Image default
RECENZJE

Coś się kończy… – recenzja Ketha “Magnaminus”

Ketha kończy działalność. Okazuje się, że zespół był “zbyt”. Zbyt awangardowy dla metali, zbyt metalowy dla awangardy, zbyt oryginalny, zbyt wyróżniający się. Piszę to bez cienia ironii. Bardzo przykro czytać, że oryginalny i wyjątkowy zespół jest niechętnie zapraszany na koncerty, bo organizatorzy obawiają się, że grupa się “nie wpasuje”.

Ketha żegna się z fanami mini-albumem pt. “Magnaminus”

Na ostatniej płycie pt. “0 Hours Starlight” zespół zaprezentował połamaną, trudną muzykę oscylującą w okolicach dokonań Meshuggah czy rodzimego Kobonga.

Muzyka na “Magnaminus” jest prostsza, mniej połamana, a jednocześnie o wiele bardziej eklektyczna i transowa. Ketha z ogromną swobodą miesza tu metal, rock, folk/etno, dodaje szczyptę elektroniki, a nawet zahacza chwilami o muzykę klasyczną.

Jak wypada taki stylistyczny misz-masz? Zaskakująco spójnie i bardzo filmowo. Cztery instrumentalne utwory, trwające łącznie 25 minut, brzmią jak ścieżka dźwiękowa ponurego filmu z gatunku tech-noir.

No Body

Płytę otwiera pulsującym rytmem perkusji utwór “No Body”, stopniowo dochodzą klawisze, tworzące niepokojący, futurystyczny klimat. Wycofana gitara stanowi podkład do rozbudowanej, fortepianowej improwizacji. Pisałem wcześniej, że „Magnaminus” to bardzo filmowy album. W „No Body” filmowego brzmienia dodają wplecione w utwór sample, kojarzące się z filmowymi dialogami.


No Heart

To utwór, który z powodzeniem mógłby trafić na ścieżkę dźwiękową do filmu z serii „Tomb Raider”, od pierwszych dźwięków wciąga słuchacza w niezwykły, niebezpieczny świat. Słychać tajemnicze krzyki, rżenie koni, słuchając niemal można zobaczyć mury starożytnej świątyni, skrytej w samym sercu zamglonej dżungli.

No Mind

To zdecydowanie najspokojniejsza kompozycja na płycie, również najdłuższa. Trwający siedem minut utwór rozpoczyna się subtelną fortepianową melodią i delikatnym, acz wyraźnym beatem automatu perkusyjnego. Tu widzę bohatera filmu podróżującego nocą przez miasto, a deszcz lejący się strumieniami rozmywa na szybach światła neonów. W spokojnej muzyce rozbrzmiewa nostalgia i jednocześnie jakieś oczekiwanie. Zupełnie, jakby cisza przed burzą.


No Soul

Tak, jak pisałem wcześniej, “Magnaminus” to wybitnie filmowy album. W ostatnim utworze, wręcz bondowskie oczekiwanie przeplatane jest napięciem i agresją pasującą do sceny pościgu lub walki. A gdy utwór zaczyna się wyciszać, pytanie „to już?” samo ciśnie się na usta. Te 25 minut mija zdecydowanie zbyt szybko.

Jedyne zastrzeżenie mam do okładki. Moim zdaniem, prosta grafika zdobiąca „Magnaminus” nijak nie oddaje zróżnicowania i rozmachu tych czterech wyjątkowych kompozycji.

The Best Of

Zaryzykuję stwierdzenie, że “Magnaminus” to najlepszy materiał krakowskiego zespołu. Zupełnie inny od wcześniejszych dokonań, bardziej transowy i na swój sposób bardziej melancholijny. Brzmi, jakby muzycy zawarli w tych 25 minutach muzyki wszystkie targające nimi emocje. W „Magnaminus” słychać żal, gniew, niepokój, pogodzenie z losem, bunt, a nawet pytanie „co dalej?”.

Ketha - "Magnaminus", 2018
Ketha – “Magnaminus”, 2018

Lista utworów:

01. no body
02. no heart
03. no mind
04. no soul 19:00

Podobne artykuły

Poprawne rzemiosło – recenzja Deicide “Overtures of Blasphemy”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Korn – The Serenity of Suffering

Albert Markowicz

Recenzja: Lost Society – Fast, Loud, Death

Tomasz Koza

Zostaw komentarz