Recenzja: Judas Priest – Firepower


Pamiętam, gdy w 2011 roku jechałem po raz pierwszy w życiu na koncert Judas Priest. Myślałem wtedy, że będzie to mój pierwszy i zarazem ostatni występ tej kapeli na żywo. Trasa, podczas której grali wówczas Judasi, miała bowiem dość znamienną nazwę – “Epitaph (Epitafium)”. Szczęśliwie jednak, od tamtego czasu, widziałem Judas Priest na żywo w sumie aż trzy razy, a zespół nie tylko nie zakończył kariery, ale nagrał dwa kolejne albumy i zagrał kolejne dziesiątki, jeśli nie setki koncertów. To najlepszy dowód na to, że dotrzymywanie słowa nie zawsze jest dobre, bo gdyby wówczas – w 2011 roku – Judas Priest faktycznie zakończyłoby granie, nie otrzymalibyśmy tak świetnego albumu jak „Firepower”.

Fakty zostały już uprzedzone, więc tylko dla pewności podkreślę – nowy album Judas Priest jest po prostu świetny.

Coś dla siebie znajdą na nim zarówno miłośnicy Judasów z okresu „British Steel”, „Painkillera”, jak i osoby, które są na bakier z klasyczną muzyką metalową , bo bardziej wolą współczesne brzmienia. Wszystko dlatego, że „Firepower” łączy w sobie świeże, soczyste i nowoczesne brzmienie z bardzo klasycznym podejściem do tworzenia metalu. Odpowiednio wyważone są ciężar, ostrość i czad z melodiami i przebojowymi – na metalową modłę – kompozycjami.

Cały album jest bardzo równy, słabych momentów praktycznie nie ma, są co najwyżej mniej się wyróżniające.

Zacznę omawianie właśnie od nich, bo jest ich tak niewiele, że jak już zacznę wymieniać te dobre, na pewno wylecą mi z głowy. „Lone Wolf” miało z pewnością być ciężkim walcem, który bliżej końca albumu przeczołga jeszcze słuchacza po podłodze, ale w praktyce utworowi brakuje trochę polotu, jest zbyt monotonny i raczej męczący. „No Surrender” to z kolei utwór, który miał z założenia być bardzo przebojowy, ale jest to przebojowość w stylu albumu „Turbo”, więc ociera się trochę o kiczowatość. Początkowo nie byłem też przekonany do „Spectre”, ale pewną koślawość tego utworu w pełni rekompensuje najpierw „pojedynek” gitarzystów, a później wybitne solówki. I tyle. Więcej grzechów nie pamiętam. Reszta to świetny, szlachetny metal najwyższej próby.

Całość zaczyna „Fierpower” i jest to najlepszy „otwieracz” Judas Priest od czasów albumu „Painkiller”.

Wściekłości i mocy riffu nie powstydziłyby się z pewnością thrashowe załogi. Rzeczą, która również „rzuca” się od razu na uszy jest praca gitar. Dziś ze świecą można szukać tak świetnych i pomysłowych solówek, a dodatkowo praktycznie każdy utwór na płycie jest kopalnią riffów. Bardziej na przebojowość stawia kolejny numer, czyli „Lightning Strike”. Tutaj zwraca uwagę z kolei wokal Roba, który już od wielu lat nie wchodzi tak swobodnie w górne rejestry swojego głosu, jak dawniej, ale tutaj w ogóle nie słychać, że ma prawie 70 lat na karku.

Ciekawy kontrast pojawia się w „Evil Never Dies”.

Z jednej strony mamy bardzo przebojowy refren, który przywodzi na myśl radiowy metal z lat 80., ale chwilę później wchodzi ultraciężki riff, podwójna stopa i całkowicie zmienia charakter utworu. Elektroniczny wstęp następnego utworu, czyli „Never the Heroes” zwodzi słuchacza, bo można się po nim spodziewać czegoś naprawdę zaskakującego – w praktyce dostajemy jednak podniosły kawałek w średnim tempie z mocno uwypukloną linią basu – bardzo judasowy i bardzo dobry. Podobnie podniośle jest w „Rising from Ruins”. Utwór, wraz z krótkim instrumentalnym intro „Guardians”, tworzy klimat powagi i doniosłości. No i te solówki…

Właściwie można by tak długo wymieniać, bo Judasom udało się nagrać piekielnie dobry i równy album. Dużo jest czadowych, szybkich kawałków, ale nie brakuje chwil wytchnienia, riffy są zadziorne, ale jednocześnie od razu wpadają w ucho, bo są bardzo przebojowe. Mało zespołów posiada taki talent, żeby połączyć te pozornie sprzeczne elementy i stworzyć z nich coś wyjątkowego.

Kurtki dla fanów rocka i metalu!
Oryginalne kurtki dla fanów rocka i metalu.

Z „Firepower” mam natomiast problem natury emocjonalnej.

Mam podejrzenie, graniczące z pewnością, że to ostatni album studyjny Judas Priest. W obliczu ciężkiej choroby, o której poinformował Glenn Tipton, nie ma raczej co liczyć na kolejne wydawnictwa. Z jednej strony dobrze, że zespół (najprawdopodobniej) pożegna się tak świetną płytą, z drugiej – szkoda, że nie dostaniemy od nich więcej nowej muzyki, bo koncertowania członkowie zespołu nie mają zamiaru porzucić – i bardzo dobrze, bo ich muzyka na żywo tylko zyskuje.

Do recenzowania Judas Priest – „Firepower” podszedłem początkowo na chłodno.

Nie chciałem się za bardzo ekscytować, pomimo tego, że Judas Priest to jeden z moich ulubionych zespołów. Chciałem zachować profesjonalizm. Nie udało się. Album mnie po prostu porwał. Od chwili pierwszego odpalenia słucham go niemal non stop w zapętleniu. Piszę to dlatego, aby zachować minimum uczciwości wobec czytelników – to recenzja fana Judas Priest i również fan Judas Priest wystawia ocenę. A ta – według mnie – może być tylko jedna.

Okładka płyty Judas Priest - Firepower

Tracklista:

  1. Firepower
  2. Lightning Strike
  3. Evil Never Dies
  4. Never The Heroes
  5. Necromancer
  6. Children of the Sun
  7. Guardians
  8. Rising From Ruin
  9. Flame Thrower
  10. Spectre
  11. Traitors Gate
  12. No Surrender
  13. Lone Wolf
  14. Sea of Red

KOMENTARZE

  • klawojakcholera
    13 marca 2018 | 17:10
    Link

    Wolę Priest w tych bardziej brawurowych numerach, jak “Sinner”, “Exciter” czy “Painkiller”, ale ta płyta bardzo fajnie im wyszła. Zwarte utwory, świetnie zaaranżowane i kapitalnie zaśpiewane przez Roba. Paradoksalnie, on lepiej śpiewa teraz, jak 14 lat temu na “Angel of Retribution” 🙂 No i w końcu świetna produkcja, która po LP “Painkiller” niestety mocno kulała. “Lone Wolf” wymieniłbym na coś prostego, szybkiego i nie dłuższego niż 4 minuty, reszta zestawu OK. Dla mnie niespodziewanie bardzo udana płyta, szacun dla kapeli, i przede wszystkim wielki szacun dla Glenna. Niestety, coś się kończy, wielka szkoda.

    Odpowiedz
  • Sławek
    14 marca 2018 | 14:40
    Link

    Świetna płyta i tyle dla mnie najlepsza. Jestem ich wiernym fanem i Judas zawsze muzyczne był genialny ale to co zrobili teraz przeszło samych Judasów
    Szacun dla nich za tyle lat grania!!!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *