SPECJALNE

Prawdziwy “debiut” – 40. rocznica wydania „Overkill” Motörhead

Motörhead to jeden z tych zespołów, którzy fani najbardziej doceniają za konsekwencję i spójność stylistyczną. Lemmy i spółka nigdy nie silili się na penetrowanie nowych rejonów muzycznych i zaskakiwanie słuchaczy. Przez blisko pół wieku swojej kariery grali – jak sami mówili – po prostu rock’n’rolla. Ich bardzo charakterystyczny styl musiał mieć jednak swój początek. Nie zaczął się jednak w pełni na debiutanckim krążku. Dopiero drugi album „Overkill” pokazał zespół jako pędzącą do przodu, ciężką i zadziorną maszynę, która stała się inspiracją dla setek wielkich zespołów w latach późniejszych.

Klasyczny skład zespołu Motorhead

„Overkill” miało swoją premierę 24 marca 1979 roku – dokładnie 40 lat temu.

Muzycy z pierwszego i uznawanego za najbardziej klasyczny składu Motörhead nie byli wielkimi miłośnikami debiutanckiego krążka – wydanego w 1977 roku albumu „Motörhead”. Powodów tego było kilka. Przede wszystkim uważali, że album jest niedopracowany. Czasu na nagrania było bardzo mało – zasadniczą część materiału zarejestrowano zaledwie w dwa dni. Okazja do nagrania pojawiła się też nagle – zespół nie miał w pełni gotowego autorskiego repertuaru, więc musiał posiłkować się coverami zespołu Hawkind, czyli poprzedniego zespołu Lemmy’ego, a także standardami blues’owymi zagranymi jednak z o wiele ostrzejszym pazurem. Wszystko to sprawiło, że album „Motörhead” nie spełnił oczekiwań muzyków.

Rozczarowanie artystyczne było jednak w owym czasie najmniejszym zmartwieniem muzyków Motörhead.

Klasyczny skład MotorheadO wiele większym problemem był wydawca debiutu – Cheswick Records – który w minimalny sposób wspierał zespół. Nie promował płyty, nie zorganizował trasy koncertowej. Jedyne co zaoferował to okazjonalnie bookowanie pojedynczych koncertów. Problem był więc bardzo prozaiczny, ale jednocześnie poważny – muzycy w ogóle nie mieli pieniędzy. W krytycznym czasie, w 1978 roku, byli bardzo blisko całkowitego rozwiązania Motörhead.

Trudno dziwić się temu rozgoryczeniu, bo pomimo tego, że Motörhead było nowym zespołem, muzycy, którzy w nim grali, byli już doświadczeni. Nigdy jednak nie udało im się osiągnąć satysfakcjonującego sukcesu. Dość powiedzieć, że Lemmy w momencie nagrywania debiutu miał już 32 lata. Nie jest rzecz jasna wiek, w którym człowiek kładzie się do grobu. Niemniej na rynku muzycznym funkcjonował już od dekady, a cały czas był na jego marginesie.

Rękę do zespołu wyciągnęła wytwórnia Bronze Records.

O wiele większa i bardziej wpływowa niż poprzednia, ale wciąż niezależna. Jeden z managerów wydawcy usłyszał Motörhead na żywo i zaprosił ich do nagrania singla. Od jego powodzenia uzależnione miało być podpisanie kontraktu na nagranie płyty.

Członkowie Motörhead mieli świadomość, że muzyka, którą grają, jest niezbyt przystępna, więc zdecydowali się, że na singlu nie umieszczą autorskiej kompozycji, a cover – „Louie, Louie”. Utwór… nie spodobał się wydawcy, ale mimo wszystko został wydany i osiągnął umiarkowany sukces. Dotarł do 75. miejsca najpopularniejszych brytyjskich utworów, a dzięki koneksjom wydawcy Motörhead zaprezentował się na żywo w najpopularniejszym wówczas programie rozrywkowym Wielkiej Brytanii, czyli „Top of The Pops”. Drzwi do nagrania albumu stały więc otworem.

O ile droga do rozpoczęcia nagrywania była dość kręta i wyboista, o tyle samo nagrywanie przebiegło bardzo sprawnie.

Może z małym wyjątkiem – produkcją krążka zajął się Jimmy Miller. Był to wówczas bardzo uznany producent, który współpracował między innymi z The Rolling Stones. Dla muzyków Motörhead było to wyróżnienie, ale tylko do czasu. Okazało się bowiem, że Miler jest ciężko uzależniony od heroiny i nie wnosił nic konstruktywnego do pracy. Zdarzało mu się natomiast wyjść na chwilę do toalety i wrócić do studia po kilku dniach. Eddie „Fast” Clarke wspominał jedna, że i bez jego wsparcia utwory wychodziły spod palców muzyków niemal same, a Lemmy sprawnie pisał bardzo dobre teksty.

Prawdziwym rewolucjonistą okazał się jednak ówczesny perkusista – Phil „Philthy Animal” Taylor.

Swój zestaw perkusyjny rozbudował o dodatkową centralę i zaczął rozmyślać, jak wykorzystać ją w nagraniach. Podwójna centrala nie była wówczas czymś powszechnym, niemniej niektórzy perkusiści stosowali ją, m.in. Ketih Moon z The Who, a także perkusiści jazzowi. Podwójny bęben basowy był jednak wykorzystywany sporadycznie – do zaakcentowania lub przejścia. Nigdy nie stanowił motoru napędowego utworów. Taylor to zmienił. Zaprosił jednego dnia pozostałych muzyków, żeby zagrać im motyw, który wymyślił. Jego perkusja brzmiała jak karabin maszynowy, a rytm wybijany stopami wprost wgniatał w ziemię – tak właśnie powstał motyw napędzający utwór „Overkill”.

Dziś trudno wyobrazić sobie metal bez „podwójnej stopy”.

Wówczas była to jedna prawdziwa rewolucja, a Motörhead był pierwszym zespołem, który w taki sposób zaczął grać. Ogólnie muzyka na „Overkill” była bardzo szybka i zadziorna – po latach uznaje się, że był to pierwszy speed metalowy album w historii. Dzięki takiej charakterystyce Motörhead zdobył bardzo szerokie grono odbiorców – oprócz miłośników metalu hard rocka, zyskał też uznanie wśród miłośników punk rocka.

„Overkill” dotarło do 24. miejsca brytyjskiej listy najlepiej sprzedających się albumów.

Biorąc pod uwagę rodzaj muzyki, który znalazł się na krążku, było to wielkim sukcesem i otworzyło przed Motörhead drzwi do wielkiej kariery. Sukces ugruntowała trasa koncertowa – głównie po Wielkiej Brytanii, ale również w kilku krajach europejskich. To wówczas Motörhead zyskał miano „najgłośniejszego zespołu świata” – było to oczywiście określenie symboliczne, ale na koncertach Motörhead nie brano jeńców. Również muzycy nie oszczędzali się, a tęgie imprezowanie stało się po prostu codzienną rutyną. Zasada była jedna – nie grali na kacu. Po koncercie pili i ćpali na umór, ale w ciągu dnia odsypali, żeby na scenie wyjść wypoczętymi i świeżymi.

Dziś trudno przecenić wartość „Overkill”.

Album przede wszystkim stworzył niepodrabialny styl Motörhead, którego zespół trzymał się praktycznie do samego końca działalności. „Overkill” zaczęło też lawinę ciężkiego grania, które osiągnęło wielki sukces – zostało wydane w przededniu ruszenia New Wave of British Heavy Metal i z całą pewnością przetarło szlaki takim zespołom jak: Saxon, Diamond Head, Iron Maiden i innym.

„Overkill” było również wielką inspiracją dla wielu zespołów. Kto wie, czy thrash metal brzmiałby tak, jak brzmi, gdyby nie zadziorność Motörhead i podwójna stopa Taylora. To po prostu album-legenda.

Wyjątkowe wydania “Overkill” i “Bomber” z okazji Record Store Day.

Na 13 kwietnia 2019 roku zapowiedziano wydanie na 7-calowych płytach winylowych podwójnego rocznicowego singla Motörhead. Ukaże się na rynku nakładem BMG. Z okazji 40-lecia wydania „Overkill”, ale również kolejnego albumu, który także ukazał się w 1979 roku, czyli „Bomber” dla słuchaczy udostępniono tytułowe utwory z obu krążków. Na singlu obok „Overkill” znajduje się „Too Late Too Late”, a obok „Bomber” – „Over The Top”.

2019 rok to 40-lecie premiery przełomowych albumów “Overkill” i “Bomber”.

Okrągły jubileusz to doskonała okazja, aby oba tytułowe single ujrzały światło dzienne w gruntownie odświeżonej, limitowanej formie. To jednak nie koniec świętowania – czekajcie na kolejne mocne i ekscytujące newsy, jakie pojawią się na przestrzeni najbliższych miesięcy. Odwiedzajcie iMotorhead.com i bądźcie na bieżąco z pozostałymi aktualnościami!

Wyjątkowe wydania Overkill i Bomber zespołu Motorhead
PODWÓJNY SINGIEL
“OVERKILL / BOMBER”- PREMIERA 13.04.2019

RSD 2019 – PODWÓJNY SINGIEL NA WINYLU “SIÓDEMCE”

“OVERKILL”

Strona A: “Overkill”
Strona B: “Too Late Too Late”

“BOMBER”

Strona A: “Bomber”
Strona B: “Over The Top”

Fot. Materiały prasowe; BMG

Podobne artykuły

Evanescence po raz pierwszy w Polsce. 5 utworów, które musimy usłyszeć.

Albert Markowicz

Black metal w parze z symfonią – 25 lat “In The Nightside Eclipse” Emperor

Paweł Kurczonek

Zgarnij bilet na Metalmanię i pomóż Weronice oraz Bartkowi

Tomasz Koza

1 komentarz

Piotr 27 kwietnia 2019 at 15:13
0

Bardzo fajny artykuł, brawo dla autora!

Odpowiedz

Zostaw komentarz