RECENZJE

“Disappointed”? W żadnym wypadku! – recenzja Frontal Cortex “Passage”




Są takie płyty, które wbijają się w głowę od pierwszych dźwięków i nijak nie chcą z niej wyjść. “Passage” olsztyńskiego Frontal Cortex to właśnie taka płyta. Ode mnie szczerze, oba kciuki mocno w górę. I właściwie w tym miejscu niniejsza recenzja mogłaby się skończyć. No, ale nie może tak być, że zamknę tekst w czterech zdaniach, czyż nie?

Jak to mam w zwyczaju pisząc o młodych zespołach, na początku szybkie „kopiuj-wklej” z notki biograficznej

Frontal Cortex został założony w 2015 roku w Olsztynie. Piszą o sobie, że ich muzyka to bardzo emocjonalna mieszanka rocka i metalu progresywnego. Swoją muzykę określają, jako nasiąkniętą głębokimi uczuciami i emocjami oraz naładowaną sporym ładunkiem energii i melodyjności. Tematyka utworów związana jest wnikliwą obserwacją świata i walką z emocjami. Zespół opisuje swoje utwory, jako zróżnicowane i z rozbudowaną strukturą, w których lekkie i melodyjne fragmenty przeplecione zostały ciężkimi riffami. Co ja na to? Ano tyle, że lepiej bym muzyki zespołu nie opisał. Na “Passage” najmocniej słychać wpływy Toola, ten zespół był dla Frontal Cortex bardzo silną inspiracją. Ale w muzyce Olsztynian pobrzmiewają również echa Anathemy, A Perfect Circle czy Katatonii, rytmy są połamane, a melodie nieoczywiste.

Album rozpoczyna się powoli dźwiękami tabli, które szybko przechodzą w pierwszy, nazwijmy to, pełnoprawny utwór pt. “Graceless”.

Wbrew tytułowi, “Graceless” nie jest pozbawiony gracji. Podobnie, jak cała płyta. W przepięknym “Beginning Of The End”, bardzo ładnym zabiegiem jest zdublowanie i przesunięcie ścieżki wokalnej. To nie jedyny smaczek w tym klimatycznym utworze. Uwagę zwraca bardzo przestrzenna i rozbudowana solówka, w połowie której klimat utworu nagle się zmienia. Wyjątkowo zgrabne rozwiązanie. Tych przestrzennych i rozbudowanych solówek Łukasza Gołaszewskiego jest na albumie dużo i uważam je za bardzo mocny punkt płyty. Nie stanowią wyłącznie popisów dla samych popisów, lecz są integralną, czujnie dodaną i ważną częścią utworów.

A o czym jest “Passage”?

O miłości. Jak, śmiejąc się, odpowiedział mi wokalista zespołu, Grzegorz Gołaszewski. Jednak miłość według Frontal Cortex “to żaden film w żadnym kinie, ani róże ani całusy małe duże”, że posłużę się tekstem od Happysad. To rozterki, obawy, rozstania. To również zmęczenie i kłamstwa, jak w rewelacyjnym “Blurred Line”. Grzegorz śpiewa tu, że ma dość wysłuchiwania kolejnych tłumaczeń, kolejnych bzdur. Choć przetłumaczenie słowa “bullshit”, jako “bzdura” to, delikatnie mówiąc, eufemizm. Ale niech zostanie. Wiadomo przecież, o co chodzi.

To również płyta o rozczarowaniu

Na singel promocyjny grupa wybrała utwór pt. “Disappointed”, ale o żadnym zawodzie nie może być mowy. W tym utworze zespół zawarł kwintesencję swojego stylu, transowe, nieoczywiste riffy oparte na wyraźnej linii basu zmieniają się, jak w kalejdoskopie. I chyba właśnie w “Disappointed” “toolowatość” Frontal Cortex jest słyszalna najbardziej. A wokalista śpiewa tu o rozczarowaniu swoim dziełem, swoim błędem. Kim jest podmiot liryczny w tym utworze? Bogiem zawiedzionym tym, co stworzył? A może artystą niezadowolonym z efektów swojej pracy? Zwykłym człowiekiem, który jest rozczarowany kolejnym nieudanym dniem?

O czym jeszcze opowiada „Passage”?

O oczekiwaniu. Na nowy dzień, na kolejne promienie słońca, na drugą osobę…
O samotności. Która na „Passage” nie koniecznie jest czymś złym.
O śmierci. Wszak płyta kończy się tytułowym przejściem.
A może o czymś zupełnie innym…

Interpretację tekstów na „Passage” zostawię Wam. A mnogość możliwych wyborów i swobodę interpretacji uważam za ogromną zaletę albumu. Mogłoby się wydawać, że “Passage” to negatywna płyta.

Rozczarowanie, zawód, kłamstwa, śmierć. Sporo tego bagażu do dźwigania. Ale ja jej tak nie odbieram. Opisałbym ją, jako prawdziwy, szczery album o życiu. Wiem, brzmi to, jak bardzo wyświechtany slogan. Jednak na „Passage” ta codzienność, ta „proza życia” spotyka się z bardziej metafizycznymi doznaniami. Dość jednoznaczne teksty o nieudanym związku, zostały zestawione z bardziej wielowymiarowymi i enigmatycznymi.

Tu powinienem wspomnieć o wokalach Grzegorza

Podoba mi się stonowany, spokojny śpiew Grześka. Chwilami nieco monotonny, ale w tym przypadku to nie wada, bo oszczędne wokale świetnie pasują do transowej i chwilami psychodelicznej muzyki. Podobają mi się również wysokie rejestry, które wokalista Frontal Cortex potrafi wyciągnąć. I cholernie mi się podoba ten angielski. Usłyszałem opinię, że ma w sobie coś… skandynawskiego. Zgadzam się w pełni. Gdybym nie wiedział, że Frontal Cortex to polski zespół z polskim wokalistą, ojczyzny grupy szukałbym pewnie gdzieś w Norwegii.

Album został dopracowany w każdym detalu

Słuchając “Passage” nie mam wątpliwości, że zespół poświęcił dużo czasu na dopieszczenie swojej płyty w najdrobniejszych szczegółach. A ja nie wiem dokąd za chwilę zaprowadzą mnie kolejne dźwięki. Rozkręcający się powoli, instrumentalny “Breakthrough” brzmi początkowo, jak niezbyt oryginalna balladka, lecz nagle muzyka załamuje się i zaczyna prowadzić słuchacza w zupełnie innym, tajemniczym kierunku. Wspomniany wcześniej “Blurred Line” zaczyna się dość agresywnie, by później wpaść w nuty pełne, hmmm, może nie rezygnacji, lecz pogodzenia z losem. Frontal Cortex potrafią też zagrać ostrzej, jak w “Beginning Of The End”, czy w “Breath”, który wybucha pod koniec z zaskakującą agresją.

Zupełnie, jak Tool?

Słuchając “Passage”, w pierwszym odruchu człowiek myśli “o, grają jak Tool”. Te najbardziej oczywiste skojarzenie jest jak najbardziej słuszne. I myślę, że to jest ogromny komplement dla Frontal Cortex. Wszak Tool to Instytucja przez “duże i”. Choć przeczytałem kilka komentarzy, jakoby tego Toola było za dużo w muzyce Frontal Cortex. Co kto lubi, ja odbieram to jako czepianie się dla samego czepiania. Bo, jeżeli młode zespoły mają się na kimś wzorować, to tylko na największych, czyż nie? A nie oszukujmy się, w szeroko rozumianej muzyce rockowej wymyślono już chyba wszystko, co tylko dało się wymyślić. Poza tym Frontal Cortex nie jest nieudolnym klonem Toola. Muzycy „toolową” stylistykę przepuszczają przez właśnie doświadczenia i przez własny punkt widzenia.

Popełnię teraz bluźnierstwo, którego fani Toola mi nie wybaczą

Ale najpierw parę słów wyjaśnienia. Najbardziej lubię Toola z początkowego okresu działalności, a więc krążków “Opiate” i “Undertow”. To płyty zwarte i nieprzeciągnięte ponad zdrowy rozsądek. Na kolejnych albumach Tool popadł, moim zdaniem, w tendencję do niepotrzebnego rozwlekania swoich płyt. Tu pewnie pojawią się głosy, że “nie rozumiem Toola”, że zespół po prostu rozwinął i dopracował swój styl i dobrze, że poszukuje, zamiast stać w miejscu. Że powinienem iść słuchać disco-polo, jak mi Tool nie leży. Mówcie co chcecie, biorę na klatę, jednak mi kierunek rozwoju Toola nie odpowiada w stu procentach. A zarzut o niepotrzebne rozciąganie albumów w szczególności dotyczy “10000 Days” – płyty, która w pewnym momencie zaczyna mnie nieco nudzić.

No i wspomniane na początku akapitu bluźnierstwo polega na tym, że uważam “Passage” za album pozbawiony tej wady

Łoooooo!! Gościu, hamuj, bo się rozbijesz! Coś jest lepsze, niż Tool!? Zgiń, przepadnij, odmieńcze! Niech Ci kółka różańcowe blokują wszystkie koncerty, na które chcesz iść! Co mam powiedzieć? “Passage” zdecydowanie nie jest rozwleczoną płytą, a ja nic nie poradzę na to, że tak, a nie inaczej odbieram ostatni krążek Toola.

Nie mogę nie napisać o szacie graficznej “Passage”

Debiutancki album Olsztynian ukazał się w przepięknym digipacku z obszerną książeczką. Patrząc na dopracowaną, bardzo staranną oprawę graficzną albumu, aż trudno uwierzyć, że to wszystko obrazy z odzysku. I niewiele brakowało, by przepadły całkowicie. Na szczęście udało się odratować je z zachowanych zdjęć i dzięki pierwszej płycie Frontal Cortex, dyplomowe obrazy Janusza Skierkowskiego zyskały nowe, godne życie. A ja to niebanalne, nazwijmy to, „studium Człowieka” uważam za doskonałe uzupełnienie wyjątkowej muzyki i intrygujących tekstów.

Jest na “Passage” kilka słabszych momentów

Na tle rozbudowanych, progresywnych utworów, “Hangman” brzmi zaskakująco zwyczajnie. Ot, “radiowy” rock w stylu początków O.N.A. Owszem, fajny, ale niewyróżniający się niczym szczególnym. Brzmi wręcz, jak przygotowany z myślą o innej płycie. Choć widzę, że w innych recenzjach jest za tę “radiowość” chwalony. Przebojowości faktycznie nie sposób mu odmówić. Zresztą do niewątpliwej przebojowości albumu “Passage” wrócę za chwilę.

A pół żartem, pół serio przyczepię się do, być może, nieistotnego szczegółu, ale podobno diabeł tkwi właśnie w szczegółach. “Intro”!! Serio??!! No panowie, jak tak można! Okaleczyć tak dobrą i dopracowaną płytę, tak wyświechtanym i pozbawionym pomysłu tytułem. No po prostu nie przystoi!

“Passage” to, jak zaznaczyłem wcześniej, bardzo przebojowa płyta

Utwory wpadają bardzo szybko w ucho i choć człon “prog” jest bardzo wyraźny w muzyce Frontal Cortex, to album nie jest udziwniony na siłę. Płyta jest zróżnicowana i spójna zarazem. Zespół czerpie pełnymi garściami z najlepszych wzorców na niezwykle bogatym rockowo-metalowym podwórku. Melodie nie są banalne, przy jednoczesnym zachowaniu ich ogromnej chwytliwości. Utwory takie, jak „Graceless” czy „Blurred Line” szybko wpadają w ucho, kilkakrotnie złapałem się na tym, że nucę je bezwiednie.

Frontal Cortex nie zasypiają gruszek w popiele. Według muzyków powstała już mniej więcej połowa materiału na następcę “Passage”. Co przyniesie ciąg dalszy? Czekam z niecierpliwością.

Frontal Cortex - Passage, 2018
Frontal Cortex – Passage, 2018

Tracklista “Passage”:

1. Intro 01:04
2. Graceless 04:43
3. Beginning Of The End 04:05
4. Disappointed 05:11
5. Hangman 05:01
6. Breakthrough 05:04
7. Blurred Line 05:26
8. Before The Storm 04:41
9. Breath 03:56
10. Passage 06:13

Podobne artykuły

Recenzja: Ektomorf – Fury

Szymon Grzybowski

Recenzja: Me And That Man – Songs of Love and Death

Albert Markowicz

Recenzja: Paradise Lost – Medusa

Hubert Onisk

Zostaw komentarz