RECENZJE

Recenzja: Katatonia – The Fall of Hearts

Pewien sceptycyzm jest naturalną reakcją w momencie, gdy zespół zapowiada swój kolejny album jako „najbardziej progresywny dotychczas”. To niejasne stwierdzenie ma najczęściej sugerować rozwój i zaspokoić oczekiwania słuchaczy, choć może nawet i samych twórców. Nie od dziś przyrównuje się drogę rozwoju Katatonii, do tej którą podążył Opeth, stając się też poniekąd dalekim kuzynem Porcupine Tree. Jednak czy echa metalu, które w zeszłym wieku były przecież tak wyraźne w twórczości Szwedów, całkiem już wybrzmiały?

Albumy wydawane przez zespół w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku, od „Last Fair Deal Gone Down” z 2001 roku do „Night is the New Day” ustanowiły bardzo grubą kreskę pomiędzy death/doomowymi początkami z lat ’90, a współczesnym stylem rocka mocno „progresywującego”. Jedna kwestia pozostała jednak niemal niezmieniona od 25 lat – ponura, gęsta atmosfera która przesiąka album, i w warstwie tekstowej i muzycznej.

Przy pierwszym przesłuchaniu „The Fall of Hearts” można odnieść wrażenie, że pozornie ten klimat został gdzieś utracony. Jednak jest to dość złudne, mimo że stosunkowo długie kompozycje prezentują szerszy niż dotychczas zakres nastrojów i barw muzyki. Świadczy o co raz większej dojrzałości artystycznej twórców i umiejętności wydobycia głębi z bardziej urozmaiconej palety dźwięków.

Bogactwo pomysłów jakimi popisali się na albumie twórcy sprawia, że docenienie wartości „The Fall of Hearts” trwa dłużej i wymaga nieco więcej cierpliwości niż w przypadku poprzednich wydawnictw. Już otwierający płytę „Takeover” posiada na tyle zróżnicowaną strukturę kompozycji, że czasem można odnieść mylne wrażenie, że rozpoczął się już kolejny utwór. „Serein” czy „Serac” potrafią z kolei zaskakiwać znienacka niespodziewanymi dźwiękami zakłócając kompozycję, co przy pierwszym kontakcie może (choć wcale nie musi) irytować, ale nie pozwala się „znudzić” słuchaczowi.

Środkowa część płyty jest jednak dość monotonna i choć można składnie utworów nazwać wielowymiarową w wielu miejscach dźwięki się z sobą zlewają utrudniając wbicie się melodii w pamięć odbiorcy na dłużej. Choćby „Sanction” i „Last Song Before the Fade” zbudowane są w bliźniaczy sposób – długie, narastające wprowadzenia budujące dość skondensowaną atmosferę, a następnie przeskok do nieciekawych na dłuższą metę refrenów. Przez to wszystko zaciera się kontrast między cięższymi riffami i minimalistycznymi, akustycznymi partiami interludiów.

Bez wątpienia można nazwać „The Fall of Hearts” mniej bezpośrednim w przekazie od jego poprzedników. Bez wątpienia jest on wypadkową rozwoju muzyków drogą, którą wypracowali sobie przez ostatnie lata dryfując daleko w rejony nowoczesnego rocka progresywnego. I mimo tego że brak albumowi surowej mocy jak na „Viva Emptiness” czy „The Great Cold Distance”, to – tak jak pisałem na początku recenzji – wyraża on te same mroczne i ponure emocje, choć w nieco głębszy sposób, który potrzebuje czasu na zrozumienie. Z całą pewnością nie mogę nazwać ostatniego dzieła Szwedów nieudanym, jest po prostu inne. Nie jest to album, który można po pierwszym przesłuchaniu docenić w pełni, lecz z pewnością nie taki był cel muzyków podczas jego tworzenia.

katatonia-the-fall-of-heartsTrack lista:

1. Takeover
2. Serein
3. Old Heart Falls
4. Decima
5. Sanction
6. Residual
7. Serac
8. Last Song Before The Fade
9. Shifts
10. The Night Subscriber
11. Pale Flag
12. Passer

  • Ocena autora:
3.5
Sending
User Review
3.93 (15 votes)

Podobne artykuły

Recenzja: Hereza – I Become Death

Michał Bentyn

Santo Subito! Recenzja Ghost – „Prequelle”

Albert Markowicz

Krótko, ale powoli – recenzja „House of Doom” zespołu Candlemass

Adam Stachowski

Zostaw komentarz