Image default
RECENZJE

Kolejna modlitwa – recenzja Metal Church „Damned If You Do”

To już dwunasty album studyjny Metal Church! Zespół po raz kolejny przypomina o sobie wydając nowe dzieło. Ostatnim ich wydawnictwem było „XI” z 2016 roku, które spotkało się z dosyć ciepłym odbiorem. Album był często porównywany do klasycznych płyt Metal Church tj. „The Dark” i „Blessing in Disguise”. „XI” było również wielkim powrotem do zespołu wokalisty, Mike’a Howe’a, który użyczał swojego głosu od 1988 roku do 1995 roku. Zastąpił na tym stanowisku również ważnego w historii Metal Church wokalistę, Ronny’ego Munroe’a, który śpiewał w zespole tylko w obecnym wieku.

Następcą „XI” jest „Damned If You Do”, które swoją premierę miało 7 grudnia 2018 roku. Grupa obecnie występuje w następującym składzie: Mike Howe – wokal; Kurt Vanderhoof – gitara prowadząca; Rick Van Zandt – gitara; Steve Unger – bas; Stet Howland – perkusja. Ten ostatni dołączył do Metal Church po odejściu Jeffa Plate’a.

Metal Church mieszał podgatunkami metalu.

Od początku istnienia grupy nie było jasnego wyjaśnienia, jaki rodzaj ciężkiej muzyki wykonują. Na każdym wydawnictwie pokazywał inny styl. Było to pewnie związane z częstymi zmianami na pozycji wokalisty. Jako najważniejszych śpiewaków w historii Metal Church można określić: zmarłego w 2005 roku Davida Wayne’a, wcześniej wspomnianego Ronny’ego Munroe’a oraz obecnego frontmana, Mike’a Howe’a. Każdy z nich wniósł do zespołu wiele swoich pomysłów, emocji oraz trzy mocne metalowe głosy. Styl zespołu często jest określany jako wczesny speed metal lub thrash metal. Na wielu nagraniach również wykonują power metal i heavy metal. Chociaż wiele zespołów po pewnym okresie rozpadało się lub zachodziły drastyczne zmiany w repertuarach, to Metal Church cały czas wyznaje swoją metalową religię. Każdy z ich albumów jest odpowiednią modlitwą, która odnosi się do wybranego tematu. Muzycy lubią zamieszczać podteksty o problematyce społeczeństwa, śmierci, emocji i przemyśleń.

Nowy album „Damned If You Do” doczekał się już dwóch teledysków.

Tytułowy utwór został pierwszą zapowiedzią płyty. Od razu po pierwszym przesłuchaniu odczułem, że nowe wydawnictwo będzie godnym następcą „XI”. W tym utworze jest wiele rzeczy do wyróżnienia. Pierwszą z nich jest wokal Howe’a, który maluje niczym pędzlem groźne pejzaże. Genialnie nim kieruje. Mike wie, co chce zaśpiewać i jak chce to zaśpiewać.

Ciekawie prezentuje się jednocześnie bębniarz grupy, Stet Howland.

Robi to, co do niego należy i równocześnie wykonuje kawał dobrej roboty. Wszystko brzmi energicznie i spójnie, co potwierdza dynamiczny teledysk. Nie jest to wypadek przy pracy czy nieudana próba ponownego zaistnienia. To po prostu jest Metal Church. Z czystym sercem można zaliczyć „Damned If You Do” do kanonu genialnych piosenek tej metalowej legendy.

Drugą muzyczną zapowiedzią było „By The Numbers”.

Perkusista znów robi furorę. Jego gra idealnie łączy się z riffem. Wokal podczas zwrotek wydaje się trochę skryty, ale wszystko rekompensuje refren. Podobne zabiegi stosuje Bruce Dickinson z Iron Maiden. Zarówno w przypadku opisywanego zespołu, jak i „Maidenów” wokaliści podobnie intonują odpowiednie części utworów. Refreny zawsze są wystrzałowe i sprawiają wrażenie, że chce się śpiewać wspólnie z zespołem. Metal Church dzięki tej kompozycji wyliczają swoje liczne zalety.

Tajemniczość „The Black Things” przyprawia o dreszcze.

Po wysłuchaniu kolejnych utworów czuję chęć dostarczania sobie coraz większej ilości tych utworów. Metal Church staje się narkotykiem, którego potrzebujemy, aby przeżyć. W przypadku tego zespołu, to druga taka sytuacja, jeśli chodzi o mnie. Pierwszą był perfekcyjny album „The Dark” z 1986 roku. Słuchanie utworów typu „The Black Things” przyprawia o dreszcze. Można powiedzieć, że grają na wysokich obrotach. Na płycie w żadnym momencie nie słyszę jakiejkolwiek wtórności względem poprzednich wydawnictw czy pozostałych piosenek z „Damned If You Do”.

„Revolution Underway” odpręża i wprowadza w stan nirwany.

To chyba najspokojniejsza kompozycja z całego albumu, ale to wcale nie pomniejsza znaczenia tego utworu. Każde metalowe wydawnictwo ma pewien schemat działania. Ogólnie ma być mocno, ale jeden numer spokojniejszy musi się znaleźć. Niektórym to wychodzi dobrze, a niektórym koszmarnie. Na szczęście Metal Church należy do grona tych pierwszych. Na całym „Damned If You Do” jest bardzo dużo momentów wyłącznie instrumentalnych, co jest ciekawym smaczkiem, przy którym nie da się nudzić.

Metal Church wyznaje swoją religię uczciwie i nie potrzebuje spowiedzi z tego albumu.

Nie widzę niczego złego na tym wydawnictwie. Jest fascynujący. Zespół utrzymał swój wysoki poziom, którego pilnuje od początku lat osiemdziesiątych. „Damned If You Do” słucha się przyjemnie i beztrosko. Po ciężkim dniu w pracy lub w szkole zalecane jest posłuchanie tego energicznego grania. Howe zachwyca swoim mocnym głosem, który wykorzystuje we właściwy sposób. Wydali już dwanaście albumów, grają prawie czterdzieści lat, a jednak dalej mają te młodzieńcze pomysły i zachwycają kolejnym wydawnictwem.

Metal Church pokazuje na nowo swój talent.

Mieszanka egzotyczna gatunków metalu przekłada się na oryginalny, nowoczesny i inteligentny album. „Damned If You Do” sprawia, że chce się żyć. Dobrze mieć w zanadrzu takie utwory na występy. Sale koncertowe podczas wykonywania piosenek z tegorocznego albumu pełne będą okrzyków radości fanów. Nie spodziewałem się tak dobrego albumu. Jednak znalazła się jedna jedyna rzecz, która mi się nie spodobała. Była to okładka płyty. Oprawa jest trochę przekombinowana, ale i tak jest znośna. Amerykańscy muzycy postarali się tworząc te kompozycje. Mam nadzieję, że wydadzą jeszcze niejeden tak wspaniały album. Czekam na więcej.

Metal Church - Damned If You Do, 2018
Metal Church – Damned If You Do, 2018


Lista utworów:

  1. Damned If You Do
  2. The Black Things
  3. By The Numbers
  4. Revolution Underway
  5. Guillotine
  6. Rot Away
  7. Into The Fold
  8. Monkey Finger
  9. Out Of Balance
  10. The War Electric

Podobne artykuły

Recenzja: Arch Enemy – War Eternal

Tomasz Koza

Popkulturowa bomba – recenzja Nocny Kochanek „Randka w ciemność”

Bartłomiej Pasiak

Recenzja: Archspire – Relentless Mutation

Hubert Onisk

Zostaw komentarz