Image default
RECENZJE

Recenzja: Frank Carter & The Rattlesnakes – Blossom

Na wstępie recenzji muszę zaznaczyć, że nie jestem fanem punku. Trzymam się opinii, że wykonawcy tej muzyki to niespełnieni rockmani, którzy byli w stanie opanować maksymalnie 3 akordy, a braki w technice i umiejętnościach nadrabiają sceniczną ekspresją i agresją. Poza tym teksty w stylu „walić system” są jak dla mnie dobre gdy ma się jakieś 15 lat i nie ma gdzie wylać swojej wściekłości na rodziców i szkołę… Skoro już wiecie jak bardzo nie lubię punku to jeszcze dopełnię tę wizję wspominając (a co tam!), że nigdy nie lubiłem Sex Pistols! Ok, to skoro już wiecie jak mocno nie przepadam za punkiem, mogę z czystym sumieniem napisać, że „Blossom” to całkiem niezły album – taki jestem obiektywny.

Kim jest Frank Carter & The Rattlesnakes? Frank to ogólnie brytyjski panczur, który grał z takimi zespołami jak Gallows oraz Pure Love (z bardziej rockowym zacięciem). Przy okazji jest fanem moshowania z fanami w tłumie oraz tatuażu w artystycznej formie, czyli body artu – co łatwo zobaczyć na jego zdjęciach. Frank Carter & The Rattlesnakes to jego najnowszy projekt, stworzony dokładnie w tym roku, który zgodnie z ogólnie przyjętymi normami można zaliczyć do takich gatunków jak punk i hardcore.

Co sprawiło, że u tak zdeklarowanego przeciwnika punku Frank Carter wzbudził tak pozytywną opinie? Bo zauważyłem w tej muzyce przede wszystkim pomysł i sens, a nie tylko chęć wykrzyczenia swoich lęków i niechęci do świata w rytm hałaśliwej i chaotycznej muzyki. Nie chodzi tu o warstwę tekstową, która charakterystycznie dla tego gatunku nie odbiega za bardzo od standardów – chociaż trzeba przyznać, że teksty nie są w cale głupie i naiwne, a wręcz przeciwnie. Przekonała mnie przede wszystkim właśnie muzyka – The Rattlesnakes potrafią grać i co raczej w punku niespotykane bardzo dobrze łączą agresywną, ostrą muzykę z rytmem, a nawet melodią. Płyta jest pełna wpadających w ucho riffów i ma parę utworów, które spokojnie można nazwać przebojowymi.

Album rozpoczyna „Jaggernaut” – wejście z wykopem, mocny riff, ściana dźwięku i wydzierający się Frank Carter. Na samym początku ma się już ochotę coś rozwalić. Carter ma ciekawą barwę wokalną – szczególny ton nadaje mu specyficzny, brytyjski akcent. Ponadto dobrze – jak na punka – moduluje natężeniem głosu, dzięki czemu w refrenie wykrzyczane „I’m the Juggernaut” wzbudza autentyczny wybuch agresji. Koleś jest świetnym, pełnym energii i pasji wokalistą. „Trouble” to już trochę rockowy kawałek z wpadającym w ucho, melodyjnym riffem, w akompaniamencie którego Carter podejmuje się czegoś co moglibyśmy umownie uznać za śpiew, co w sumie wychodzi mu całkiem znośnie. Jest tu nawet przyjemna solówka gitarowa – coś nieznanego wśród większości typowych punkowych zespołów. „Fangs” to znowu charakterystyczny, mocny riff i ściana dźwięku. Carter swoją charakterystyczną, chropowatą manierą nadaje temu utworowi ciekawe brzmienie. To chyba najcięższy kawałek na płycie. „Devil inside me” brzmi jak typowy hard rockowy kawałek z Wysp. „Paradaise” to dla mnie najbardziej przebojowy utwór na „Blossom”. Jest świetnie zagrany, mocno hardckorowy, melodyjny, z porywającym, motorycznym riffem i niegłupim tekstem. Aż chciałoby się znaleźć w klubie i moshować jak opętany w jego rytm. W środku wisienka na torcie – gdy emocje sięgają zenitu Carter soczyście i z przekleństwem spluwa w mikrofon a muzyka zwalnia po to by za chwilę rozkręcić się jak powoli rozpędzający się, ciężki TIR. Świetny kawałek. Niestety w drugiej części płyta traci swoją wyjątkowość. Utwory zaczynają się trochę zlewać w jednolitą masę. Wciąż zachowują pazur, ciężar i ostre gitarowe zagrywki, jednak nie odróżniają się za bardzo jeden od drugiego zostawiając w głowie lekki chaos. Tutaj raczej pierwsze skrzypce grają teksty Franka. Mowa tutaj o „Loss”, „Beautiful Death” (średnia ballada, w której Carter wokalnie brzmi jak zarzynane zwierzę – chociaż wnioskując z tekstu o to chodziło), „Rotten Blossom” (tutaj również niezły riff) oraz „Primary Explosive”. Płytę kończy kawałek pod tytułem „I Hate You”. Jest chyba najbardziej zaskakującym utworem na całej płycie. Brzmi jak Arctic Monkeys. Jednak wyobraźcie sobie, że chłopaczki z Arctic Monkeys zamiast śpiewać o swojej ślicznej, ukochanej dziewczynie wolą śpiewać o tym jak bardzo jej nienawidzą, życzą jej śmierci, wyzywają od śmieci, ścierw i temu podobnych. Jak dla mnie pomysł na ten kawałek jest genialny – balladowe, trochę bluesowe brzmienie połączone z wyjątkowo wulgarnym i pełnym nienawiści tekstem.

„Blossom” bardzo mnie zaskoczyło. To niezła płyta, zagrana z pomysłem, wpadająca w ucho i jednocześnie odpowiednio agresywna, ale i przebojowa. Niestety w drugiej części trochę jednolita przez co trochę traci, jednak wciąż utrzymuje zadowalające tempo i moc. Na pewno warto posłuchać, jednak jeżeli nie lubicie panku jak ja, potraktujecie ją raczej jako ciekawostkę niż płytę, którą warto umieścić na półce.

frank-carter-and-the-rattlesnakes-blossom-duzeTrack lista:

01. Juggernaut
02. Trouble
03. Fangs
04. Devil Inside Me
05. Paradise
06. Loss
07. Beautiful Death
08. Rotten Blossom
09. Primary Explosive
10. I Hate You

 

 

 

Autor: Robert “Bob” Sierpiński

Rok publikacji: 2015

  • Ocena autora:
3
Sending
User Review
0 (0 votes)

Podobne artykuły

Chaos nadchodzi z Północy. Recenzja Immortal – “Northern Chaos Gods”

Tomasz Chochowski

Recenzja: Phil Campbell and the Bastard Sons – The Age of Absurdity

Szymon Grzybowski

Recenzja: Machine Head – Unto The Locust

Kinga Parapura

Zostaw komentarz