WYWIADY

“Obecnie metal zdaje się stanowić naszą drugą naturę” – wywiad z Oscarem Dronjakem (Hammerfall)




Jedna z obecnych wciąż na horyzoncie premier płytowych 2019 roku należy do Hammerfall. Jedenasty album studyjny Szwedów, zatytułowany „Dominion”, ukaże się już 16 sierpnia. Przy tej okazji jeden ze współzałożycieli grupy, Oscar Dronjak, znalazł chwilę na rozmowę. Jednak wywiad nie dotyczył wyłącznie nowego tytułu. Podczas niemal trzydziestominutowego dialogu padły także m.in. zagadnienia miejsca metalu w szwedzkiej kulturze czy wpływu perfekcjonizmu na proces twórczy.

Zapraszam do lektury!

Oscar Dronjak: Hej, tu Oscar z Hammerfall.

(po szwedzku) Hej, hej. Jak się masz?

Oscar Dronjak: (śmiech) Świetnie! A ty?

Równie dobrze, dziękuję.

Oscar Dronjak: Mówisz po szwedzku?

Troszeczkę… Chciałam miło zacząć. Pozwól jednak, że przejdziemy do angielskiego. Cieszę się, że wreszcie możemy porozmawiać. Zgaduję, że możesz być już nieco znużony prośbami o opisy „Dominion”…

Oscar Dronjak: (śmiech) W sumie to nie. Nie mogę się doczekać, aż album się ukaże.

Mhm! Ale może tym raz ukrócimy nieco formę. Czy jesteś w stanie podsumować album w trzech przymiotnikach?

(po chwili ciszy)

Chyba zadałam ci trudne pytanie na początek…

Oscar Dronjak: Tak, jest trudne… Niemniej sądzę, że odpowiedzią będzie pełen energii, świeży i… Epicki.

Podoba mi się ten ostatni. Przejdźmy jednak do emocji, które wzbierają wokół płyty. Do tej pory ukazał się tylko jeden singiel, „(We Make) Sweden Rock”. Mieliście już parę okazji do zaprezentowania utworu na żywo. Ostatnio – właśnie na Sweden Rock. Gdzie po raz pierwszy gościliście w 1998 roku. Jak było powrócić na scenę festiwalu z tym swoistym hymnem?

Oscar Dronjak: Niesamowicie. Na Sweden Rock zagraliśmy do tej pory siedmiokrotnie. Ale również byłem tam jako fan, w tłumie, tyle samo razy. Dla mnie jest to wyjątkowe miejsce. Zawsze miło wspominamy wizytę na Sweden Rock. I ostatnio nie było wyjątku. Na scenie towarzyszyło nam około czterdziestu fanów, którzy wygrali wejściówkę, aby odśpiewać z nami ten konkretny utwór. Było to dla nas jedno z najważniejszych wspomnień. Zakładam, że dla nich również (śmiech).




Zdaje się, że ciężko będzie to przebić w przyszłości. Chyba że kontynuacjami. „Sweden Rock 2”, „Sweden Rock 3”…

Oscar Dronjak: Dokładnie tak zrobimy (śmiech).

Zdaje się, że występ był transmitowany w szwedzkiej telewizji publicznej?

Oscar Dronjak: Tylko urywki.

Mimo to zdawać by się mogło, że metal w Szwecji jest częścią spuścizny narodowej.

Oscar Dronjak: Niewątpliwie jest to prawdą. Jednak, w przypadku telewizji, masz po prostu zatrudnionych ludzi – zobligowanych do transmitowania wszystkiego po trochu. Tymczasem radio stało się tu bardziej komercyjne. Około 2005 roku metal eksplodował – mogłaś go usłyszeć na każdej stacji. A także zobaczyć w telewizji. Ale po jakimś czasie wszystko zaczęło cichnąć i obecnie w zasadzie nie da się doświadczyć metalu w publicznych mediach. Co jest do kitu… Szwecja nigdy nie miała rozbudowanej sieci stacji radiowych, jak na przykład Stany. Niemniej uważam, że głupio jest przymykać oko na coś, co na pewno pokochałoby wielu ludzi w kraju. Jeśli szukasz w tym tylko zarobku, niewątpliwie znalazłby się. Mamy tu wielu miłośników metalu… Dlatego zupełnie nie rozumiem tej logiki.

Tym bardziej, że szwedzki metal, o ile się nie mylę, nie miał na celu stawać w opozycji do waszej kultury. Nie działo się to, co miało miejsce w Stanach w latach 80.

Oscar Dronjak: Może nie działo się to, co w Stanach, ale na początku lat 80. ludzie widzieli w metalu stanie po innej stronie barykady. Robienie z siebie wyrzutków. Pamiętam te czasy, nie było tak źle. Może niektórzy chcieli wyłamywać się na siłę, bo robiło to z nich swego rodzaju buntowników. Co było czymś nowym. Obecnie jednak metal zdaje się stanowić naszą drugą naturę.

Zwłaszcza, że metal w Skandynawii może się łatwo inspirować mitologią czy historią. Co u niektórych ludzi spoza nurtu może wręcz wzbudzać zaufanie.

Oscar Dronjak: (śmiech) Dokładnie! Chociażby kultura wikingów. O której może nie myślisz każdego dnia, cały czas, ale ona zawsze gdzieś jest. Jest częścią naszego dorobku.

Jeśli chodzi o szwedzki metal, widzę tu pewien powtarzający się motyw. Wyjątkowo często występują takie prefiksy jak „power” i „melodic”, nawet jeśli mówimy o black metalu. Na tle innych państw zdaje się to być szwedzką domeną. Mam teorię, jakoby wynikało to z melodii obecnej w waszej mowie, a więc w czymś co was określa. Ale może dostrzegasz inną zależność?

Oscar Dronjak: Sądzę, że masz bardzo ciekawe podejście. Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób, ale coś może w tym być. Ale w takim wypadku norweski metal powinien przebijać szwedzki w kategorii melodyjności.

No tak, norweski to w sumie akcent z Goteborga pomnożony razy dwa…

Oscar Dronjak: Norweski jest tak szczęśliwym językiem. Nie możesz się nawet zdenerwować, gdy ktoś na ciebie wrzeszczy. Nadal brzmi jakby cię błogosławił. Niemniej możesz mieć rację. Także w Norwegii, jeśli już mają zespoły melodic metalowe, robią to naprawdę dobrze.

… albo jest to kwestią statystycznej szczęśliwości społeczeństwa? Nie wiem już do czego to odnieść.

Oscar Dronjak: Może być i tak. Melodia zawsze jest dla nas czymś istotnym. Jest jej pełno w muzyce ludowej, od zawsze. Melodie opierają się na brzmieniu akordeonu, skrzypiec… I tego jednego, którego nazwy nigdy nie pamiętam… Nyckelharpa! W naszej kulturze są to bardzo tradycyjne instrumenty. Także może masz rację; może melodia jest dla nas podstawą wszystkiego.

Przed tą rozmową byłam dość pewna swego, ale po tym jak wspomniałeś o Norwegii… Straciłam pewność siebie.

Oscar Dronjak: (śmiech) Przepraszam!

HammerFall - Dominion, 2019
HammerFall – Dominion, 2019

Wróćmy do „Dominion”. Prawdę powiedziawszy miałam już okazję zapoznać się z utworami i jedna rzecz mnie zaskoczyła. Z tego co wiem pisaliście ten album będąc w trasie. Mogę sobie łatwo wyobrazić, jak powstawały kolejne epickie historie napędzane energią, którą dawaliście i otrzymywaliście z powrotem od fanów. Gdy nagle w połowie albumu – romantyczna ballada. Zastanawiam się nad jej pochodzeniem.

Oscar Dronjak: Tak, to coś zupełnie innego. Począwszy od etapu tworzenia. Ten utwór powstał we współpracy z Jamesem Michaelem w Los Angeles. Z którym pracujemy od czwartego albumu.

Kto stoi w takim razie za całym konceptem?

Oscar Dronjak: Zależy o co pytasz: o muzykę czy tekst?

O obydwa.

Oscar Dronjak: Zdaje się, że Joacim dał początek samej idei wyjścia nieco poza dotychczasową strefę komfortu. Mam na myśli napisanie utworu wespół z kimś innym. Uważam, że James jest świetnym kompozytorem i producentem, więc spróbowaliśmy. Najgorsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć, to świadomość, że jesteśmy cztery dni w plecy z innymi rzeczami. Jednak obecnie znamy się z Jamesem na tyle dobrze, że dość łatwo było nam siąść do wspólnego pisania. Ja miałem pomysł na zwrotkę. Zagrałem ja na gitarze, na pianinie. I od tego zaczęło się dalsze komponowanie. Zdaje się, że kolejne półtorej dnia przesiedzieliśmy przed pianinem nucąc tę melodię. I tak kształtowała się kompozycja, do której Joacim dopisał słowa. Ale to on zapoczątkował sam pomysł. (…) Sadzę, że to jedna z najsilniejszych pozycji na albumie.

Mimo, że wasza setlista koncertowa nie zdradza póki co kolejnych tytułów, chciałabym cię prosić o wskazanie utworów, które już teraz zaskarbiły sobie twoją sympatię. Wiemy już o balladzie. Czy jest coś jeszcze?

Oscar Dronjak: Za wcześnie by mówić o ulubionych tytułach. Odnoszę jednak wrażenie, że utworem, który naprawdę sprawdzi się na żywo, będzie „Testify”. Sądzę, że trafi do publiki. Chociaż nigdy nie wiesz, co się wydarzy, moim zdaniem może być podobnie z „One Against the World”. Ten utwór jest w zasadzie o fanach, więc może się dobrze przyjąć.

A, odnośnie samego powstawania albumu, zapisały się w historii zespołu jakieś anegdoty? Czy ta z „Byłem w spożywczaku, kiedy Joacim napisał” jest najbardziej spektakularną?

Oscar Dronjak: (śmiech) W zasadzie anegdoty nie miały szansy się zadziać, co wynikało z samego procesu pisania. Sądzę, że to odbyło się w najbardziej komfortowych do tej pory warunkach. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. W przeszłości zdarzało nam się izolować w jednym miejscu. Spędzać w nim do czternastu godzin, spać w studio i od rana kontynuować w tym samym trybie.
 
Ale im bardziej się starzejesz, tym więcej komfortu potrzebujesz. Do tego wszyscy mamy rodziny, więc nie chcemy pozwalać sobie na nagrywanie jak przed laty. Obecnie mamy studio, którego jestem właścicielem. W miejscu, gdzie mieszkam. Obok lotniska. Więc jest idealnie. Spotykamy się rano, spędzamy na przykład tydzień w studio. Tak długo, jak jesteśmy w stanie się na tym skupić. Tym razem było to zazwyczaj od dziewiątej rano do siódmej popołudniu. W piątek lecieliśmy z Pontusem do jego rodziny spędzić miło weekend, a od poniedziałku zaczynaliśmy od nowa. Tym razem naprawdę dobrze przygotowani i zorganizowani. Mogliśmy nagrywać tak, jak chcieliśmy. Bez stresu, bez pośpiechu.

W jednej z niedawnych wypowiedzi powiedziałeś, że „dobrze to wciąż nie wystarczająco dobrze”. To zdanie zdaje się czynić cię perfekcjonistą.

Oscar Dronjak: Sądzę, że wszyscy jesteśmy po trochu perfekcjonistami. Chyba wszyscy chcemy, aby niektóre rzeczy były tak perfekcyjne jak tylko mogą. To nastawienie towarzyszy mi przy komponowaniu. Utwór nie może być tylko dobry – musi być świetny, jeśli ma się znaleźć na albumie. Oczywiście ta postawa przekradła się do sposobu w jaki nagrywam. Czy to solówka, riff, cokolwiek – pytanie czy jest dobre czy świetne. Chodzi o tworzenie iście klasycznych perełek. Co, wydaje mi się, osiągnęliśmy tym razem. Nie brzmiąc zarozumiale. W moim osobistym odczuciu ten album nie jest naszym jedenastym. Ma w sobie tyle energii co pierwsze tytuły. Co bardzo mnie cieszy.

Czy takie nastawienie zawsze się sprawdzało? Nie chcę mówić, że perfekcjonizm bywa destrukcyjny. Ale czy nie zdarzało się, że odbijał się negatywnymi konsekwencjami w trakcie tworzenia? Spowalniał, popychał do nadmiernego „polerowania”?

Oscar Dronjak: Rozumiem twój punkt widzenia. W każdym akcie twórczym, w każdej sztuce… Nie chcę nazywać muzyki sztuką. Dla mnie to bardziej plastyczne twory, obrazy, fotografie… Jednak we wszystkim co robisz, musisz wyczuć moment, kiedy dzieło jest skończone. Jeśli nie jesteś w stanie tego poczuć, prawdopodobnie jeszcze nie skończyłeś. Tak to widzę.

Tak więc możemy powiedzieć, że wspomniane przez ciebie odczucie jest uniwersalnym sygnałem: „Utwór jest kompletny”.

Oscar Dronjak: Zawsze tak pracuję. Zwłaszcza teraz, kiedy naprawdę mieliśmy czas. Muzyka, którą tworzę, jest oczywiście dla Hammerfall. Ale również dla mnie samego. Dla osobistego zwieńczenia. Uwielbiam to, co tworzę. Czasem odkładam utwór na bok, czasem nie myślę o muzyce w ogóle. Ale po to by wrócić po czasie i móc stwierdzić czy jest dobre. Nieraz próbuję wsłuchać się w utwór z perspektywy fana. Co jest oczywiście niezwykle trudne dla twórcy. Czy podoba mi się jako potencjalnemu słuchaczowi? Cóż, przy tym albumie bardziej niż wcześniej.

Zastanawia mnie, że jako perfekcjonista jesteś w stanie uwielbiać swoje utwory. Zazwyczaj przy takiej postawie głos wewnętrznej krytyki jest naprawdę głośny. Czy nie zdarza się, że jakiś utwór nie przypada ci do gustu? Porzucasz go w takiej sytuacji czy próbujesz wydobyć to, co uczyni go dobrym?

Oscar Dronjak: Zależy jaki problem niesie ze sobą kompozycja. Jeśli już na początku dostrzegam w niej interesujące elementy, po prostu poświęcam jej więcej czasu. Jeśli jednak utwór nie ma sobą wiele do zaoferowania, próbujemy wykorzystać w przyszłości choć jego fragmenty. Nie piszę piosenek w dwie godziny. Raz towarzyszy mi przepływ energii i idzie ot tak. Raz trwa to tydzień. Tak naprawdę całą robotę robi twój mózg. Wszak najpierw utwór musi zaistnieć w twojej głowie. Nie, gdy siedzisz z gitarą w ręce.

W twoim muzycznym CV, poza Hamerfall, jest jeszcze jeden zespół, który figuruje jako aktywny. Mam na myśli Ceremonial Oath. Wznowienie działalności nastąpiło w 2012 roku i… Jak wygląda sytuacja od tamtej pory?

Oscar Dronjak: No cóż… Tamtego roku zagraliśmy razem trzy koncerty. W Goteborgu, na festiwalu Hellfest i… Cholera. Garorock! To był Garorock. I tyle. Tyle było wówczas zaplanowane. Co zabawne, kosztowało nas to więcej wysiłku, niż mogliśmy się spodziewać. Nie mam pojęcia, co mieliśmy w głowach pisząc te utwory w latach 90. Przygotowania do ponownego grania zabrały nam naprawdę wiele czasu. Powrót do formy. Do tej prędkości! Dodatkowo musiałem się… Nie nauczyć, ale odkryć na nowo jak używać swojego głosu. Musiałem przypomnieć sobie, jak się growluje, czego nie robiłem od lat. Czas reaktywacji był naprawdę udany, ale każdy z nas był zaabsorbowany czymś innym. Okazało się wówczas, że nie ma już miejsca dla Ceremonial Oath. Nie wtedy. Nigdy nie wiadomo, może kiedyś wrócimy na scenę. Jednakże obecnie nie ma z tym żadnych planów.

I ostatnie pytanie, odnośnie Hammerfall. Czego fani mogą się spodziewać przed 16 sierpnia? Może kolejny singiel?

Oscar Dronjak: Przed premierą pojawią się jeszcze dwa. Jeden, z porządnym teledyskiem… Mam na myśli: „(We Make) Sweden Rock” to w zasadzie wciąż tylko lyric video. Zdaje się, że utwór z klipem pojawi się na dwa tygodnie przed „Dominion”.

Wspomniałeś o dwóch singlach.

Oscar Dronjak: Drugi pojawi się… Bodajże w przyszłym tygodniu. 29 czerwca czy coś takiego. Bez klipu, ot sam utwór. To będzie „One Against the World”.

(po szwedzku) Stokrotne dzięki za wywiad!

Oscar Dronjak: Nie ma sprawy. Dziękuję i dobrego dnia!

Zostaw komentarz