SPECJALNE

Buszmeni w Nowym Jorku – 30. rocznica wydania „Beneath The Remains” Sepultury

Brazylia słynie z piłki nożnej, kawy, karnawału w Rio de Janeiro, ale dla metalowej braci skojarzenie z tym największym państwem Ameryki Południowej jest tylko jedno. Sepultura. Giganci thrash metalu, pionierzy groove metalu, aktywiści walczący o zachowanie tożsamości swojego kraju. Zespół działał od 1984 roku, ale tak naprawdę świat usłyszał o nich dopiero kilka lat później – w dniu premiery „Beneath The Remains”, czyli pierwszej płyty nagranej dla amerykańskiej wytwórni Roadrunner Records. Było to dokładnie 7 kwietnia 1989 roku.

Ambicje muzyków Sepultury od samego początku działalności sięgały daleko poza granice rodzimej Brazylii.

Gdy w 1985 roku wydali swoją pierwszą EP-kę, czyli „Bestial Devastation” od razu zaczęli rozsyłać jej kopie do Stanów Zjednoczonych i Europy, aby zainteresować fanów, ale również wytwórnie muzyczne. Dość prymitywna muzyka na mini-albumie spotkała się z ciepły przyjęciem głównie w bardzo niszowych zinach, które pisały o niej na swoich łamach, ale było to za mało, aby Sepultura zaistniała bardziej w świadomości fanów metalu. Jednocześnie w Brazylii krążek spotkał się z dużym zainteresowaniem i rozszedł się w nakładzie około 8000 sztuk.

Był to wynik wprost fenomenalny jak na połączenie surowego black i death metalu. Wydawca – brazylijska firma Cogumelo – zaproponowała więc nagranie pełnowymiarowego materiału. „Morbid Visions”, bo taki tytuł nosił premierowy album Sepultury, ukazał się na rynku w 1986 roku. Nie była to jednak w żaden sposób płyta przełomowa – pod względem stylu i kompozycji była to po prostu dłuższa wersja pierwszej EP-ki. Nawet muzycy po latach przyznają, że o ile ciepło wspominają „Bestial Devastation”, o tyle debiut jest dla nich pewnego rodzaju rozczarowaniem.

Radykalna zmiana przyszła jednak już kilka miesięcy później. Z zespołu odszedł gitarzysta Jairo Guedz, a na jego miejsce przyjęto Andreasa Kissera. Nowy wioślarz preferował klasyczne i bardziej melodyjne odmiany metalu i słychać to na następnym albumie grupy, czyli wydanym w 1987 roku krążku „Schizophrenia”. Nie mamy tu rzecz jasna do czynienia z nową wersją „The Number Of The Beast”, ale zmiana jest wyraźnie odczuwalna. Zespół trochę złagodniał, ale również zaczął bardziej przykładać się do kompozycji. Te przestały być bezmyślnym pędem na oślep – byle szybciej – a zaczęły mieć przemyślaną i bardziej złożoną konstrukcję.


Drugą płytą zainteresowały się już nie tylko fanowskie ziny i podziemne wydawnictwa, ale również metalowy mainstream.

W Niemczech ukazało się nawet europejskiej wydanie „Schizophrenii”. Było ono jednak pirackie, zespół nic o nim nie wiedział, a wydawca musiał później płacić za to odszkodowanie. O wiele bardziej pożądane przez Sepulturę zainteresowanie wyraził uznany wydawca muzyki metalowej z USA, czyli Roadrunner Records. Max Cavalera poleciał do Nowego Jorku negocjować umowę na nagranie i dystrybucję płyt przez firmę. Wrócił z kontraktem na nagranie aż 7 albumów.

Tak długa umowa była jednoznacznym sygnałem – ktoś dostrzegł w Sepulturze coś wyjątkowego.

Absolutnie nie oznaczało to jednak, że w Roadrunner Records nie podchodzili do sprawy biznesowo. Zespół miał nagrać płytę w brazylijskim studiu, a produkcją miał zająć się niezbyt doświadczony Scott Burns (choć był już producentem uznawanego dziś za kultowy album „Leprosy” zespołu Death) – wszystko po to, aby było taniej. Na nagranie płyty wydawca przeznaczył bowiem 8 tysięcy dolarów, co nawet jak na metalowe standardy było kwotą bardzo skromną.

Nagrywanie przebiegło sprawnie, zajęło około dwóch tygodni.

Problemem okazał się język angielski. Muzycy byli po kursie, ale do współpracy i tak potrzebny był tłumacz. Scott Burns natomiast czuwał nad… poprawnością gramatyczną tekstów Maxa Cavalery i Andreasa Kissera. Niewielki konflikt pojawił się też przy wyborze okładki. Jej autorem miał być Miichael Whelan, uznany grafik specjalizujący się w tematyce sci-fi i fantasy. Muzycy podjęli decyzję, że coverartem będzie praca pod tytułem „Bloodcurdling Tales of Horror and the Macabre”. Igor Cavalera nawet sobie ją wytatuował, ale wydawca nalegał na zmianę decyzji, bo uważał, że bardziej pasować będzie „Nightmare in Red”, które ostatecznie przyozdobiło okładkę „Beneath The Remians”. Igor latami nie mógł wybaczyć wymuszenia zmiany tej decyzji, a jego złość tylko wzrosła, gdy okazało się, że wybrana wcześniej praca przyozdobiła wydany w 1990 roku album Obituary „Cause of Death”.

„Beneath The Remains” ukazało się na rynku w kwietniu 1989 roku – recenzenci byli nią zachwyceni.

Była to płyta zdecydowanie bliższa thrash metalowi, ale wciąż miała moc i wściekłość prymitywnego death metalu z początków kariery. Zespół nie bał się od czasu do czasu zwolnić tempa i zamiast szaleńczych riffów, proponował te ciężkie niczym walce. Świetne i dopracowane okazało się też brzmienie – wszak brazylijskie studio, pomimo tego, że tanie, jak na standardy amerykańskie, było najlepszym tego typu miejscem w kraju. Ten wydatek zdecydowanie się opłacił. Sepultura stała się bardzo popularna – szacuje się, że na świecie w niedługim czasie po premierze rozeszło się 600 tysięcy sztuk „Beneath The Remains”. Biorąc pod uwagę, że w powszechnej świadomości Sepultura wcześniej nie istniała – było to wielki sukces.

Wydawca kuł żelazo, póki gorące i przede wszystkim zafundował pierwszy w dorobku grupy teledysk – „Inner self”.

Ten dość często gościł na antenie programu MTV Headbanger’s Ball, sam zespół również się tam pojawiał, udzielał wywiadów, a z jego koncertów przygotowywane były obszerne relacje. Jeszcze w 1989 roku Sepultura ruszyła też w pierwszą zagraniczną trasę koncertową – najpierw po Europie u boku Sodom. Relacje między zespołami były podobno dość chłodne – muzycy Sodom mówili tylko po niemiecku i w ogóle nie chcieli integrować się z młodszymi kolegami, Sepultura nie pozostawała dłużna i mówiła o Sodom krótko – naziści. Niemieccy thrash metalowcy grali jako headliner występów, ale ku zaskoczeniu wielu to Sepultura wzbudzała (poza koncertami w Niemczech) większy entuzjazm. Jesienią Brazylijczycy ruszyli w swoją pierwszą trasę po USA – u boku Faith of Fear.

Pod koniec roku 1989 Sepultura zjechała ponownie do Brazylii, gdzie mógł chwilę odpocząć i przygotować się do nagrania kolejnej płyty.

Po wielkim sukcesie „Beneath The Remains” Roadrunner Records nie miało wątpliwości, że „miało nosa”. Następna płyta miała już konkretny budżet – 40 tysięcy dolarów – a zespół miał ją nagrywać w studiu na Florydzie w USA. Efektem prac było „Arise”, czyli płyta, którą jednym tchem wymienia się wśród najlepszych płyt thrash metalowych wszech czasów.

Z perspektywy czasu jednak nie sposób nie docenić również „Beneath The Remains”.

Płyty pełnej pasji, agresji, ale również finezji, polotu i lekkości. To dzięki niej Sepultura weszła do najwyższej ligi metalowej. Prawdziwą gwiazdą stała się jednak dopiero chwilę później.

Podobne artykuły

Koniec romansu z NWoBHM – 35. rocznica wydania „Defenders of the Faith” Judas Priest

Szymon Grzybowski

Powrót w wielkim stylu, czyli 18. rocznica wydania “Brave New World”

Szymon Grzybowski

2016 rokiem metalu – podsumowanie

Albert Markowicz

Zostaw komentarz