RELACJE

Judas Priest i Voivod w Warszawie – jeden dzień, dwie legendy metalu

Relacja z koncertów Voivod i Judas Priest w Polsce w 2026 roku

28 lipca był prawdziwym świętem muzyki metalowej w stolicy Polski. W tym dniu w Warszawie wystąpiły dwie legendy gatunku – Judas Priest i Voivod. Zagrały w dwóch różnych miejscach po dwóch stronach Wisły, ale na szczęście nie w tym samym czasie, dzięki czemu nasza redakcja mogła odwiedzić oba wydarzenia. Zapraszamy do lektury relacji z tego intensywnego, ale niezwykle satysfakcjonującego muzycznego popołudnia.

Czytaj też: Relacja z koncertu Cock Sparrer. Wielka forma legendy punk rocka

Muzyczny hałas i emocjonalny performens w wykonaniu Salo

Co to w ogóle za pomysł, żeby klubowy koncert, w dodatku w dzień powszedni, zaczynać o godzinie 16:30? No cóż, jeśli ze swoim wydarzeniem niefortunnie trafiasz w termin występu takiej ikony, jak Judas Priest, a nie chcesz niepotrzebnie konkurować z wielką nazwą, musisz iść na kompromisy. W porozumieniu z zespołem Voivod agencja Winiary Bookings, organizator polskiego odcinka letniej trasy Kanadyjczyków, zdecydowała o przyspieszeniu startu imprezy i drzwi warszawskiej Hydrozagadki otworzyły się już o wpół do piątej, zaś zespół supportujący pojawił się na scenie o godzinie 17:15.

Kapelą tą było trójmiejskie Salo – kwartet poruszający się stylistycznie gdzieś na granicy sludge metalu, industrialu i noise’u. Ja chyba nie do końca kumam tak eksperymentalną muzykę, ale obcowanie z nią na żywo to przeżycie, które na pewno można nazwać ciekawym. Występ Salo był bowiem czymś na granicy zwykłego koncertu i pełnego emocji performensu. Instrumentaliści produkowali na scenie solidną ścianę miażdżącego hałasu, zaś odziany w damskie ciuszki wokalista Szymon Browarczyk przez większość czasu miotał się po calym klubie, obijał o ludzi, czołgał, a czasem nawet śpiewał na leżąco.

Grupa o nazwie inspirowanej jednym z najbardziej kontrowersyjnych i obrzydliwych filmów w historii kina nie może grać muzyki łatwej i przyjemnej, jej koncert również do łatwych i przyjemnych nie należał. Tym niemniej muszę przyznać, że transowe show w wykonaniu Browara oraz instrumentalny łomot spuszczany przez jego kolegów były, choć ciężkie w odbiorze, również osobliwie satysfakcjonujące.

Voivod – godzina z klasykami kosmicznego metalu

Pomorzanie zakończyli swój występ około 17:50, a według rozpiski już o 18 miał zacząć grać Voivod. Niestety przerwa techniczna przeciągnęła się z dziesięciu minut do pół godziny, ale gdy progresywno-thrashowa legenda z Quebecu wreszcie stanęła na scenie, nikt z kilkuset stłoczonych w Hydrozagadce fanów (impreza była całkowicie wyprzedana i ewidentnie było to czuć na sali) nie żałował, że musiał na nią poczekać trochę dłużej.

W związku z problemami rodzinnymi Snake’a mieliśmy rzadką okazję ponownie zobaczyć i usłyszeć na wokalu Voivod Erica Forresta, byłego gardłowego grupy z lat 1994-2001. Można by podejrzewać, że w związku z tym wykonają więcej numerów z płyt „Negatron” i „Phobos”, jednak zespół postawił na przekrojowy set, w ciągu nieco ponad godziny grania zahaczając aż o dziesięć albumów, z których najliczniej reprezentowany był debiut „War and Pain”.

Voivod to zespół nietuzinkowy, wymykający się gatunkowym klasyfikacjom. Niby zaczynali od thrash metalu, ale nawet na ich wczesnych płytach był to thrash połamany, awangardowy i jak na połowę lat 80. bardzo progresywny. Potem zaczęli odlatywać w kosmos jeszcze bardziej i na równie kosmiczną wyprawę zabrali w miniony wtorek warszawską publiczność. Zabrzmieli przepotężnie, bardzo ciężko, a jednocześnie selektywnie, zaś Eric jako frontman zaprezentował się naprawdę świetnie. Może i nie śpiewał w Voivod od ćwierć wieku, ale niewątpliwie wciąż dobrze pasuje do tego zespołu.

Kanadyjczycy zakończyli swój niezbyt długi, dwunastoutworowy set numerem otwierającym pierwszą płytę oraz obowiązkowym, kultowym już coverem „Astronomy Domine” Pink Floyd. Niestety tych kawałków nie usłyszałem, ponieważ byłem już w drodze na halę Torwar. Pewnie gdyby nie lekkie opóźnienie zobaczyłbym spokojnie całość występu Voivod, ale cóż, zdarza się, 20 minut obsuwy to jeszcze nie tragedia. Mimo drobnych niedogodności ogromny szacunek należy się Winiarom za życzliwy ukłon w stronę osób, które chciały wyrobić się też na koncert Judas Priest, no i oczywiście podziękowania za akredytację medialną dla Metal News Polska.

Phil Campbell’s Bastard Sons zagrali przed Judas Priest

Odpowiadające za warszawski koncert Judas Priest Live Nation jest nie bez przyczyny najbardziej znienawidzonym organizatorem imprez w Polsce, ale trzeba przyznać, że tym razem jak na jego standardy nie było fatalnie. Szybka kontrola biletów i dość liberalne podejście ochrony do wnoszenia bagażu na teren hali sprawiły, że na drugim tego wieczoru koncercie udało mi się zameldować jakoś w połowie występu supportującej Judasów grupy Phil Campbell’s Bastard Sons.

Trzej synowie zmarłego w tym roku Phila Campbella w towarzystwie wokalisty Juliana Jenkinsa zaserwowali kawał solidnego, klasycznego, bezpretensjonalnego rock’n’rolla. Ale czy mogło być inaczej, gdy na scenie stali spadkobiercy dziedzictwa gitarzysty Motörhead, a z głośników leciały takie klasyki, jak „Ace of Spades”, „Born to Raise Hell” czy „Killed by Death”? Bracia Campbell wykonali dwa autorskie numery, zaś resztę setu poświęcili twórczości byłego zespołu swojego ojca i był to strzał w dziesiątkę – naprawdę dobrze rozruszali publiczność przed głównym daniem wieczoru, jednocześnie składając należny hołd Philowi.

Judas Priest – heavy metalowe misterium z legendą gatunku

Pół godziny przerwy i na Torwarze wreszcie rozpoczęło się długo wyczekiwane heavy metalowe misterium. Tuż przed 21 zgasły światła, z głośników popłynęły tradycyjne dźwięki „War Pigs” Black Sabbath, potem trasowe intro, opadła zasłaniająca scenę płachta i wreszcie wjechał riff z „You’ve Got Another Thing Comin'”.

Judasi w ciągu ponad półtorej godziny wykonali wspaniały set z gatunku „the best of”, skupiając się na żelaznych klasykach z różnych okresów swojej działalności, od albumu „Sad Wings of Destiny” sprzed równo pięćdziesięciu lat do najnowszego „Invincible Shield” sprzed lat zaledwie dwóch. Odkurzyli też parę mniej ogranych i dawno niesłyszanych kawałków, dominowały jednak hity: „Breaking the Law”, „Electric Eye”, „Turbo Lover” czy „Painkiller”.

Nazwa trwającej właśnie trasy „Faithkeepers” może być nieco myląca, gdyż akurat z płyty „Defenders of the Faith” usłyszeliśmy w Warszawie tylko jeden utwór, był nim za to wspaniały, cudowny, doskonały „The Sentinel”. Oglądając na YouTube fragmenty pierwszych koncertów tej trasy, która zaczęła się trzy dni wcześniej w Niemczech, miałem sporo obaw, czy Rob Halford udźwignie wokalnie ten kawałek, jednak stanął na wysokości zadania – udźwignął nie tylko „Sentinela”, ale i cały koncert. Oczywiście słychać, że gość ma 75 lat i okres najlepszej formy już za sobą, ale i tak jak na swój wiek trzyma się zaskakująco dobrze.

Żadnych zastrzeżeń nie można mieć również do formy reszty zespołu, a także oprawy scenicznej całego show. Doskonale odegrany tradycyjny heavy metal w połączeniu z grą świateł i laserów oraz tematycznymi wizualizacjami wyświetlanymi na wielkim ekranie za plecami muzyków Judas Priest złożyły się na iście porywającą całość.

Był to czwarty koncert Priest, na jakim byłem, i choć nie był to ich koncert najlepszy (tym wciąż pozostaje dla mnie występ na Mystic Festival 2022), to udowodnił, że ta kapela nigdy nie schodzi poniżej pewnego, i tak bardzo wysokiego poziomu. W Warszawie idealnie zamknęła to długie muzyczne popołudnie, podczas którego można było zobaczyć absolutną ikonę klasycznego heavy metalu, legendarnych prog-thrashowych wariatów, rock’n’rollowych dziedziców Motörhead oraz intrygujący, poruszający występ polskich eksperymentatorów. A to wszystko w dwóch miejscach w ciągu zaledwie sześciu godzin!

Podobne artykuły

Relacja: Manowar – Katowice, 17.05.2014

Tomasz Koza

Relacja: Summer Dying Loud IX – Aleksandrów Łódzki, 08-09.09.2017

Michał Bentyn

Różaniec nie pomógł. Relacja z koncertu Belphegor w Warszawie (05.09.24)

Piotr Żuchowski

Zostaw komentarz