na koniec wróćmy do słynnych diabelskich rogów, które każdy fan metalu pokazuje na koncertach.

Rozpropagował je nie kto inny niż właśnie Ronnie James Dio. Używał tego gestu podczas swojej pierwszy przygody z Black Sabbath. Osobą, która nauczyła go tego gestu była… jego babcia. Dio w swoich wspomnieniach często podkreślał, że była to osoba bardzo religijna, ale również przesądna. Często wykonywała taki gest, aby odpędzić czyjeś złe spojrzenie, tak zwane „złe oko”, które mogło rzucić urok i przynieść nieszczęście. I również w ten sposób Dio wniósł coś do muzyki metalowej. Warto o tym pamiętać podczas następnego koncertu.

Fot. Materiały promocyjne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *