SPECJALNE

Opieka nad dziećmi wg króla Heroda; 30 rocznica wydania “Altars Of Madness” Morbid Angel




“Robicie muzyce to, co król Herod zrobił opiece nad dziećmi” – zdaniem Davida Vincenta, (byłego już) wokalisty i basisty Morbid Angel, właśnie tymi słowami jedna z wytwórni odpowiedziała zespołowi w liście odmawiającym wydania albumu grupy. Dziś, 12 maja 2019r., mija dokładnie 30 lat od ukazania się pierwszej płyty zespołu. Płyty, która na zawsze zmieniła oblicze death metalu.

Morbid Angel należy do najpopularniejszych zespołów death metalowych.

Łączny nakład sprzedanych płyt grupy przekracza milion sztuk czyniąc ją jedną z najlepiej sprzedających się grup w historii death metalu – tak dzisiaj pisze się o zespole. Jednak początki grupy nie były takie różowe.

Początki Morbid Angel.

Zespół powstał w 1984r. w Tampa na Florydzie. Dlaczego właśnie słoneczny, gorący stan USA stał się miejscem, w którym śpiewano o śmierci i zniszczeniu? Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Gitarzysta Paul Masvidal (ex-Death) mówił, że Florydę zamieszkuje bardzo konserwatywna społeczność religijnych emerytów. Nie od dziś wiadomo, że muzyka bardzo często jest wyrazem buntu. Być może to właśnie dlatego Floryda stała się jednym z ośrodków prężnego rozwoju death metalu. Muzyka miała być buntem przeciwko skostniałej społeczności.

Jednak Trey Azagthoth, gitarzysta Morbid Angel, początki grupy opisuje w bardziej wyszukanych słowach:

(zespół) zgromadził się w 1984r., aby wznieść się poprzez celebrację darów pochodzących z triumwiratu: ducha, prawdziwej woli i daru tworzenia. To zawsze było naszym celem, być jego instrumentem na tej ziemi i pozwolić, aby jego wpływy przez nas przepływały i jednocześnie być bronią (…), która niszczy wpływy ciemiężyciela i fałszu.

Trey Azagthoth




Niechciana demówka.

Zanim “Altars Of Madness” ujrzała światło dzienne, Morbid Angel rozsyłał swój materiał demo do bodaj wszystkich możliwych wytwórni. David Vincent wspominał później, że ilość listów odmownych, jakie zespół otrzymał była imponująca, a rozmowy telefoniczne przebiegały mniej więcej tak:

– I jak Wam się podoba nasz materiał?
– Hmmm… no wiesz, musielibyście grać wolniej. No i te wokale powinny być bardziej melodyjne.
– Aaaa, walcie się!!
– [bip…bip…bip]

A jeżeli już ktoś był w stanie zaakceptować brutalną muzykę Morbid Angel, to najczęściej padały słowa, że na rynku muzycznym jest już wystarczająco dużo różnych aniołów (w tamtych czasach grały m.in. zespoły Death Angel oraz Angel Witch i zapewne jeszcze kilka innych), więc grupie na początku należy zmienić nazwę. Odpowiedź Davida na podobne stwierdzenia była, rzecz jasna, jedna.




Morbid Angel przeciera szlaki.

Sami zainteresowani nie przejmowali się kolejnymi odmowami, a na całą sytuację patrzyli, jak na udział w bitwie.

“Wiedzieliśmy, że musimy jeździć, żeby rozpuścić wici” – zaczyna wspomnienia Trey Azagthoth. “Wypatroszyliśmy szkolny autobus, zrobiliśmy z tyłu przestrzeń ładunkową, a z przodu ogrzewanie”. Tym autobusem bez klimatyzacji zespół pojechał do Teksasu w środku lata.

Gitarzysta grupy wspominał, że muzycy byli wówczas bez pieniędzy i nie zawsze mogli sobie pozwolić na zakup albo paliwa, albo jedzenia. Wg Treya zespół czuł się wtedy, jak oddział specjalny wdzierający się na terytorium wroga.

A “wrogie siły” miasta New Jersey na młodą grupę patrzyły równie niechętnie. Podczas jednego z wyjazdów, muzycy zostali zatrzymani i osadzeni w areszcie. Wątpliwości wzbudził wizerunek zespołu, a gdy podczas kontroli autobusu znaleziono broń, ludzką czaszkę i przedmioty związane z okultyzmem, padło podejrzenie, że zespół kogoś zamordował i wozi ze sobą jego czaszkę, jako trofeum.

Brutalny wizerunek Morbid Angel.

Podejrzenia policji były o tyle uzasadnione, że muzycy Morbid Angel prezentowali podczas swoich koncertów zaiste upiorny show. Trey Azagthoth regularnie się okaleczał, ochlapując własną krwią zarówno scenę, jak i zgromadzonych pod sceną fanów.

Kelly Shaefer (Atheist) wspominał, że zdarzało mu się obserwować muzyków Morbid Angel siedzących na zapleczu wokół kielicha, tnących się i krwawiących wspólnie do naczynia. Ile w tym prawdy, a ile legendy budowanej wokół zespołu? Zważywszy, że Trey jest osobą mocno zafascynowaną okultyzmem, można uznać, że za kulisami działy się różne dziwaczne i makabryczne rzeczy.

Rosnąca popularność.

Choć Morbid Angel miał jeszcze przed sobą długą drogę do podpisania kontraktu, popularność grupy w podziemiu stale rosła. Głównie za sprawą koncertów, na które niezmordowany zespół jeździł swoim zdezelowanym busem. Grali wówczas dla 40-50 osób, a gdy pojazd odmówił posłuszeństwa (co zdarzało się dość często), członkowie Morbid Angel sami go naprawiali na poboczu szosy. David Vincent mówił, że zespół był w tym czasie zawzięty i zdeterminowany, więc żadne przeszkody nie mogły stanąć im na drodze.

Popularność grupy rosła także za sprawą rozprowadzanych własnym sumptem kaset demo “Bleed For The Devil” i “Thy Kingdom Come”. “Szło się do pracy, odwalało się swoją robotę i wracało do domu, po czym (…) z miejsca zaczynało się grać” – tak wokalista grupy opisywał powstawanie materiału Morbid Angel. Grupa ćwiczyła wówczas po kilka godzin na dobę. I to właśnie podczas tych ćwiczeń powstawało sporo “porąbanego gówna”, jak David dosadnie opisuje materiał grupy.

Podglądanie innych.

Zespół nie tylko tworzył własny materiał. Muzycy w poszukiwaniu inspiracji słuchali również innych grup. Jedną z nich był brytyjski Napalm Death, zespół, który w historii Morbid Angel odegrał niezwykle ważną rolę. Po pierwsze, to właśnie dzięki kasecie Napalm Death (prawdopodobnie “Scum”) muzycy Morbid Angel odkryli blasty. Według opowieści to Trey Azagthoth zauważył Napalm Death. Podobno “biegał z kąta w kąt” wykrzykując kolejne słowa zachwytu pod kierunkiem brytyjskich kolegów po fachu.

Po drugie, co istotniejsze, to właśnie Mick Harris, perkusista Napalm Death zwrócił uwagę wytwórni Earache na Morbid Angel. Zaplanowany, jako wakacje, wyjazd Micka na Florydę skończył się na składaniu kolejnych wizyt tamtejszym zespołom. Jednym z tych zespołów był właśnie Morbid Angel. Próba, w której uczestniczył Mick, zainteresowała go tak bardzo, że otrzymane od muzyków taśmy przekazał wytwórni Earache.

Wytwórnie zmieniają front.

Pisałem wcześniej, że Morbid Angel miał ogromny problem ze znalezieniem wytwórni. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że grupy pokroju wspomnianego wcześniej Napalm Death, czy właśnie Morbid Angel, podpisując kontrakty z wytwórniami, nie tylko zapewniły sobie wsparcie korporacji, ale, co ważniejsze, otworzyły drzwi dla kolejnych zespołów grających najbardziej ekstremalne odmiany metalu.

Na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia, najwięksi wydawcy w końcu zaczęli dostrzegać potencjał komercyjny w ekstremalnym metalu, również za sprawą gigantycznego sukcesu Pearl Jam i Nirvany. Akurat te zespoły nie grały co prawda brutalnej, ekstremalnej muzyki, ale były traktowane przez wytwórnie tak samo po macoszemu.

W barwach Warner Bros., Atlantic, czy Columbia zaczęły się ukazywać płyty takich zespołów, jak Entombed, Carcass, Godflesh, czy właśnie Morbid Angel. A zespół Cannibal Corpse pojawił się w kinowym hicie “Ace Ventura. Psi Detektyw.” z Jimem Carreyem w roli głównej. Jeszcze kilka lat wcześniej taka sytuacja po prostu nie miała prawa mieć miejsca.

Nowy kierunek Morbid Angel.

Dla Earache wzięcie pod swoje skrzydła zespołów takich, jak Entombed czy Morbid Angel również było nowością. Co prawda wytwórnia wydawała wcześniej albumy grindcore’owe, jednak płyty wydane dotychczas pod szyldem Earache były zdobione domowej roboty grafikami kojarzącymi się raczej ze sceną punkrockową.

Wycyzelowany death metal wymagał sięgnięcia po inne środki.

Tym “środkiem” był Dan Seagrave, wówczas 18-letni grafik, który mógł się pochwalić zaledwie okładką przygotowaną na split thrashowych wesołków z grup Lawnmower Deth i Metal Duck. Szef wytwórni, Digby “Dig” Pearson, zobaczył grafikę w jakimś czasopiśmie i postanowił skontaktować się z Danem. Ten wziął na spotkanie z zespołem kilka projektów, malowanych pierwotnie na własny użytek. Wśród nich znalazł się obraz, który dziś możemy oglądać na “Altars Of Madness”.

Zainteresowanie zespołu i wytwórni pracami Seagrave’a otworzyło mu drogę do kariery. Dziś jego prace zdobią płyty takich zespołów, jak Entombed, Pestilence, czy Suffocation. Ciekawostką jest polski akcent! Okładka płyty “The Ultimate Incantation” Vadera to również praca Seagrave’a. Wróćmy jednak do Morbid Angel.

W końcu płyta Morbid Angel!

Nadchodzi wyczekany dzień. 12 maja 1989r. miał na zawsze zmienić oblicze muzyki. Właśnie w ten dzień na rynku ukazała się debiutancka płyta Morbid Angel, zatytułowana “Altars Of Madness”. David Vincent mówił, że muzycy grupy słuchali innych zespołów, ale jego zdaniem Morbid Angel przysłaniał je wszystkie. Podkreślał również, że muzycy nie uważali siebie za część jakiejkolwiek sceny muzycznej, a jego zdaniem Morbid Angel brzmiał inaczej, niż pozostałe, grające wówczas, zespoły. Megalomania? Być może. A może po prostu muzycy zespołu byli w pełni świadomi wagi nagranego materiału. Tak, czy inaczej…

…odbiór “Altars Of Madness” był więcej, niż dobry.

Wśród fanów – to oczywiste. Wśród recenzentów, którzy rozpływali się w zachwytach nad albumem. Słowo “genialny” w odniesieniu do utworu “Chapel Of Ghouls” pojawiało się nadzwyczaj często, a kompozycje z płyty weszły na stałe do kanonu gatunku. Ale album miał również ogromny wpływ na rozwój całej sceny deathmetalowej. Alex Webster (Cannibal Corpse) wspominał, że płyta “Altars Of Madness” stale gościła w odtwarzaczach zespołu. Albert Mudrian, dziennikarz muzyczny, debiut Morbid Angel określił mianem wyprzedzającego swoje czasy.

Wpływ „Altars Of Madness” wykraczał daleko poza Stany Zjednoczone.

Robban Becirovic z czasopisma Close-Up Magazine uważa, że wydanie “Altars Of Madness” zapoczątkowało falę popularności death metalu w Szwecji. Mówił, że przed wydaniem płyty nie było jasnego podziału między death, speed i thrash metalem wśród fanów. Był po prostu brutalny metal. Zdaniem Becirovica to właśnie debiut Morbid Angel otworzył wszystkim oczy na nadchodzącą nową jakość. Jego zdaniem, omawianą płytę kupił w Szwecji każdy. Dosłownie każdy. A powstające, jak grzyby po deszczu kolejne grupy death metalowe doprowadziły do całkowitego wyrugowania thrash metalu ze szwedzkiej sceny.

Sukces Morbid Angel obudził w niektórych chęć rywalizacji.

Glen Benton, basista i wokalista grupy Deicide mówił, że wniósł do sztuki więcej, niż Morbid Angel.

Kiedyś się cięli, ale to robią również nastoletnie dziewczynki. Podczas, gdy ja potrafiłem zabryzgać krwią całe miejsce.

Glen Benton

Tymi słowami próbował zdyskredytować starszych kolegów po fachu. Richard Christy (m.in. Iced Earth, Death), amerykański perkusista mówił, że między Davidem Vincentem, a Glenem Bentonem trwała zacięta rywalizacja, określił ich, jako Vince’a Neila i Axla Rose death metalu. W podobnym tonie wypowiadał się Trey Azagthoth, który mówił, że w tamtych czasach po prostu chciał wszystkich zniszczyć i przewyższyć inne zespoły. Rywalizację na scenie metalowej porównywał do antagonizmów pomiędzy raperami ze wschodniego i zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

Inaczej na temat rywalizacji wypowiadał się David Vincent.

Jego zdaniem nic podobnego nie miało miejsca. Z perspektywy czasu ciężko jednoznacznie stwierdzić, która strona ma rację. Ja skłaniałbym się raczej ku wersji o trwającej zaciekłej walce między zespołami, jednak David ostrożnie stwierdza, że jeżeli muzycy Deicide widzieli rywalizację między grupami i to ich napędzało i czyniło silniejszymi, to widocznie było to dla nich zdrowe.

Dalsze losy Morbid Angel.

Trey Azagthoth jest aktualnie jedynym członkiem Morbid Angel, który brał udział w nagrywaniu „Altars Of Madness”. Pozostała trójka, a więc David Vincent, Richard Brunelle i Pete Sandoval stopniowo rozstawali się z zespołem.

Pierwszy, bo już w okolicach 1993r. odszedł Richard Brunelle.

Później grał w zespole Paths Of Possession, a w 2018r. powołał do życia formację Mosaic Covenant. Grający na perkusji Pete Sandoval przeszedł w 2010r. operację kręgosłupa, która wyłączyła go z działalności artystycznej. A w grudniu 2013r. David Vincent stwierdził, że Pete nie jest już członkiem zespołu. Powodem miało być nawrócenie się perkusisty na chrześcijaństwo. Dwa lata później sam David również opuścił Morbid Angel. Podjął solową działalność, jako… piosenkarz country.

Ołtarze Szaleństwa trzydzieści lat później.

Wpływu „Altars Of Madness” na rozwój sceny death metalowej w różnych częściach świata nie sposób przecenić. I choć od wydania “Altars Of Madness” minęły trzy dekady, popularność płyty nie słabnie. Dziś debiutancka płyta Morbid Angel jest klasykiem gatunku, a wytwórnia regularnie wypuszcza kolejne wznowienia, by rosnące nowe pokolenia fanów mogły odkryć potęgę kryjącą się na Ołtarzach Szaleństwa.

Errata.

Jeden z czytelników wytknął dwa istotne niedopatrzenia w artykule.

Pierwsze dotyczy członkostwa Davida Vincenta w zespole. Faktycznie – David rozstał się z Morbid Angel po raz pierwszy w 1996r. po wydaniu płyty “Domination”. Płyta odniosła duży sukces, jednak doprowadziła do różnicy zdań wśród muzyków zespołu, odnośnie kierunku i celów muzycznych Morbid Angel. Wówczas Vincent zapowiadał swoje odejście, jako definitywne. Jednak w sierpniu 2004r. Steve Tucker, pełniący (z przerwami) funkcję wokalisty i basisty w Morbid Angel, podczas trasy koncertowej doznał ataku lęku i infekcji wymagającej hospitalizacji. W efekcie opuścił zespół, a na jego miejsce (do 2015r.) powrócił David Vincent.

Drugie dotyczy płyty “Abomination Of Desolation”. To właśnie ten materiał planowany był, jako debiutancki album Morbid Angel. Został zarejestrowany już w 1986r., a jego produkcją zajął się nie kto inny, jak sam David Vincent, wówczas niebędący jeszcze członkiem zespołu. Ówczesny skład Morbid Angel nie był zadowolony z efektów, a materiał trafił do szuflady. Wszystkie utwory z albumu (z wyjątkiem “Demon Seed”) zostały przez grupę nagrane ponownie (niektóre pod zmienionymi tytułami) i trafiły na inne płyty Morbid Angel.

“Abominations Of Desolation” ukazała się nakładem Earache dopiero w 1991r., ponad dwa lata po “Altars Of Madness”. W wywiadach, Trey Azagthoth mówił, by “Abominations Of Desolation” traktować, jako demo zespołu.

Od Redakcji:

W tym momencie dziękujemy za wszelkie uwagi dotyczące naszych artykułów. To dla nas ważny sygnał, że chcecie czytać nasze teksty. Jednocześnie każdemu zespołowi życzymy takich fanów, jak Wy. Pozdrawiamy serdecznie, ekipa MetalNews.pl.

Źródła:

J. Wiederhorn, K. Turman “Głośno jak Diabli. Kompletna historia metalu bez cenzury”, Kagra, Poznań 2014r.

A. Mudrian „Wybierając śmierć. Niewiarogodna historia death metalu i grindcore’a”, Kagra, Poznań 2007r.

Podobne artykuły

Ostatni będą pierwszymi – 35. rocznica wydania płyty „The Last in Line” zespołu Dio

Szymon Grzybowski

Ten magnes przyciąga czy odpycha? 10. rocznica wydania „Death Magnetic” Metalliki

Szymon Grzybowski

Dobrze, że wrócił – historia Mystic Festival

Szymon Grzybowski

2 komentarze

Empir 14 maja 2019 at 00:01

O wielu istotnych faktach zapomniałeś.

1. Dawid Vincent pierwszy raz odszedł po płycie Domination.
3. Pierwsza płyta Morbid Angel to Abomination of Desolation wyprodukowana przez Davida Vincenta. Wydana dopiero po 2 płycie. Na tej płycie Dawid jeszcze nie grał.

Odpowiedz
Paweł Kurczonek
Paweł Kurczonek 14 maja 2019 at 17:15

Witaj Empir. Na wstępie chcę przeprosić za błędy, które wymieniłeś. Bardzo Ci dziękuję, że zapoznałeś się z moim tekstem i wypunktowałeś te pomyłki. Dzięki Tobie powstała errata, którą znajdziesz na dole artykułu. 🙂

Odpowiedz

Zostaw komentarz