RECENZJE

Recenzja: August Burns Red – Rescue & Restore

Od zawsze miałem problem z płytami Amerykanów z August Burns Red, ponieważ przez długi czas nie potrafiły mnie do siebie przekonać – do mocy “Constellations” musiałem przyzwyczajać się ponad miesiąc, a “Leveler” wydobył ze mnie pozytywne odczucia prawie dopiero po kwartale. Wiedziałem więc, że z najnowszym “Rescue & Restore” może być podobnie. Zespół od lat konsekwentnie piął się wyżej tak, żeby dzisiaj móc zostać największym czempionem chrześcijańskiej Solid State Records, a także jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów w swoim gatunku. Pierwszy wypuszczony kawałek (“Fault Line”) “wszedł” mi bez większych problemów, a singlowy “Spirit Breaker” tylko rozbudził mój apetyt. Z niecierpliwością oczekiwałem więc całości albumu. Dziś wiem już, że z “Rescue & Restore” miałem równie wielki problem co z jego poprzednikami, jednak efekt końcowy jest o wiele bardziej zadowalający.

Już od pierwszych dźwięków otwierającego “Provision” można usłyszeć, że panowie kroczą tą samą, lecz dobrze już udeptaną ścieżką. Prosty i mocny riff początkowy, zmiany tempa, wyciszenie w połowie utworu – od razu przywodzą na myśl niektóre kompozycje z “Leveler” (“Internal Cannon”). Teraz jednak te zabiegi brzmią o wiele bardziej ciekawie i jest ich o wiele więcej, jednak już po trzeciej podobnie zbudowanej kompozycji nie cieszy to już tak bardzo. Całe szczęście zespół serwuje nam po tym dwa zupełnie zwykłe, aczkolwiek dobre kawałki – “Count It All as Lost” i “Sincerity”. Potem przychodzi kolej na, jak to określam, kawałek “półtytułowy” (w tekście pada nazwa albumu) – “Creative Captivity”. Warto się przy nim zatrzymać na chwilę z dwóch powodów – po pierwsze, dlatego że jest świetny, a po drugie to dobra okazja by wspomnieć o tym, jakiego instrumentarium zespół użył dodatkowo aby urozmaicić swoje utwory. Już w samym wyżej wymienionym pojawiają się trzy, niemające w sumie nic wspólnego z gatunkiem. Mianowicie, użyty we wstępie guzheng (o którym szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie słyszałem), skrzypce oraz trąbka, którą możemy z kolei usłyszeć na jego zakończenie. Skrzypce oraz fortepian pojawiają się także jeszcze gdzie indziej i nie jest tego mało (“Echoes”, “Treatment”, “Provision”). Z kolei wiolonczela występuje tu prawie wszędzie oprócz dwóch numerów. Pomysł z dodatkowymi instrumentami okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, ponieważ dzięki temu kawałki brzmią bardziej świeżo i niespotykanie. Moim ulubieńcem prawie od początku został “Beauty in Tragedy”, za tekst, niesamowite melodie i genialne zakończenie.

Oczywiście nie wszystko brzmi tu tak dobrze jak mój ulubieniec i zdaje sobie sprawę, że taka muzyka na dłuższą metę może być dosyć męcząca i nużąca, bez względu na to jak ciekawie nie byłaby zrobiona. Przyzwyczajenie do poszczególnych kompozycji zajęło mi trochę czasu a z czystym sumieniem mogę nazwać się entuzjastą gatunku. Niektóre z nich skróciłbym o całe fragmenty, inne z kolei wydłużył, ale to już tylko moje pobożne życzenia nie mające raczej wielkiego wpływu na ogólny odbiór krążka.

Muszę przyznać, że August Burns Red odwalił na “Rescue & Restore” kawał dobrej roboty. Płyta ugruntowała pozycję zespołu na metalowo-chrześcijańskiej scenie i odniosła ogromny sukces co widać po wynikach sprzedaży, a także zapowiedzianym przez grupę nowym DVD. Jest także (jak w tytule) swoistym ratunkiem i odnową dla zdominowanego głównie przez monotonię gatunku. Rekomendowanie jej fanom jest bezcelowe, więc polecę ją tym, którzy chcieliby usłyszeć kilka ciekawych pomysłów i nie stronią od tego gatunku, jak diabeł od wody święconej. Ja się nie zawiodłem i nowy krążek zespołu uważam za jeden z jaśniejszych punktów muzycznych w tym roku.
Track lista:abr

01. Provision
02. Treatment
03. Spirit Breaker
04. Count It All As Lost
05. Sincerity
06. Creative Captivity
07. Fault Line
08. Beauty In Tragedy
09. Animals
10. Echoes
11. The First Step

 

 

 

 

 

Autor:Marcin Czarnecki

Rok publikacji: 2013

  • Ocena autora:
4
Sending
User Review
0 (0 votes)

Podobne artykuły

No tak średnio, bym powiedział… Slash – „Living the Dream” recenzja

Szymon Grzybowski

Recenzja: Behemoth – Demigod

Kinga Parapura

To jest łebski chłop – recenzja Devin Townsend „Empath”

Bartłomiej Pasiak

Zostaw komentarz