Image default
RECENZJE

Recenzja: Iron Maiden – The Book Of Souls

Problem z ocenianiem płyt Iron Maiden polega na tym, że zespół jest żywą legendą. Ma oddanych i wiernych fanów, a często wyznawców. Powiedzieć im, że ich zespół nagrał przeciętną, albo, o zgrozo złą płytę, to jakby powiedzieć Pawłowi Kukizowi, że nie będzie się głosowało za JOW-ami. Na całe szczęście nic się takiego tutaj nie wydarzy, bo Ironi nagrali najlepszą płytę od 15 lat (czyli od „Brave New World”) i jedną z lepszych w swojej karierze.

Niestety od razu muszę uspokoić zachwyty fanów – nie jest to i zapewne nie będzie tak uwielbiane dzieło jak pełne nieśmiertelnych hitów „The Number of The Beast”, czy „Powerslave”. Po prostu brak na nim stadionowych hitów, które śpiewałyby tłumy. Tej płycie bliżej do stylistki „Seventh Son of a Sevent Son”. Na „Book of Souls” jest zdecydowanie mniej rozrywki – to dzieło dojrzałe, bogate w przemyślane, progresywne kompozycje, o skomplikowanej strukturze, ale niepozbawione jednocześnie klasycznych Maidenowych ozdobników. Nie ma się więc czemu dziwić, że na albumie znalazły się kompozycje trwające po 13, a nawet 18 minut! Wiele osób pewnie się zawiedzie, może nawet znudzi, ewentualnie będzie narzekało, że taki repertuar nie ma prawa bytu na stadionowym koncercie. Mimo to jednemu faktowi zaprzeczyć nie można – muzycznie to bardzo dobra płyta.

Przejdźmy zatem do szczegółów. Po pierwsze „The Book of Souls” to podwójny i jednocześnie najdłuższy (aż 92 minuty) album Iron Maiden. Otwiera go utwór Dickinsona, 8-minutowe, progresywne „If Eternity Should Fail”. Kawałek rozpoczyna się od syntezatorów i podniosłego głosu Bruce’a rozpoczynającego tajemniczą opowieść. Tworzymy to razem mroczny, acz trochę kiczowaty klimat seriali fantasy z lat 80’tych. Jednak szybko wpadają gitary, którą są na wstępie jedynie tłem dla wokalu – cały utwór opiera się na sile i melodii głosu Dickinsona, co słychać szczególnie z wpadającym momentalnie w ucho refrenie. W drugiej połowie utworu gitary i perkusja wychodzą na przód, po to by po melodyjnej partii solówek zgrać się w rytmie z wokalem w końcówce – tutaj słychać już klasyczne Iron Maiden. Na zakończenie pojawia się tajemniczy, mroczny głos, który znowu wprowadza nas w klimaty fantasy – trochę to przaśne, ale ogólnie pasujące do całości. Nienawidzę tego słowa, ale określając ten utwór muszę użyć przymiotnika – epicki, nazwanie go po prostu piosenką to potwarz.

„Speed of Light” już chyba wszyscy dobrze znają. Przyznam, że obawiałem się o zawartość tej płyty, gdy usłyszałem go po raz pierwszy. Jest zwykły – owszem wpada w ucho i pewnie cały stadion w niejednym kraju będzie się go domagał na każdym koncercie, jednak jest bardzo prosty, a wręcz piosenkowaty – brzmi jakby zszedł z taśmy produkcyjnej do tworzenia typowych radiowych hitów. Jest przewidywalny i charakterystyczny dla Maidenów aż do bólu. Na całe szczęście to jedyny słaby punkt na całej płycie, ale takie słabe punkty to dla wielu zespołów i tak wysokie progi.

Kolejny na albumie jest „The Great Unknown” – powolny, klimatyczny utwór, który wraz z pulsującą perkusją rozkręca się w metalową heavy-operę. Dickinson wchodzi tutaj znowu w swoją charakterystyczną teatralną manierę, która po raz kolejny wpada w ucho wraz z refrenem. Warto tutaj zwrócić uwagę na melodyjne unisono, które przechodzi w ostrą solówkę. Utwór jest przyjemny w odbiorze, na pewno jednak nie wybitny. Natomiast „The Red and The Black” Harrisa na sto procent będzie żelazną częścią przyszłej setlisty – to Ironi w czystej formie. Utwór trwa aż 13 minut i brzmieniowo od razu nasuwa skojarzenia z „Rime of the Ancient Mariner”. Zespół prezentuje tutaj chyba cały repertuar swoich wypracowanych do perfekcji zagrywek – riffy idealne zgrane z wokalem, melodie, rytmiczne galopady, chóralne zaśpiewki idealne do wspólnego nucenia na koncercie oraz oczywiście świetne, melodyjne solówki, a także syntezatory, które nie rażą sztucznością, a wręcz doskonale budują atmosferę. Ciekawostką dla niektórych może być tutaj również intro i zakończenie w lekko hiszpańskim stylu. Z kolei „When the River Runs Deep” to już klasyczna zabawa w zmiany tempa gdzie powolny, ciężkawy i monotonny refren dobrze współgra z przyspieszającą ścianą gitar i wibrującymi riffami oraz ciętymi solówkami. Pierwszą płytę kończy tytułowe „The Book of Souls”. Utwór zaczyna akustyczna gitara, którą zastępuje elektryczny, idealny do nucenia riff wzmocniony siłą głosu Dickinsona wzbijającego się tutaj na wyżyny swoich rejestrów. Majestatyczną atmosferę kawałka pogłębiają dodatkowo syntezatory i chwytliwy, bujający refren. Na zakończenie dostajemy Maidenowe crème de la crème – melodie, harmonie i solówki.

Drugą część albumu rozpoczyna „Dare or Glory” – klasyczny heavy metalowy utwór, pełen energii i siły, przez co szybko wpadający w ucho. Następne „Shadows of the Valley” jest dosyć zwykłe, ma parę zgrabnych zagrywek i harmonii, ale raczej nie zostaje w głowie na dłużej. Później mamy okazję usłyszeć „Tears of the Clown” – trochę zmanierowany i lekko operowy kawałek w stylu przełomu lat 80-tych i 90-tych, który brzmi jakby stworzono go w trakcie sesji nagraniowych „Fear of the Dark”. Jest tak gładki i prostolinijny, że może spokojnie znaleźć się w koncertowym repertuarze. W końcówce albumu Ironi zwalniają tempo (oczywiście jak na swoje standardy) co widać po przedostatniej power balladzie „The Man of Sorrows”. Jest ona na początku dosyć ciężka jak na Maidenowe standardy i lekko progresywna, potem jednak wpada w nastrojowe harmonie i gitarowe popisy. Tutaj już po raz kolejny zespół używa syntezatorów, ale ogólnie utwór jest trochę zbyt powolny przez co odrobinę się ciągnie. Obstawiam jednak, że np. fani Dream Theater bardzo go polubią. Na pewno będzie tak z wieńczącym cały album „Empire of the Clouds” – 18 minutowym, progresywnym monstrum autorstwa Dickinsona. Jak na monstrum utwór ten zaczyna się dziwnie, bo od partii fortepianu i smyczków. Tak! Iron Maiden wykorzystało fortepian i smyczki! Tutaj zróbcie więc sobie krótką przerwę na złapanie i uspokojenie oddechu…

Jest to zdecydowanie najbardziej rozbudowany i dojrzały muzycznie utwór na całej płycie. Odpowiednio nastrojowy i klimatyczny, progresywny z interesującą kompozycją, harmoniami, melodiami i naprawdę świetnymi solówkami – Iron Maiden wspina się tutaj na wyżyny swojej maestrii. To już heavy metalowa opera pełną gębą. Jedyne co mogę jej zarzucić to momentami zbyt pompatyczne tony i pretensjonalność, szczególnie w partiach wokalnych Dickinsona, ale ogólnie koncept się broni, czego najlepszym dowodem jest, że utwór dosłownie porywa, przez co zupełnie nie odczuwa się upływu tych 18 minut.

Wyszła trochę długa recenzja, ale materiału do opisywania również było wiele. Iron Maiden stworzyło najlepszą płytę od lat i udowodniło chyba raz na zawsze, dlaczego do dziś jest największym i najlepszym heavy metalowym zespołem na świecie. Możliwość sprostania swojej legendzie to wyczyn wyjątkowy w całej branży muzycznej, niezależnie już od gatunku granej muzyki – dlatego oceniam tę płytę o punkt wyżej niż zrobiłbym w przypadku innego zespołu. Płyta oczywiście nie jest idealna, jednak jeżeli miałaby być to ostatnia płyta Maidenów, to nikt nie mógłby wyobrazić sobie lepszego zakończenia. Ale o czym ja mówię, przecież Ci faceci są po prostu nie do zdarcia!

iron-maiden-cdTrack lista :

Dysk 1

01. If Eternity Should Fail
02. Speed Of Light
03. The Great Unknown
04. The Red And The Black
05. When The River Runs Deep
06. The Book Of Souls

Dysk 2

01. Death Or Glory
02. Shadows Of The Valley
03. Tears Of A Clown
04. The Man Of Sorrows
05. Empire Of The Clouds

Autor: Robert “Bob” Sierpiński

Rok publikacji: 2015

  • Ocena autora:
5
Sending
User Review
4 (12 votes)

Podobne artykuły

Recenzja: Vedonist – A Clockwork Chaos

Tomasz Koza

Recenzja: Ghost – Meliora

Tomasz Koza

Recenzja: Acid Drinkers – Peep Show

Albert Markowicz

Zostaw komentarz