Image default
RECENZJE

Rozczarowanie czy zachwyt? – Recenzja „Cease The Day” In The Woods…

In The Woods… to kapela, która należała do pierwszego rzutu norweskiego black metalu z początku lat 90. XX wieku. I nawet w ramach tego awangardowego ruchu była bardzo oryginalna. To najprawdopodobniej In The Woods… zostało określone pierwszym pagan metalowym zespołem na świecie.

Historia tej kapeli jest jednak bardzo zagmatwana, a liczne zmiany składu i kilkunastoletnie zawieszenie działalności spowodowały, że dyskografii kapeli są tylko cztery pełnowymiarowe wydawnictwa. Najnowsze, czyli „Cease The Day” może być zarówno rozczarowujące, jak i olśniewające – dużo zależy od oczekiwań słuchacza.

Dlaczego „Cease The Day” może rozczarować?

Bo w przeszłości był to bardzo oryginalny zespół, jego brzmienie było niepowtarzalne i bardzo charakterystyczne. Obecne wcielenie kapeli odeszło bardzo daleko od swoich źródeł i dla wielu, zwłaszcza tych rozkochanych w norweskiej czerni, może być to problem.

Owszem, na krążku są momenty napisane właśnie dla tej części odbiorców. Chociażby w pierwszym utworze na krążku, czyli „Empty Streets” słychać echa dawnych norweskich brzmień. Są tak charakterystyczne, że bez nazwy zespołu od razu wiadomo, z czym mamy do czynienia.

Takich momentów jedna nie ma wielu, bo płyta jest bardzo eklektyczna, a gatunków, które mieszają się w tym piekielnym kotle, jest wiele. Są akustyczne, melodyjne i zaśpiewane łagodnym głosem fragmenty, nie brakuje doomowych, ciężkich i sunących powoli riffów, dużo jest też odwołań do łagodniejszych odmian metalu – klasycznego heavy, a nawet power z patetycznym niemal orkiestrowym tłem. Jeśli ktoś spodziewał się bezlitosnego, buzującego złem blacku, nie dostanie tego.

Pewnym fałszem muzyki na „Cease The Day” jest również długość utworów.

Te są dość długie i sugerują, że mamy do czynienia z muzyką prawdziwie progresywną. Jeśli jednak słuchacz spodziewa się zapierającej dech w piersi żonglerki dźwiękami, znów może poczuć niedosyt. Utwory, owszem, są długie, ale stawiają raczej na pewnego rodzaju monotonię lub – jeśli przypadną do gustu – trans. Bazują bowiem na klimacie, a nie wirtuozerskich popisach.

Dlaczego najnowszy album In The Woods… może olśniewać?

Dokładnie z tych samych powodów, z których rozczarowuje. Muzykę trudno sklasyfikować jednym słowem – jest różnorodna, a przez to szalenie wciągająca. Z jednej strony urzeka pięknymi, choć nieoczywistymi melodiami, z drugiej nie boi się odwołać do prapoczątków kapeli. Muzycy świadomie czerpią pełnymi garściami z całego metalowego dorobku, nie ograniczają się, nie wchodzą w utarte koleiny i nie chcą powielać zagranych już kiedyś schematów.

Muzyka na „Cease The Day” jest hipnotyzująca, urzeka melancholijnym nastrojem i przemyślaną konstrukcją.

Daje o wiele więcej, niż można się po niej spodziewać. Choć z drugiej strony nie powinno być to do końca zaskoczeniem, bo album ten wydaje się raczej naturalną konsekwencją wydanego w 2016 roku „Pure”. Tym razem jednak In The Woods… poszło jeszcze krok dalej w kierunku budowania emocji i napięcia, a nie zaserwowania jedynie szaleńczych black metalowych brzmień.

Mnie „Cease The Day” urzekło.

Ta niecała godzina, którą trzeba poświęcić na przesłuchanie tego albumu to dla mnie magiczna podróż po krainie dziwnych, ale pasujących do siebie dźwięków, które tworzą spójną i zaskakującą całość.

In The Woods… - Cease The Day, 2018
In The Woods… – Cease The Day, 2018

Lista utworów:

  1. Empty Streets
  2. Substance Vortex
  3. Respect My Solitude
  4. Cloud Seeder
  5. Still Yearning
  6. Strike Up With The Dawn
  7. Transcending Yesterdays
  8. Cease The Day.

Podobne artykuły

Recenzja: Epica – Requiem For The Indifferent

Kinga Parapura

Recenzja: Testament – Brotherhood of the Snake

Michał Bentyn

Recenzja: Machine Head – Bloodstone & Diamonds

Tomasz Koza

Zostaw komentarz