Witajcie po dłuższej przerwie. Niczym feniks z popiołów powracam, by (mam nadzieję) dać wam trochę contentu w postaci lektury do czytania przy kawie, bądź na przerwie w pracy. Plany na pisanie były, ciutek musiałem to odwlec w czasie. Oby jednak udało się zachować rytm pisania recenzji na przyszłość.
Dzisiaj omówię „The Ghost of a Future Dead”, szeroko zapowiadaną i niedawno wydaną płytę At the Gates, będącą najpewniej ostatnim dokonaniem, w którym wziął udział nieodżałowany Tomas „Tompa” Lindberg, który w zeszłym roku pożegnał się z tym światem po walce z nowotworem.
Nie ukrywam, śmierć „Tompy” mnie dotknęła – At the Gates przeżyło ze mną kawał czasu. Nawet jeżeli ich dokonań z ostatnich lat nie doceniałem, to faktycznie nigdy tej kapeli nie odstawiłem na dłuższy czas. Zawsze gdzieś tam się przewijała ta szwedzka formacja nawet, gdy death metalu miałem dosyć.

Fot. Materiały prasowe
Co słychać w obozie At the Gates po „The Nightmare of Being”?
Ano, w At the Gates w latach 2021-2025 działo się naprawdę sporo. Czasy pandemii były okresem bardzo pracowitym nie tylko dla chłopaków ze Szwecji, ale i dla samego „Tompy”. Panowie zamykają się w studiu, po czym At the Gates wydają wyjątkową płytę w swojej dyskografii jaką jest „The Nightmare of Being”.
Czemu to jest istotne? Mianowicie dlatego, że wówczas At the Gates zalicza spory shift brzmieniowy, wplatając w płytę z 2021 roku sporo elementów metalu progresywnego, ale również innych gatunków muzycznych. To będzie ważne z pewnością w kontekście dzisiejszej płyty.
„Tompa” zalicza dodatkowy etat w grindcore’owym Lock Up i wydaje z nimi równie świetny album „The Dregs of Hades”. Obie grupy w miarę możliwości starają się promować swoje świeżo narodzone dzieci, jednak już rok później ze szwedzkiej kapeli wylatuje Jonas Stalhammar, gitarzysta który parę ładnych lat wcześniej zastąpił jednego z bliźniaków Bjorler, Andersa.

Fot. Ester Segarra
Powrót Andersa Bjorlera na stanowisko gitarzysty i choroba Tomasa Lindberga
At the Gates wystosowało oświadczenie, w którym poszukują kogoś na miejsce wyrzuconego muzyka. Następstwo przychodzi z niespodziewanej strony – do pracy z zespołem powraca Anders Bjorler, jeden z ojców założycieli At the Gates. Fani są szczęśliwi, rozpoczyna się spora seria koncertów; wszystko jednak zmienia się w stycziu 2024 roku.
Wtedy zespół anuluje wszystkie swoje występy i ogranicza aktywność na social mediach; nikt wówczas nie wiedział dlaczego i co konkretnie stało się ze szwedzką ekipą. Obecnie jednak wiemy, że wtedy „Tompa” podejmuje walkę z nowotworem, który wykryto u niego w grudniu 2023 roku.
„Tompa” nagrywa swoje wokale tuż przed czekającą go operacją jamy ustnej na początku 2024 roku, niedługo później panowie instrumentaliści wchodzą do studia, by napisać i nagrać swoje partie na wówczas nazywający się album „The Dissonant Void”; tak, płyta powstała w odwrotnej kolejności – najpierw wokale, potem instrumentarium. Nastaje czas oczekiwania na nowy album, ale i na powrót do zdrowia frontmana.
Ten jednak nie nadchodzi – gdy Tomas Lindberg umiera we wrześniu 2025 roku, świat metalu pogrąża się w żałobie. Muzycy decydują się zmienić nazwę albumu na „The Ghost of a Future Dead”, który ostatecznie pojawia się 24 kwietnia 2026 roku. Czy pozostali artyści zdecydują się kontynuować działalność At the Gates i promować płytę z nowym wokalistą, czy może zamkną ten etap? Czas pokaże.

Okładka to zaledwie ułamek żałoby po stracie Tomasa Lindberga
Większość okładek At the Gates cechuje pewna podniosłość, nawiązania do mitologii i renesansowych twórców takich jak Michelangelo, Caravaggio, bądź rzeźbiarz Donatello. Tym razem Szwedzi zrobili wyjątek i postawili na okładkę w ciemnych barwach ukazującą kopiec zrobiony z popiołu, wulkan lub pustynne wydmy na tle rozgwieżdżonego, aczkolwiek czarnego nieba.
Jasna, pomarańczowa barwa okładki może symbolizować uchodzący kolor na rzecz czerni, co może symbolizować nadejście mrocznych czasów po okresie świetności. Sam księżyc (mimo, że nieukazany) rozświetla krajobraz w taki sposób, że na pierwszy rzut oka przypomina lecącego ptaka drapieżnego, co może obrazować nieustępliwość, walecznego ducha, odwagę i walkę o swoje.
Czy At the Gates zarzuca eksperymentowanie z „The Nightmare of Being”?
Można by pomyśleć, że At the Gates kontynuuje stylistykę płyty „The Nightmare of Being” – ba, nawet ją rozwinie mając świadomość, że formuła wypracowana na „Slaughter of the Soul” i od wielu lat odtwarzana z różnym efektem się przejadła.
Tymczasem okoliczności w jakich w ostatnim czasie znalazło się At the Gates każą nam myśleć, że zespół z grubsza powróci do starego, dobrego goteborskiego brzmienia swojej muzyki. A tu was zaskoczę – niekoniecznie, mianowicie Gejtsi stawiają na kompromis między tym, co było jeszcze 5 lat wcześniej, a tym z czego są najbardziej znani.
Czy to dobrze? Moim zdaniem świetnie, gdyż nie jest to gwałtowna zmiana mogąca odepchnąć starych fanów, a bardziej próba eksperymentowania, urozmaicenia tego, z czego są najbardziej znani. Pamiętajmy jednak, że sama w sobie próba zabawy formułą to nie wszystko – liczy się również jakość przedstawionej treści.
Czy „The Ghost of a Future Dead” to dobry album?
Początkowo po usłyszeniu pierwszych singli obawiałem się, że At the Gates na dobre porzuci te intrygujące jak na nich zmiany na rzecz klasycznego brzmienia z czasów „Terminal Spirit Disease” i „Slaughter of the Soul”, czym wprawili mnie w pewną wątpliwość, gdy wydawali nowe albumy w latach 2014-2018. Zaskoczyłem się jednak tym, że to były całkiem jakościowe single.
Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam we wczesnych płytach At the Gates to, że potrafili oni zainteresować słuchacza od początku do końca. „At War with Reality” i „To Drink from the Night Itself” miały taki problem, że nie były zbytnio przekonywujące. Na początku spoko, potem jakby ta całość się rozmywa i o niej zapominasz – typowa rutyna w pracy.
Na albumie „The Ghost of a Future Dead” tego odczucia nie uświadczymy. Mam wrażenie, że bracia Bjorler wspominając proces kompozytorski mówili całkowicie szczerze, że włożyli ogrom wysiłku w pracę nad ostatnim albumem At the Gates. Płyta jednak cierpi na przypadłość albumów z lat 2014-2018, tylko w mniejszym natężeniu.
Jak na współczesne oblicze kapeli, At the Gates ma sporo pomysłów
Jest jednak bardzo duży plus tegoż albumu: nawet jeśli na parę utworów z czasem machnie się ręką, to kilka z nich pozostaje w głowie – najlepsze riffy zdecydowanie pojawiają się na pierwszych dwóch utworach, „The Fever Mask” i „The Dissonant Void” – wpierdolowate, nawiązujące potężnie do dawnych lat, nieskomplikowana ale i zmyślna jak na nich formuła.
Czasem to fajnie również wyjdzie na takich kawałkach jak „A Ritual of Waste” lub „The Unfathomable”. Wszystkie te kawałki są w podobnej, sprawdzonej stylistyce: bez fajerwerków, za to na przyzwoitym poziomie.
Zdarzają się również lekkie odloty – tutaj dostrzegam je głównie w utworach „In Dark Distortion”, „Parastical Hive” i „The Phantom Gospel” – raz, że At the Gates wypada tutaj bardziej atmosferycznie, dwa że nie obawia się zabrzmieć inaczej niż zwykle – bardziej przebojowo, bądź na totalnej czilerce grając delikatny riff, by z czasem go podbudowywać.
Ładunek emocjonalny? Zdecydowanie czuć
Prawdziwym rodzynkiem jest jednak tutaj „Det oehorda”, przesiąknięty poczuciem niepokoju, również wokalnie – nietypowy kawałek jak na At the Gates, zwłaszcza że ich riffy miały w sobie delikatny ułamek płaczliwości, a tutaj? Wieje grozą, jest przytłaczająco, a „Tompa” na wokalu wypada bardzo przekonywująco, o czym jeszcze wspomnę.
A skoro wspomniałem o płaczliwym vibe zespołu At the Gates, jest on odsunięty na dalszy plan – co nie znaczy, że go nie ma. Nawet jeżeli same w sobie riffy go nie przekazują jak za czasów „Terminal Spirit Disease”, to solówki są nim przesiąknięte – wystarczy się tylko wsłuchać.
Martin Larsson i Anders Bjorler wykonują tutaj zacną robotę. Peak’iem tej skrytej w instrumentalnym gąszczu smutnej atmosfery jest melancholijny „Förgängligheten” zagrany na akustyku. Pamiętacie podobne kawałki, które Gejtsi pisali w latach dziewięćdziesiątych? „Förgängligheten” jest moim zdaniem najbardziej przekonywującym instrumentalem spośród tych, które kiedykolwiek napisali.
Iście smutny, płaczliwy, chwytający za serce. Nabiera dodatkowego znaczenia przez to, że Gejtsi pisząc ten kawałek faktycznie musieli być przejęci i musieli godzić się z tym, że tracą kumpla z którym grali w zespole przez prawie 3 dekady.
Co nieco o warstwie lirycznej „The Ghost of a Future Dead”
„Tompa” pisząc teksty na „The Ghost of a Future Dead” wykonał typową dla siebie robotę, przedstawiając świat ze swojej perspektywy siejąc rozkminy na temat tego, w jakim położeniu znalazła się rasa ludzka.
Podmiot liryczny często wskazuje tendencje szarych mas do autodestrukcji, pochyla się nad ludzkością pozbawionej refleksji i zbliżającą się zagładą krytycznego myślenia – typowy „Tompa” ze swoim filozoficznym spojrzeniem na świat.
Przy opisywaniu utworów wspomniałem o rodzynku – skoro „Tompa” pisał swoje teksty w latach 2024-2025, można dojść do wniosku, że musiał zrobić tutaj miejsce na wątek autobiograficzny, w końcu walka z rakiem jest trudnym doświadczeniem.
I oczywiście na „Det oerhörda” znalazła się refleksja „Tompy” nad sytuacją, w jakiej został postawiony przez los przepełniona zwątpieniem, smutkiem ale i świadomością tego, że może tego nie przeżyć.
Opisana bardzo poetycko, w swoim stylu, ze sporą ilością metafor. Szkopuł w tym, że Lindberg napisał ten utwór w języku szwedzkim, co tym bardziej nadaje mu osobisty charakter! I dlatego też podłożył tak bardzo emocjonujące ścieżki wokalne, nawet jeśli to już nie ta forma co nawet za czasów płyt Lock Up.
O produkcji, czyli dobra robota At the Gates!
Wyjątkowo omówienie produkcji pozostawiłem sobie na koniec. Brzmienie najnowszego dzieła At the Gates niespecjalnie różni się na tle płyt z poprzednich lat: mocno nagłośnione bębny, delikatna studnia nałożona na gitary, wyeksponowany wokal, solówki delikatnie z tyłu i lekko pomrukujący bas w tle. Nadaje to płycie podniosłości i selektywności, zatem jest dobrze i nie ma co na to specjalnie narzekać.
Wspominałem już o wokalach „Tompy” na „The Ghost of a Future Dead”, ale myślę, że warto jeszcze poświęcić im chwilę uwagi. Może i wokalista nie był w najlepszej formie po reaktywacji At the Gates, ale trzeba mu przyznać jedno: na „The Ghost of a Future Dead” facet dał z siebie wszystko – Tomas Lindberg dla swojej macierzystej formacji dawno już nie podłożył tak dobrych wokali.
I wiem, nie różnią się one mocno w porównaniu do poprzednich płyt – „Tompa” wciąż wyje, zamiast skrzeczeć. Jednak przy takim stanie w jakim on wtedy był, tuż przed operacją jamy ustnej, jakikolwiek wysiłek głosowy w takich warunkach, w jakich wokalista był jest wyczynem. Poza tym, „Tompa” pierwszy raz od czasu debiutu brzmi tak emocjonalnie.
Niby wspominając to, jak doskonale została wyprodukowana płyta „Slaughter of the Soul” czuję pewien niedosyt słuchając każdej następnej pozycji At the Gates, jednak trzeba przyznać jedno: panowie po 2010 roku nigdy nie zatrudnili gościa, który zrujnowałby brzmienie albumu, a pamiętajmy, że tacy szarlatani próbowali nawet kaleczyć płyty deathmetalowe!
Produkcja to jedno – proces nagrywania „The Ghost of a Future Dead” zasługuje na osobną historię!
Mimo dosyć standardowej produkcji, trzeba pochwalić chłopaków z At the Gates za proces nagrywania płyty – serio, ogromne propsy za to, jak oni do tego podeszli. Po tym, jak Szwedzi odwołali swoje koncerty na początku 2024 roku, instrumentaliści zamknęli się w studiu w Orebro z producentem Jensem Bogrenem, by komponować utwory, a następnie je ponagrywać i zmiksować.
„Tompa” w tym czasie skupił się na leczeniu, w międzyczasie pisał również teksty na płytę. I nie było nawet pewności co do tego, że nasz milusiński wokalista dostarczy swoje ścieżki nagraniowe – tymczasem chłop dzień przed operacją jamy ustnej wparował do jednego ze studiów w Goteborgu niedługo przed resztą zespołu, wziął ze sobą Pera Stalberga na nagrywki i wszystko ogarnęli w dobę.
Co prawda utrudniło to pracę zespołu, jednak efekt końcowy udowadnia, że panowie z tego wybrnęli. Jak sam „Tompa” wspomniał, nie miał pewności, czy po operacji będzie w stanie to zrobić, zatem postanowił na spontanie swój plan zrealizować, by płyta w końcu się ukazała jako pełnoprawne wydawnictwo At the Gates. I myślę, że tym świadectwem pięknie podsumował swoje życie. Szacun dla gościa!

