Image default
RECENZJE

Death metalowy VW Passat – recenzja Bloodbath „The Arrow of Satan is Drawn”


Wyobraźcie sobie, że przy jednym stole kreślarskim stają projektanci i inżynierowie najlepszych producentów, dajmy na to, niemieckich samochodów – Mercedesa, Porsche i BMW. Ich zadaniem jest naszkicowanie całkiem nowego modelu auta. Oczekiwania wobec nich są duże, ale realne, bo w końcu mają ku temu kompetencje i doświadczenie. Jednak kiedy już kończą, naszym oczom ukazuje się… VW Passat. Owszem, to przyzwoity samochód, pakowny, praktyczny, ale jednocześnie przewidywalny i dość nudny. Takie właśnie miałem skojarzenie, gdy słuchałem najnowszej płyty zespołu Bloodbath.

Aby zrozumieć moją motoryzacyjną analogię, trzeba pokrótce przypomnieć historię Bloodbath.

To tak zwana supergrupa, a jej założyciele udzielali się wcześniej w fantastycznych, oryginalnych, a niejednokrotnie nawet pionierskich kapelach – Opeth, Katatonia czy Paradise Lost. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że najnowszy krążek Bloodbath, czyli „The Arrow of Satan is Drawn”, pomimo wielkich umiejętności i dokonań twórców, jest tylko poprawny, w wielu miejscach być może dobry lub – dla miłośników gatunku – bardzo dobry, ale ogólne wrażenie pozostawia spory niedosyt. Dość jednak tych metafor i analogii – przejdźmy do konkretu.

„The Arrow of Satan is Drawn” to krwisty death metal w dość oldschoolowym stylu.

Od razu rzuca się w uszy charakterystyczna produkcja – dość płaska, kojarzy się z deathowymi kapelami z lat 90. Czy to wada? Trudno mi jednoznacznie stwierdzić. Dla osób, które wychowały się na muzyce z tamtych czasów, może być to nostalgiczna podróż do czasów, gdy kapele były bardziej trve. Dla mnie w tym brzmieniu brakuje trochę głębi i mocy. Po kilku przesłuchaniach można się jednak przyzwyczaić, a nawet docenić pewną surowość, która nadaje muzyce odhumanizowany, wręcz nieludzki charakter.

Taki nastrój idealnie współgra z wymową utworów, które dotyczą głównie różnych przejawów makabry, zepsucia i upodlenia, czyli wszystko w zgodzie z kanonem gatunku. Album zaczyna bardzo udany utwór „Fleischmann”, w którym sprawnie połączone są szalone tempa oraz kanonady blastów, z ciężkim, posępnym i marszowymi riffem.

Echa thrash metalu, głównie za sprawą zadziornego riffu i galopującego tempa, można z kolei usłyszeć w „Wayward Samaritan”.

Kawałek zmienia jednak odrobinę charakter pod koniec. Wkrada się tam trochę death metalowego chaosu, ale uczciwie rzecz ujmując, w dominującej części napędza go dość jednostajny, wspomniany już wcześniej riff. Poza nim w kawałku nie dzieje się zbyt wiele ciekawego. Podobne skonstruowany jest utwór „Warheaded Ritual”, które osobiście kojarzy mi się ze Slayerem, co należy traktować jako komplement – to mniej więcej trzy minuty czystego metalowego zamętu i szaleństwa.

Prawdziwym walcem, który sunie po słuchaczu w doomowym tempie, jest „Levitator”.

Jednak znów – poza ciekawym riffem prowadzącym – w kawałku nie ma na czym zawiesić ucha. Sytuacji nie ratuje nawet dość rozbudowane solo, które jednak nie zapisuje się zbyt długo w pamięci.

I niestety podobne wnioski można wyciągnąć po przesłuchaniu większości utworów na „The Arrow of Satan is Drawn”. Pozornie niczego im nie brakuje. Jest niezły riff, jest ciekawy wokal, poza tym program obowiązkowy – solówki, przejścia, blasty, od czasu do czasu zmieniają się tempa, ale wszystkiemu temu brakuje – paradoksalne – lekkości, polotu i świeżości.

Bloodbath wszak słynął z przebojowości swoich utworów. Tutaj słychać tylko przebłyski, jak na przykład w skandowanym utworze „Chainsaw Lullaby” albo „Bloodicide”, które od samego początku bezlitośnie atakuje bębenki.

Bardzo przypadła mi natomiast go gustu okładka – udowadnia, że jednym obrazem można opowiedzieć nieoczywistą historię. Co się dokładnie się tam wydarzyło? To każdy może zinterpretować samodzielnie.

Być może moje dość surowe podejście do tego albumu wynika z dużych oczekiwań – w końcu po takich muzykach nie tylko można, ale wręcz trzeba spodziewać się więcej. Być może gdyby był to krążek nagrany przez szerzej nieznaną kapelę debiutantów, uznałbym, że bardzo solidnie i klasycznie podeszli do death metalowego rzemiosła. Niestety zamiast dźwięków pełnych pasji, finezji i kunsztu dostaliśmy muzykę zaledwie poprawną. Ot, takiego Volkswagena Passata death metalu.

Bloodbath - „The Arrow of Satan is Drawn”, 2018
Bloodbath – „The Arrow of Satan is Drawn”, 2018

Lista utworów:

1. Fleischmann
2. Bloodicide
3. Wayward Samaritan
4. Levitator
5. Deader
6. March Of The Crucifers
7. Morbid Antichrist
8. Warhead Ritual
9. Only The Dead Survive
10. Chainsaw Lullaby

Podobne artykuły

Recenzja: „Apocalipsis – Harry at the End of the World”

Albert Markowicz

Recenzja: Vader – Tibi Et Igni

Tomasz Koza

Recenzja: Frontside – Teoria Konspiracji

Tomasz Koza

Zostaw komentarz