Image default
RECENZJE

Dobry początek – recenzja “Raw Deal” Infearnite

Wiecie co jest fajnego w pisaniu o debiutanckim materiale zespołu? To, że cień wcześniejszych dokonań nie rzutuje na odbiór opisywanej płyty. Że można po prostu włączyć odtwarzacz i posłuchać krążka bez zbędnych porównań, nawiązań, odniesień. I również bez fanowskich obaw, czy aby na pewno ulubiony zespół stanął na wysokości zadania. Patrząc na problem z perspektywy zespołu, pytanie “czy się przebijemy?” z pewnością towarzyszy każdej początkującej grupie, która ma większe ambicje, niż granie coverów Modern Talking na urodzinach u cioci Krysi.

Zespół Infearnite
Zespół Infearnite; fot. Łukasz Kowalski (Fotografia KowalEs)

O zespole Infearnite.

Infearnite to liczący niespełna dwa lata, radomszczańsko-częstochowski skład, który swoją muzyką zdążył zaskarbić sobie przychylność jury przeglądu Free Art Fest from Poland ’18 w Częstochowie. 11 lipca 2018r. grupa wydała debiutancki, 16-minutowy mini-album pt. “Raw Deal”.

Zespół pisze o swojej muzyce: „progresywny death metal”. Najczęściej słowo “progresywny” przypinane jest na wyrost wtedy, gdy brakuje ładnej odpowiedzi na pytanie “chłopaki, co gracie?” Sprawdźmy zatem, co chłopaki grają!

Na „Raw Deal” składają się cztery ciekawe utwory…

Otwierający płytę „Terrestrial” to rasowe death metalowe uderzenie, odpowiednio ciężkie, ale niepozbawione bardzo fajnej chwytliwości. Utwór przełamany jest bardziej melodyjnym refrenem, w którym odpowiadający za wokale Dariusz Januszewski z ogromną swobodą przechodzi pomiędzy growlem z głębi trzewi, a screamowym wrzaskiem. Zresztą swoboda wokalisty to ogromny atut Infearnite.

Podobnie, jak bardzo sprawna sekcja rytmiczna. Utwory są zróżnicowane, death metalowe riffy przeplatają się z łagodniejszymi i bardziej połamanymi, jak w następnym na płycie „Kindread”. To najbardziej progresywny utwór na „Raw Deal”, rozpoczyna się rwanym, ciężkim riffem stanowiącym kontrapunkt dla równego bicia perkusji. Infearnite bardzo czujnie łączą tu rasową wściekłość z bardziej melodyjnym graniem.

… a płyta kończy się zbyt szybko.

W “Thru the See” słuchacz dostaje bezpardonową galopadę podpartą blastami i brutalną ścianą gitar. To najbardziej wściekły i, powiedziałbym, dosadny utwór na płycie.

Najbardziej zaskakującym jest zamykający EP-kę „Desolution”. Zaczyna się połamanym rytmem, by w połowie gwałtownie wyciszyć się… akustyczną wstawką, punktowaną wyraźnym rytmem perkusji. Zabieg skojarzył mi się z “Path of Destruction” grupy Old Man’s Child. W “Desolution” przynosi podobny, zaskakujący efekt. A 16 minut obcowania z muzyką Infearnite mija zdecydowanie zbyt szybko. Tu muszę dodać, że zapętlenie płyty nie powoduje znudzenia. Tak zwany „repeat mode” w przypadku „Raw Deal” działa bardzo dobrze.

Opisując jednym słowem…

Gdybym miał w jednym słowie opisać największy atut debiutu Infearnite, to tym słowem byłoby zdecydowanie zaskoczenie. Zespół odważnie sięga po inspiracje z różnych półek. W tych czterech utworach muzycy zawarli brutalność i agresję, ale również melodię i nieco spokoju.

Pisałem wcześniej, że grupa określa swoją muzykę mianem progresywnego death metalu, z zastrzeżeniem, że to określenie jest bardzo często stosowane na wyrost i z braku lepszego pomysłu. W przypadku Infearnite określenie „progresywny” jest zdecydowanie na miejscu.

Słychać, że muzycy nie boją się wyjść poza schemat, nie boją się troszkę odejść od konwencji.

“Raw Deal” w żadnym wypadku nie jest nieudolnym klonem pięćdziesiątej płyty Deicide, ani usilnym i wtórnym odgrywaniem “vaderopodobnych” patentów. Utwory nie nudzą się i nie są kalką siebie nawzajem. Słuchacz nie ma również wrażenia, że otrzymał entą, niczym nie wyróżniającą się kopię „Tomb of The Mutilated”.

Wady wieku dziecięcego.

Nie powiem niestety nic dobrego o okładce płyty. Choć pomysł wydaje się dobry, wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Wyglądająca na przygotowaną w Paincie grafika, trąci bardzo mocno amatorszczyzną. Grubo ciosany (ach, ta siekierka!) obrazek mocno odstaje od interesującej zawartości płyty. Machnięcie podobnego kadru w piwnicy pierwszego z brzegu bloku (kto mieszka w wielkiej płycie, ten wie, jak “przyjemne” są zwykle podziemne komórki lokatorskie) przyniosłoby dużo lepszy, bardziej naturalny efekt. I z pewnością, bardziej działający na wyobraźnię. Gdybym zobaczył „Raw Deal” na półce w sklepie to raczej bym po płytę nie sięgnął. Na szczęście płyta mocno broni się zawartością.

Infearnite
Infearnite; fot. Jacek Szafran

Produkcja.

W pierwszym odruchu miałem wrażenie, że EP-ka brzmi nieco zbyt sterylnie i trochę plastikowo, ale nic bardziej mylnego. Dźwięk jest przejrzysty i czytelny, doskonale słychać wszystkie instrumenty. Tu muszę podkreślić bardzo ładne wydobycie basu. Jednocześnie dźwięk jest odpowiednio „mięsisty” i słuchacz nie ma wątpliwości, że „Raw Deal” to death metalowa płyta. Czy szłoby to zrobić lepiej? Pewnie tak. Ale pamiętajmy, że mówimy o młodym zespole i jego debiutanckim materiale. W związku z tym uważam, że nie ma się do czego przyczepić. A w gruncie rzeczy mnóstwo bardziej doświadczonych zespołów brzmi nieraz gorzej, niż Infearnite.

Dobry początek.

Nie jestem fanem mini-albumów. Zawsze drażni mnie w nich to, że kończą się, zanim zdążą się na dobre rozkręcić. Zawsze zostaję wtedy z poczuciem ogromnego niedosytu. Nie inaczej odbieram „Raw Deal” – chciałbym więcej, a nie ma.

Streaming:

YouTube | Spotify | Bandcamp

Płytę można zamawiać za pośrednictwem:

Facebook – https://www.facebook.com/pg/Infearnite/shop/
Mailowo pod adresem – [email protected]
Bandcamp (patrz wyżej)

Infearnite - Raw Deal, 2018
Infearnite – Raw Deal, 2018

Lista utworów:

1. Terrestrial
2. Kindread
3. Thru the See
4. Desolution

Artykuł sponsorowany

Podobne artykuły

Recenzja: August Burns Red – Rescue & Restore

Tomasz Koza

Recenzja: Me And That Man – Songs of Love and Death

Albert Markowicz

Zwyczajnie niezwyczajni. Deafheaven – “Ordinary Corrupt Human Love”

Tomasz Chochowski

Zostaw komentarz