RECENZJE

Recenzja: Frontside – Zniszczyć wszystko

Są takie kapele, które omija się z daleka. Wszyscy dookoła wyśpiewywali pochwalne peany na cześć Frontside, a mną aż trzęsło na samo brzmienie tego słowa. Nie potrafiłam się przekonać do twórczości tej kapeli. Skąd brała się ta niechęć? Może z tego, że nie znalazłam w ich muzyce niczego, co by mnie pociągało…

Teraz w moje ręce trafiła najnowsza płyta “Zniszczyć Wszystko”.

Tliła się we mnie iskierka litościwej nadziei – może dzięki niej zdołam się przekonać do kapeli, o której tyle się już nasłuchałam? Gdy tylko rozpoczął się tytułowy utwór “Zniszczyć Wszystko” coś mnie ukłuło w miejscu gdzie zazwyczaj ma się serce. Muzycznie – polecieli ostro i okrutnie. Z krążka wylewa się w nasze uszy tsunami morderczych dźwięków, rozrywających bębenki uszne, ale jednocześnie jest tu strasznie pusto.

No tak, jest jak najbardziej mocno, ale co z tego?

Surowy metalcore ze sporą dawką death metalu, ale… Nie zdołałam wyczuć tutaj choćby odrobiny “klimatu”, jakiejś zawiesistości, której można by się spodziewać po tak utytułowanym zespole. No i jeszcze ten wokal… Tak prymitywne ryki odrzucają mnie jak uderzenie w twarz. Miałam ochotę nacisnąć klawisz stop w odtwarzaczu tak szybko, jak szybko wywrzaskiwany był tekst kolejnego kawałka, “Pociągasz za spust”. Nawet nie zauważyłam jak ten utwór się skończył, tak był pozbawiony cech charakterystycznych. “Czas desperacji” kontynuował ciąg braku zaskoczenia. Bezładna napierdalanka okraszona dzikimi wrzaskami – całość pozbawiona emocji i jakiegoś porządku. Moje emocje postępowały zgodnie z tytułami piosenek.

“Droga donikąd” – pomyślałam sobie “o rany, oni są prorokami, czytają moje myśli”… Ta płyta właśnie ciągnie do wspomnianego nikąd… Jeden utwór wynika z drugiego, przypomina poprzedni i następny zarazem. “Martwa propaganda” ma na szczęście jeden optymistyczny akcent, w postaci czystego wokalu Aumana. Przy nim zdołałam się wreszcie uśmiechnąć. Piękny głos na tle spokojnej melodii – to było coś naprawdę ciekawego. Szkoda tylko że tak mało było takich błysków do tej pory… Ale przynajmniej czymś się ten kawałek wyróżnił.

“Dopóki moje serce bije” też zostało oprószone brokatem tegoż wokalu.

Na szczęście, bo już zaczynałam tracić nadzieję. Pojawiła się nawet całkiem ciekawa melodia – może ta solówka ciutkę mi przeszkadzała – ale zrobiło się naprawdę ciekawiej. Wokal nadal mnie drażnił, ale już troszeczkę mniej. “Granice rozsądku” – na szczęście! – pozwoliły mi uwierzyć, że nie wszystko stracone. Moje rozczarowanie odrobinę stopniało. Pojawiło się coś, czego tak bardzo mi od początku brakowało – klimat. Mniej wrzasków, za to znacznie więcej myśli. Skłaniałam się ku temu kawałkowi, kiedy moje wredne serducho zostało zaskoczone “Z zimną krwią”. Aż mi się oczy szerzej otworzyły i przeszedł mimowolny dreszcz. Zrobiło się zimno. Nie zwracałam już uwagi na drażniący mnie wokal, gdyż zaskoczył mnie niesamowity tembr tej piosenki. Myślami przeniosłam się na zdewastowane ulice, osaczyła mnie ludzka nienawiść… I wtedy w moje uszy uderzył “Zdrajca”.

Frustracja walczyła z uczuciem silnego wzburzenia – miałam ochotę rzucić czymś o ścianę, naprawdę!

Z tego kawałka emanuje gniew i agresja, płynąca wrzącym potokiem lawy. Iskra nadziei znowu zapłonęła. “Promienie umierającego słońca” wypaliły wszelkie wątpliwości, które jeszcze tliły się w moim umyśle. Nareszcie odnalazłam to, czego szukałam od pierwszych nut tej płyty. Muzyka uderzała we mnie falami wzburzonego oceanu, sieczonego brutalnym wręcz brzmieniem gitar i poprzecinanymi naprawdę okrutnym rykiem wokalisty. Przedostatni utwór “Nie jesteś sam” zaskoczył mnie melodyjnością splecioną z surowością, na które przypięto kryształki “czystego” wokalu. Nie wiem dlaczego, ale te wstawki stanowią dla mnie kwintesencję tego kawałka. Szkoda, że dopiero pod koniec zaczęłam się uśmiechać. “Nie ma we mnie Boga” znowu podrażniło moje uszy denerwującymi wrzaskami wokalisty, ale zdołałam zwalczyć w sobie wzbierające we mnie rozdrażnienie. Rytm piosenki przypominał mi zatrzymujące się powoli serce… Wszystko zwalniało, zamierało, robiło się chaotyczne – aż ucichło…

Wielką wojnę w moim sercu wywołała ta płyta.

“Zniszczyć Wszystko” jest krążkiem tak dziwnym, tak niesamowicie skomplikowanym emocjonalnie, że aż człowieka chce pokręcić. Dlatego stwierdzam, iż każdy tą płytkę musi rozpracować we własnym umyśle. Wgryźć się w nią, rozgryźć, rozszarpać, rozłożyć na czynniki pierwsze. Trzeba zanurzyć się po same uszy w tej muzyce aby móc ją zrozumieć. I nie można poprzestać na jednym przesłuchaniu. “Zniszczyć Wszystko” nie jest tym rodzajem materiału, który wchodzi od razu. Trzeba słuchać aż z uszu poleje się krew… Wtedy pojmiemy sens tego zniszczenia…

 

frontside 500x500

Track lista:

01. Zniszczyć Wszystko
02. Pociągasz Za Spust
03. Czas Desperacji
04. Droga Do Nikąd
05. Martwa Propaganda
06. Dopóki Moje Serce Bije
07. Granica Rozsądku
08. Z Zimną Krwią
09. Zdrajca
10. Promienie Umierającego Słońca
11. Nie Jesteś Sam
12. Nie Ma We Mnie Boga

 

 

 

 

Autor: Dorota Hajdukiewicz

Data publikacji: 2009

  • Ocena autora:
3
Sending
User Review
0 (0 votes)

Podobne artykuły

Recenzja: Megadeth – TH1RT3EN

Kinga Parapura

Nieoszlifowany diament – recenzja Diamond Head „The Coffin Train”

Bartłomiej Pasiak

Wszystko zostało powiedziane – recenzja Uriah Heep “Living the Dream”

Bartłomiej Pasiak

1 komentarz

JesterHead 29 lipca 2017 at 11:32

Koszmarna grafomańska recenzja. Bardziej pasuje na tumblr, niż na portal o muzyce metalowej.

Odpowiedz

Zostaw komentarz